Zaznacz stronę
Wyśnione, spełnione

Wyśnione, spełnione

lomi nasionko-sTo była miłość od pierwszego dotyku. Od pierwszego oddechu. Od pierwszego kroku. To była miłość, która zawładnęła mną absolutnie i zabrała mnie w takie rejony życia, jakie bym sama siebie nie wysłała. Nie mogłam sobie zaplanować. Nie mogłam sobie poukładać. Nie mogłam wymyślić. To przerosło mój logiczny niegdyś umysł.

Pisałam już nie raz o tym jak wielkim darem jest w moim życiu hawajski masaż świątynny Lomi Lomi Nui. Ale ile bym nie napisała zawsze znajdę coś nowego, a miłość nie słabnie, wręcz przeciwnie…

Dziś nie o tym jak to się zaczęło bo to możecie poczytać tutaj. Dziś moje myśli biegną do mojej hawajskiej  nauczycielki Susan Pa’iniu Floyd.

Poznałam ją dużo wcześniej zanim ją poznałam… Jak to możliwe? A u Kawuli wszystko jest możliwe. Bo Kawula śni czasem sny i się z nimi nie kłóci.

A było to tak…

Po kursie „podstawowym” Lomi Lomi Nui u wspaniałych polskich nauczycieli Danuty i Jerzego Adamczyków, wiedziałam, że moja droga od teraz będzie inna, że starymi szlakami już nie ma co wędrować, że coś się we mnie zmieniło nieodwracalnie i jestem w tej zmianie zakochana, a zachwyt utrzymuje się do dziś…

Wiedziałam, że Lomi Lomi Nui jest drogą do samopoznania, rozwoju, transformacji. Dla mnie. I dla każdego kto poczuje. To nie jest jedynie słuszna ścieżka. To wspaniałe narzędzie jakich wiele, z których można skorzystać, posmakować, doświadczyć i wybrać czy jest nam razem dobrze. Mnie z Lomi było i jest bardzo po drodze. Z osoby, która nie lubiła być przytulana i czuła dyskomfort w czyichś ramionach, dziś samej mi trudno utrzymać ręce od siebie bo uwielbiam się masować, rozciągać, poszerzać przestrzeń w ciele ;-). A jeśli ktoś może mnie pomasować to nie przegapię ani jednej okazji!

Nie wyobrażałam sobie kiedyś jak to jest kogoś masować… a mimo to pojechałam na kurs masażu! Potrzeba była tak silna, głos intuicji wrzeszczał wręcz i nic nie było w stanie odciągnąć mnie od tego pomysłu (a przeciwności była cała masa!). I po 8 latach mogę powiedzieć, że nigdy nie jest dość bycia blisko z drugą osobą, że zawsze można być bliżej, że zawsze można dać jeszcze więcej, że zawsze można nauczyć się czegoś nowego o samym sobie.

Takim turbodoładowaniem w rozwoju są zawsze spotkania z moim własnym ciałem. Samopoznanie jest fascynujące, ale jakże może być inaczej, przecież jestem dla siebie najważniejszą osobą, więc obiekt zainteresowania jak najbardziej słuszny ;-). Prawda jest taka, że jeśli poznam swoje ciało, jeśli odkryję coś ważnego w sobie, jakość mojego masażu też się zmienia. Potrafię być „bliżej i bardziej”…

Ale miało być o Susan… Na przestrzeni kilku lat spotkałam się z nią 8 razy podczas warsztatów Lomi. Do dziś nie wiem jak udawało mi się zarobić na te wszystkie zjazdy, ale wiedziałam, że muszę, w końcu snów się nie ignoruje…

A było to tak…

Susan zjawiła się w moim śnie. Nie bardzo wiedziałam wcześniej jak wygląda. (Jak się później okazało, sen wiele nie odbiegał od rzeczywistości…). We śnie jechałam pociągiem na spotkanie z Susan. Dotarłam na warsztaty. Mnóstwo ludzi… Zaczynamy zajęcia. Susan zaprasza nas co rano do wielkiej sali, gdzie każdy skupia się na swoim ciele podczas sesji automasażu. Sam na sam z własnymi napięciami. Sam na sam z własnym ciałem. Oddech. Uwalnianie. Oddech. Cisza. Oddech. Emocje. Oddech. Przestrzeń. Pamiętam, że zakochałam się w automasażu momentalnie. Ale byłam jedną z nielicznych… I z dnia na dzień coraz mniej osób pojawiało się na porannych sesjach. Aż Susan stwierdziła, że nie ma z kim więcej pracować bo mało kto jest zdeterminowany na tyle, żeby znaleźć w automasażu niezwykłą moc. Pożegnała się ze wszystkimi, spakowała i ruszyła na pociąg ;-). Nie mogłam uwierzyć w to, że odchodzi. Pobiegłam za nią krzycząc: Susan, proszę, zostań, ja tak kocham automasaż! (Chyba nawet krzyczałam przez sen…). Odwróciła się bardzo powoli… Podeszła do mnie spokojnym krokiem, miałam wrażenie, że jej długie białe włosy świecą. Zmrużyłam oczy… Poczułam jej ciepłe dłonie na moich ramionach i usłyszałam: Masz w sobie ziarno Lomi, będę Cię uczyć.

Obudziłam się zanim poznałam jakiekolwiek szczegóły.

Trzy miesiące później Susan faktycznie mnie uczyła i tym razem w realu. Nie spodziewałam się, że będę miała możliwość stanąć u jej boku i masować z nią w parze. Mój partner w masażu akurat źle się poczuł i było bardzo prawdopodobne, że najbliższe 3 godziny spędzę sama, początkująca, pogubiona i niepewna… I nagle obok mnie wyrosła Susan. Uśmiechnęła się. Ja przełknęłam ślinę i spanikowałam. O MATKO, przecież ja nic nie umiem! Ratunku!!! Boję się!

A potem…. Zaczęłyśmy razem masować.

A potem była cisza. Spokój. Oddech. Połączenie. Wymiana.

Pierwsze ruchy wykonywałam nerwowo i strasznie się przejmowałam co ta Susan musi o mnie myśleć i jakie niedoskonałości techniki we mnie wyczuwać i że w ogóle to beznadziejna jestem…

A potem… Spojrzałam na Susan. Miała zamknięte oczy. Ona robiła swoje. Po prostu. W skupieniu. Z miłością. Z uśmiechem na ustach. Oddychała. Podśpiewywała. Poszurała się z taką gracją. I wtedy zrozumiałam…

Zamknęłam oczy i popłynęłam razem z nią. Zaprosiła mnie do pięknego tańca, głupotą byłoby zignorować to zaproszenie. Dałam się poprowadzić czemuś większemu i nie miałam nic przeciwko. Od czasu do czasu nasze ręce się spotykały, a ja miałam wrażenie, że moje wewnętrzne lomi nasionko porusza się podekscytowane i zaczyna wypuszczać pierwszy kiełek, a z każdym kolejnym dotykiem kiełek wzrastał w siłę.

Nie miała znaczenia technika, ani podpatrywanie nowych ruchów jakie robi Susan. Zupełnie nie o to chodziło… Poza tym Susan nigdy nie pokazywała żadnych magicznych masażowych trików, a początkowo myślałam, że potrzebuję przecież wiedzieć więcej i widzieć… Z czasem zaczęłam rozumieć i przyjmować spotkania z nią nie logiką, a sercem.

W dotyku działo się najwięcej. W mowie ciała największe księgi świata zapisane. Więc patrzyłam na Susan. Podziwiałam jej ruchy. Oddychałam jej oddechem. Ustawiałam stopy tak jak ona ustawia. Poruszałam mięśniami odkrywając ich niezwykłą moc. Cała postawa Susan była wielką nauką. Im mniej mówiła, tym więcej mogłam się od niej nauczyć.

Do dziś, kiedy pojawiają się gorsze dni, kiedy czasem brakuje siły, albo staję przed nowymi wyzwaniami w masażu, zamykam oczy i widzę ją… I już wiem co zrobić, wiem w którą stronę poruszyć dłonią, wiem jak rozbujać biodra, wiem jak głęboki oddech wziąć, wiem kiedy się zatrzymać i być tylko w jednym tyni kawałku mięśnia…

Na przestrzeni lat moje lomi nasionko wydało obfite plony i ciągle pojawiają się nowe. Czasem mam wrażenie, że zakwitam w trakcie masażu, po same końcówki loków i staję się jedną, wielką uzdrawiającą rośliną, która przynosi i mnie i masowanej osobie wszystko, czego na danym moment potrzebujemy… A nasionko takie sprytne, że lubi podróżować i często wskakuje również w serca moich uczniów, z którymi dzielę się czymś więcej niż samą techniką ;-).

Tak. To była miłość od pierwszego lomi dotyku. Od pierwszego lomi oddechu. Od pierwszego lomi kroku.

 

[Obrazek na zamówienie Kawuli, w wykonaniu Karoliny ‚Ilustratiks’ Czerwińskiej]

Wystarczy, że oddychasz

Wystarczy, że oddychasz

DSCN5028Oto podstawa wszelkiego zdrowia psychicznego: rozkoszą powinno być odczucie ciepła na skórze, rozkoszą powinna być wyprostowana pozycja ciała, rozkoszą – świadomość, że kości obleczone w ciało poruszają się swobodnie (Doris Lessing)

Moje ciało posiada niezwykłą inteligencję. Już dawno przestałam się z nim kłócić… Zachwyca mnie ta maszyna… Odkąd złapałam z nim po raz pierwszy kontakt minęło kilka ładnych lat… To było na obozie jogi. Może 10 lat temu… Nie miałam pojęcia czym jest ta cała joga, ale czułam jakieś dziwne przyciąganie. Mówili, może idź na jakieś zajęcia na miejscu zanim wyjedziesz na dwutygodniowy obóz jogi. Eeeeee, nieeeee… Jadę i koniec. No i się wybrałam… Nie przypuszczałam, że wrócę ze skarbem w postaci oddechu.

Od momentu kiedy pierwszy raz udało mi się wydobyć świszczący, głęboki i odżywczy oddech jogina, poczułam, że mam ciało, że ono żyje, a nie umiera w bólu. I to właśnie oddech jest moim największym przyjacielem zawsze i wszędzie. Coś co jest nam dane od urodzenia, oczywiste, przynależne, integralne, a tak zaniedbywane…

Okazało się, że dotychczas dawałam swojemu ciału marne porcje tlenu, a mój oddech nie wiadomo gdzie się zaczynał tak szybko się kończył…

Więc zagłębiłam się w ciało własne. Cierpliwie. Metodycznie. Spontanicznie. Konsekwentnie. Z radością. I używając jedynie oddechu zaczęłam poznawać, doświadczać, czuć ŻE MAM CIAŁO i to super fajnie je mieć. I zaczęłam czuć jakie ma potrzeby. I zaczęłam słyszeć co do mnie mówi. I zaczęłam dawać mu to, czego sobie zażyczyło. Żadnych diet. Żadnych ograniczeń. Żadnych ideologii. Słyszałam jasno i czysto czego się domaga i to dostawało. Pamiętam kiedy wróciłam z półrocznej wyprawy do Indii… Ach! Najcudowniejszy czas dla mojego ciała… Do dziś wracam do tamtych miesięcy zimowych (tak, zimowych właśnie) kiedy to przez 5 miesięcy jadłam tylko surowiznę. Moje ciało nie było w stanie przyjąć ani ciupinki czegoś gotowanego, przyprawionego. Tylko surowe. Monotonnie czasem bardzo, ale wtedy mi to nie przeszkadzało. Chodziłam też ze trzy razy w tygodniu na hot jogę w Gdyni, a po każdej sesji micha sałatki. Oj, energia mnie rozsadzała. Mogłam naprawdę wszystko… Słyszałam każdą komórkę jak podskakiwała z radości. Nie żadne wybuchy euforii, ot czysta radość z samego faktu, że się jest.

Nie przepadam za wszelkiego rodzaju ideologiami. Nie lubię nazywać siebie wegetarianką, frutarianką, weganką i tak dalej, choć wszystkie te „typy” zaliczyłam. Jestem wszystkim i niczym jednocześnie. Jestem tym, czego zażyczy sobie moje ciało. Nie oceniam tego, co zamawia. Przyjmuję. Albo odstawiam to, czego sobie już nie życzy. Pamiętam jak na kilka miesięcy odstawiłam ukochane cappuccino. Nie byłam w stanie pić kawy. Odrzucało mnie totalnie, za to piłam litrami zieloną herbatę. Czasami budziłam się z dziwną ideą zjedzenia czegoś, czego nazwy nawet nie umiałam zapamiętać, albo musiałam zjeść coś, czego naprawdę nie lubię, ale w tym jednym momencie pojawiał się ślinotok i trzeba było skonsumować.

Nie wnikałam co, z czego, po co, jak długo. Ufałam. I można powiedzieć, że byłam w takim stanie lekkości bytu o jakim pisze Doris Lessing. Zwykłe rozkoszowanie się życiem. Aktualnie mam trochę więcej „atrakcji” które podłapuje mój umysł. Czasem się bawię w tę grę, a czasem zostawiam te wielkie i ważne i poważne sprawy na boku. I po prostu oddycham. Nie używam żadnej techniki, nie cuduję, nie wymyślam. Po prostu oddycham. Wykorzystuję to, z czym przyszłam na świat. To zostało mi podarowane. I ten dar uratował mnie już nie raz. Czasem ludzie pytają mnie jak robię to czy tamto, jak jestem taka spokojna, albo no jak? Najprostsza odpowiedź jest: oddech… Nie trzeba robić nic, nie trzeba nigdzie iść. Wszystko już jest. Tutaj. Proste. Pod ręką. I wtedy ci co pytają dziwią się, że jak to, i to wszystko? No tak… Od tego się zaczyna… I na tym się kończy… To, co dzieje się pomiędzy tak naprawdę nie ma znaczenia…

Ostatnio koleżanka poprosiła o pomoc. Za dużo myśli, za dużo problemów, za dużo stresu, co robić… Kochana, po prostu oddychaj. Znajdź 3 minut w ciągu dnia. Nie rób nic. Jedynie oddychaj. Możesz siedzieć, możesz stać, możesz leżeć. To nie ma znaczenia. Czuj się komfortowo i tylko oddychaj. Nie oceniaj jak oddychasz. Jedynie zauważ, że oddychasz. I wędruj z oddechem. I nie martw się o nic, nawet o te natrętne myśli. To wszystko? Zdziwiła się… Tak. Codziennie, przez dwa tygodnie. I daj znać jak poszło… Po trzech dniach napisała mi, że siedzenie przez 3 minuty jest dla niej torturą, że nie da rady więcej niż minutę i czy to konieczne te 3 minuty… Nie. Kochana nic nie musisz. Jeśli minuta to twój max zacznij tam… To też fantastyczny początek. Robisz to tylko dla siebie. Jesteś tylko Ty…

Naprawdę nie ma co wymyślać. To jak będzie?

Wdech…

i

wydech…

Chleba naszego powszedniego

Chleba naszego powszedniego

DSCN3216

Moja pamięć jest wybiórcza. W zasadzie wiele z mojego życia nie pamiętam. Próbowałam odblokować, próbowałam unieść zapadki, próbowałam odczarować. To co tam, jest tam. Teraz jest teraz. Terapia dużo mi dała. Ale nie wróciła mi pamięci. Mieszkają w niej tylko fragmenty mojego „tamtego” życia. Tego sprzed wielu wielu lat. To tak jakbym śniła i zapominała sen zaraz po przebudzeniu. Żyłam, ale nie wiem gdzie, no bo skoro nie pamiętam… Od kilku lat jest inaczej i mogę wręcz z detalami odtworzyć niemal każdy dzień. Może to dlatego, że odzyskałam siebie w pełni? Że cała jestem zanurzona w swoim życiu? Może… Któż to wie? (więcej…)

Szczęśliwe marchewki

Szczęśliwe marchewki

DSCN3180

Lubię gotować. Nie mogę powiedzieć, że jestem w tym jakoś nad wyraz utalentowana. Ot, po prostu lubię gotować. Każde przygotowywanie posiłku jest dla mnie małą ceremonią, medytacją, zabawą, tańcem. Bez pośpiechu, z szacunkiem do tego, co ma być podane, co stanie się dla kogoś energią na kilka godzin. Z czystym umysłem jak to tylko możliwe, by żadna ciężka myśl nie przeszła do brokułów czy marchewek, które niewinnie czekają na dalszy los. Tak samo gotuję dla siebie. Tak samo gotuję dla gości. No po prostu lubię ten stan i już.

(więcej…)

Kocie łapy masują

Kocie łapy masują

Sześć lat temu, nawet w najśmielszych snach nie przypuszczałam, że wyląduję tu gdzie jestem, w pogodnym, kolorowym, twórczym miejscu, wykonująca pracę, która stała się pasją, która przemienia mnie i ludzi, którzy do mnie przychodzą. Dziś sama nie wiem kiedy i gdzie to wszystko się zaczęło… Proces dochodzenia do siebie, odkrywania wewnętrznej prawdy, przemiany z szarej istoty, w pięknego motyla.

A było to tak…
Moje życie sprzed pierwszym kontaktem z masażem Lomi Lomi Nui, mogę śmiało porównać do stereotypowej emerytury. Tendencja ewidentnie spadkowa, zatracanie smaków, barw, słuchu. Ciepłe kapcie i bezruch. Do tego moje ciało fizyczne przechodziło katusze, bolał mnie każdy centymetr, lekarze nie wiedzieli co mi dolega, a w wieku 25 lat brałam już trzy różne tabletki na nadciśnienie i jedną na serce… Byłam chodzącym wrakiem tuż przed kasacją. I jak to bywa we Wszechświecie, pojawia się pomoc w odpowiednim momencie. Dzięki przypadkowo-nieprzypadkowemu spotkaniu, trafiłam do masażysty Lomi Lomi. Racjonalna, poukładana Agnieszka, miała już dość samej siebie, bólu, tabletek i mądrych głów w białych kitlach. Zwróciła się w kierunku czegoś innego. Bardzo potrzebowałam ukojenia, a znane mi środki łagodzące nie pomagały. I tak stary dobry Internet przyszedł z pomocą… Poczułam, że ta metoda pacy z ciałem może zadziałać. Nie spodziewałam się takiego skoku!
Masaż wywrócił do góry nogami mój skostniały i bez wyrazu świat. W trakcie, miałam wrażenie, że się przepoczwarzam. Z masy bezkształtnej i szarej wydobywało się na świat coś pięknego. Jakby masażysta ściągał ze mnie dłońmi starą skórę i pomagał w ponownych narodzinach. Towarzyszył temu ból mięśni, różne stany emocjonalne, fala starych wspomnień. Nigdy mój racjonalny świat nie doświadczył ogromu piękna i niewytłumaczalności tego, co się działo…
Dziwnie przyjemną wydawała mi się też myśl, że oto całkowicie oddałam się w czyjeś ręce. Nie bez oporów rzecz jasna i nie od razu pojawiła się świadomość, że ktoś się mną opiekuje, troszczy tak po prostu. Bez oczekiwań, daje z siebie to, co potrafi i może. Przez kilka sekund czułam ulgę, że nic nie muszę. Nikt ode mnie niczego nie chciał, nikim nie musiałam się zajmować. Nareszcie ukojenie! Poczułam, że to taniec pełen pasji i miłości, do siebie samej, drugiej osoby do mnie, tak po prostu bez ocen, nakładek i filtrów. Ktoś dzielił się tym, co miał, a ja pierwszy raz poczułam prawdziwą, bezinteresowną miłość, która zapoczątkowała proces zmian.
Moje życie będzie dzieliło na to przed masażem i po. Zobaczyłam, że można cieszyć się swoim ciałem, że można czuć się pięknie, bez kompleksów, wolna (choć przez chwilę, ale to wszystko czułam). Tuż po wyjściu z gabinetu, na każdym kroku zaskakiwała mnie intensywność doznań i choć dość szybko ona się ulotniła to jednak doświadczyłam stanu innego niż szarość i bezsens. Pamiętam, że po raz pierwszy zadałam sobie sprawę z tego, że świat ma kolory, a nie tylko jeden szary… Przez chwilę, ale jednak… poczułam coś idealnego i pamiętam, że wtedy postanowiłam sobie, że będę dążyła do tego by zdarzało się częściej, ale o zwykłej porze, w zwykłe dni, a nie tylko od święta. Wymagało to ogromnej pracy, determinacji, potu, upadków, ale w końcu się udało, a Lomi Lomi było tego pięknym i wyzwalającym początkiem.
 
Najtrudniejszy pierwszy krok
Pamiętam, że zapytałam mojego masażystę, co mogę zrobić, żeby ludzie po kontakcie ze mną czuli się jak ja po lomi? Powiedział: – Jak to co, musisz iść na kurs i zacząć masować. Przyjęłam to wtedy jako dobry żart! Broniłam się przed tym pomysłem pół roku. Ciężko mi było wyobrazić sobie siebie masującą, dotykającą obcych ciał. Przecież jestem dziennikarzem, człowiekiem słowa większość czasu spędzającym przed komputerem albo na rozmowach z ludźmi. Nie, to nie dla mnie. Coś jednak nie dawało mi spokoju, jakby „ziarno Lomi” wskoczyło do mojego brzucha i rosło z miesiąca na miesiąc, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Kiedy stało się już sporą rośliną, nie sposób było ignorować głosu, który wręcz nakazywał zrobić coś ze swoim życiem. I tak znalazłam cudownych nauczycieli Lomi Lomi Nui, Danutę i Jerzego Adamczyków, którzy zatroszczyli się o mnie jak o własne dziecko, nakarmili miłością i wypuścili w świat bym leciała wolno. Choć od mojego szkolenia mięło sporo czasu, do dziś mamy z sobą połączenie, to wyjątkowa relacja, która zostaje w sercu na całe życie.
Pamiętam, że nie miałam ani grosza na kurs, ale już bardzo chciałam w nim uczestniczyć. A wiemy jak to jest, kiedy mówi się Wszechświatowi TAK. Zakręcił rogiem obfitości i w ciągu dwóch tygodni wpłynęła na moje konto dokładnie taka suma pieniędzy jakiej potrzebowałam! Zapłacono mi zaległości dziennikarskie za pierwszą książkę. Starczyło jeszcze na stół do masażu. Magia zaczęła pracować na moją korzyść. Wpadłam całą sobą w ten hawajski świat dotyku bezwarunkowej miłości i transformacji. Na tyle mono, że zrezygnowałam z regularnej pracy by dać szansę samej sobie, by iść inną ścieżką, już nie rozumu, a serca. Po półtora roku od pierwszego kursu, byłam już instruktorem masażu i dziś czerpię ogromną przyjemność z dzielenia się tym, co mi przekazali moi nauczyciele. Dwa razy w roku Polskę odwiedza Susan Pa’iniu Floyd z Hawajów i pod jej okiem można rozwijać się dalej. Spotkania z Susan też nie sposób opisać… Ona emanuje miłością, otula puchatą pierzynką, a kiedy kogoś dotknie podczas masażu czy przytulając serdecznie, ten automatycznie otrzymuje jakąś cząstkę jej umiejętności, bo po kursie już masuje zupełnie inaczej… 
O co tyle krzyku?
Słowo Lomi oznacza: ugniatać, uciskać, pracować nad wnętrzem i zewnętrzem, to w wolnym tłumaczeniu „dotyk miękkiej łapy zadowolonego kota”. Jest hawajskim słowem oznaczającym masaż. Kiedy powtórzymy dane hawajskie słowo, zwielokrotnia się jego moc i jakość. To tak jakby „masaż masaż”, czyli coś zdecydowanie więcej. Hawajskie Nui oznacza: jedyny w swoim rodzaju, ważny, szczególny. Tyle nazewnictwa. U Hawajczyków nic nie jest oczywiste, a słowa mają tyle znaczeń, jak prezent zapakowany w prezencie…
Pierwotnie masaż Lomi Lomi Nui praktykowany był w świątyniach hawajskich, wykonywany przez kahunów – mistrzów uzdrawiania, strzegących hawajskich mądrości. Osoba masowana kładła się na kamiennym ołtarzy, podgrzewanym pod spodu świętym ogniem. Sama ceremonia masażu była niezwykle uroczysta, podniosła, w akompaniamencie uzdrawiających pieśni i modlitw. Przygotowywała masowanego do nowego etapu życia. To jak swoista inicjacja. Lomi Lomi Nui oczyszcza ciało i umysł z tego, co zbędne, ciężkie, a w miejsce starego przynosi nową energię, siłę, gotowość do zmian.
Co ciekawe, nie każdy mógł doświadczyć tego kociego dotyku. Ten był zarezerwowany tylko dla ważnych osób w społeczeństwie. Bardzo często władcy przed podjęciem trudnych decyzji byli masowani przez wiele godzin, a nawet dni (zmieniali się jedynie tancerze). Tak długo, aż mieli czyste ciało i umysł. Wtedy byli gotowi wydać osąd najlepszy z możliwych.
Lomi Lomi idzie również w parze z filozofią huny, która opiera się na harmonii z całą przyrodą, łącznie ze wszystkimi ludźmi, miejscami czy rzeczami. Człowiek jest traktowany holistycznie. Zdrowie to nie tylko dobry stan fizyczny, ale również emocjonalny, bo jak mówi hawajskie powiedzenie: „Jak wewnątrz, tak i na zewnątrz”, a „Świat jest taki, jaki myślisz, że jest”. Jeśli emocje są chore, ciało również niemoże być zdrowe. Zadaniem masażu jest przywrócenie pacjentowi wewnętrznej równowagi, która gubi się w natłoku codziennych spraw. A co najważniejsze do wykonywania tego masażu nie ma przeciwwskazań, jedynym jest tylko białaczka. Trafiają do mnie osoby z naprawdę przeróżnymi schorzeniami, a nawet rakami. Pamiętam jedną kobietę, która przeszła operację kręgosłupa. Wycięto jej też mięsień, bo zamieszkał tam rak. Kilka kręgów było sztucznych, gdzieś mieściła się też metalowa wstawka. Pamiętam że popłakała się z radości, że chcę ją pomasować, bo wszyscy się boją ją nawet dotknąć, a ona potrzebowała ukojenia i dotyku, relaksu i czegoś innego, niż pamięć o chorobie.
 
Jak działa?
W trakcie masażu można doświadczyć głębokiego kontaktu z własnym ciałem, uczuciami i duszą. Jest to więc niezwykła, prawdziwie oczyszczająca i uzdrawiająca podróż. Dla każdej osoby może to być doświadczenie innego rodzaju. Bardzo często podczas masażu pacjentowi przychodzą do głowy nowe rozwiązania starych problemów, czuje przypływ siły i gotowość do zmian. Żegna się z tym, co jest mu w życiu zbędne, odprawia natrętne myśli, a w ich miejsce zaprasza spokój. Bywa też tak, że do głosu dochodzą emocje, które długo były tłumione. Następuje ich uwolnienie, czasem łagodne, innym razem gwałtowne jak hawajski wulkan. Cały masaż odbywa się w atmosferze miłości, akceptacji i święta.
Lomi Lomi to dla mnie masaż idealny. Łączy oczyszczenie ciała, duszy, umysłu. Traktuje ciało jako całość – podchodzi do niego  holistycznie. Z każdym kolejnym masażem zmniejsza się napięcie na karku, nogi stają się bardziej elastyczne, a umysł wycisza. Najpiękniejszy moment to kiedy po masażu patrzę na swoją twarz w lustrze i widzę błysk w oczach, odprężoną skórę i czuję się jakbym właśnie obudziła się z pięknego długiego snu. Snu który regeneruje, odżywia i uzdrawia. Jeśli tylko się na to otworzę. Polecam wszystkim niezależnie od wieku, stopnia zestresowania, nastroju i wiary w hula-huna-hokus-pokus.
Jedni odbierają Lomi Lomi Nui jako masaż wspaniale relaksujący, inni jako uzdrawiający, dający uwolnienie od zmartwień i stresu, jeszcze inni spotykają się z sobą prawdziwym. Tu nie ma miejsca na rutynę czy przewidywalność. Doświadczyłam na sobie niezliczoną ilość sesji Lomi Lomi, każda była inna, każda dotykała czegoś nowego we mnie i przynosiła przeróżne informacje o mnie.
Dla mnie jako masażystki i instruktorki każda sesja jest niezwykłym spotkaniem z drugim człowiekiem. To radość, miłość, cudowny taniec, medytacja i harmonia. Każde ciało jest święte, piękne i zasługuje na szacunek. Kiedy masuję liczy się tylko osoba, która leży na stole. Wszystkie sprawy, które mogą przeszkodzić w masażu zostawiam za sobą, w głowie pojawia się pustka, a w ciele chęć do podążania za każdym napięciem jakie napotkają na swojej drodze moje ręce. Nie ma dwóch takich samych sesji. Najpiękniejszym momentem jest ten tuż po masażu. Osoba schodzi ze stołu, ubiera się, pije wodę, dochodzi do siebie. Nie mogę się nadziwić i napatrzeć, bo oto siedzi przede mną ktoś z nową twarzą, łagodną, rozluźnioną, z pięknym błyskiem w oku. Dla mnie każda jedna osoba zaczyna świecić. I okazuje się, że klienci też to widzą. Cieszę się, że mogę być z nim w takich momentach. To dla nich ważne chwile, bo mogą doprowadzić do głębokiej przemiany.
Na Hawajach masaż nie jest niczym dziwnym. Jest naturalny jak odżywianie. W rodzinach każdy może masować każdego i jest do doskonały sposób by naprawiać i pogłębiać relacje. Spotkałam już osoby, które zjawiały się na moim kursie kursie tylko dlatego, że chciały masować swoje dzieci, czy partnerów, a nie zarobkowo. Pamiętam wzruszającą historię opowiedzianą na kursie instruktorskim przez Susan. Jej ojciec chorował na raka. Na kilka dni przez śmiercią poprosił swoje córki i żonę o Lomi Lomi. Trzy kobiety dzieliły się miłością z tym, którego kochały, jednocześnie żegnając się z nim w przepiękny sposób.
Bardzo ciężko jest opisać sam masaż. To tak jak opowiedzieć jak smakuje owoc mango, kiedy się go wcześniej nie jadło. Można to porównać do czegoś, ale nie odda esencji. Dopiero doświadczenie przynosi odpowiedzi.
W skrócie wygląda to mniej więcej tak: masażysta porusza się wokół stołu tanecznym krokiem, jego ruchy są płynne i łagodne. Masaży wykonywany jest dłońmi i przedramionami. Taniec służy rozluźnieniu ciała masażysty, integracji obu półkul mózgowych, a także poprawia elastyczności bioder i całego kręgosłupa. Pomaga osiągnąć jedność ciała z umysłem. Rytm kroków jest zgrany z biciem serca i oddechem. W trakcie pracy masażysta łagodnie porusza biodrami, budząc w sobie ogień przynoszący oczyszczenie ciała, plecy są wyprostowane, kolana ugięte, w dużym rozkroku, zaś bose stopy utrzymują kontakt z podłożem. Standardowo sesja trwa od półtorej godziny do dwóch godzin, choć zdarza się i dłużej. Wszystko zależy od potrzeby ciała. Czas przestaje istnieć, bo nie on tu jest najważniejszy. Moja najdłuższa sesja trwała cztery godziny…
Niezwykłe przemiany
Dopiero teraz, z perspektywy czasu widzę jak zmienił się mój styl i jakoś masażu. Im więcej pracy wykonałam nad sobą, tym więcej mogę przekazać klientom, tym głębiej wczuwam się w ich ciało. Zmieniam się ja, zmieniają się moi klienci (a nawet kraje w których masuję :-)). To ciągła wymiana i przygoda. Bo kurs Lomi Lomi to nie tylko mechaniczne uczenie się poszczególnych ruchów. To kilka dni bycia na starożytnych Hawajach, z wiedzą, która dotyka serca i przynosi zmiany, jeśli się na nie otworzyć. To poznawanie własnego ciała. To chłonięcie kultury, filozofii, Ducha Aloha, miłości, akceptacji. Nauka tańca hula i masażu żywiołami. To także poznawanie tradycji i rytuałów, które można włączyć do codziennej praktyki, by każdego dnia pamiętać o tym, co jest ważne. Siedem zasad huny staje się czymś, czym się żyje, a nie w co wierzy. I jest też cudowny automasaż, dzięki któremu każdy może sam sobie uwolnić napięcie z ciała, a także pogłębić wiedzę o sobie samym. Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia i teraz uczę go na swoich autorskich warsztatach. Czym jest? Można powiedzieć, że romansem ciała, podłogi i świadomości. Tu tym, który nas masuje jest podłoga, a także wszystko, to, co napotka ciało po drodze.
Pamiętam, że podczas mojego pierwszego kursu przez pierwsze trzy dni nienawidziłam serdecznie drewnianego parkietu! Wszystko mnie bolało, a tu jeszcze miałam za pomocą podłogi naciskać to, co właśnie było w moim ciele napięte. Szybko przeszłam do szczerej nienawiści mojego płaskiego wroga. Wyzywałam go od twardych, chłodnych, nieczułych i złośliwych! Zupełnie nie rozumiałam jak podłoga mogła mi pomóc, skoro miałam wrażenie, że kiedy się na niej kładę i się po niej powolutku „kulam”, napotykam same kamienie i kolce? Ale nie ona była winna, tylko moje napięte ciało… Przy każdym powolnym ruchu niemal słyszałam jęk zakończeń nerwowych, aż w pewnej chwili, tuż przed tym, jak chciałam wstać i obrazić się na dobre, zaczęłam głęboko oddychać. Odżyłam. Zrozumiałam, jak bardzo ta nikczemna podłoga może mi pomóc. Do dziś się przyjaźnimy.
Ta „zabawa” polega głównie na intuicyjnym podążaniu za tym, co nasze ciało chce zrobić. Rolowanie, kulanie się, naciskanie, podkładanie sobie różnych piłeczek pod plecy, naciąganie, rozciąganie – wszystko milimetr po milimetrze, z zamkniętymi oczami, z pełnym skupieniem na tym, co dzieje się wewnątrz ciała. I oddech! Głośny, uwalniający napięcie. Każdy ruch jest uważny, spokojny, na granicy bólu. Nie ma tu jednego przepisu na to, jak go wykonać. Po prostu trzeba się położyć na podłodze i zobaczyć co się wydarzy, czego ciało potrzebuje, i jaki wykonać ruch, żeby ulżyć miejscu, które jest napięte. Z czasem ta naprawdę niezwykła podróż prowadzi do niezwykłych odkryć. Dla każdego będą inne, jedyne co trzeba zrobić to dać sobie szansę i mieć otwartość na zmiany.
Bo kiedy już raz się decydujemy na skok w nieznane, już nic nie będzie takie samo…

PS Słów dopełnienie: Filmik i przemykający tu i ówdzie lomi-kot…