Zaznacz stronę

Videopamiętnik młodej masażystki-masaż czasem jak operacja

Bo czasem, kiedy się przychodzi na Lomi Lomi Nui, można poskładać swoje ciało od nowa. Dziś kolejna odsłona z pamiętnika młodej masażystki. Wieje na tym nagraniu lekką grozą, ale co robić, taka praca 😉

PS Kiedyś marzyłam o tym, żeby być chirurgiem. Nawet chodziłam w liceum bo biol-chemu, ale z obu przedmiotów byłam noga, więc przeniosłam się szybko do prawniczo-dziennikarskiej klasy. Ale miłość do „grzebania w ciele” przetrwała co widać na załączonym, ruchomym obrazku.

Videopamiętnik młodej masażystki – Jak rozluźnić szczękę?

Jak pamiętnik, to pamiętnik! A wydarzyło się kilka miesięcy temu, była akcja korek, było rozluźnianie szczęki i było śmianie się ze mnie, na legalu całkiem :-). Ostatnie wydarzenia życiowe skłoniły mnie to powrotu na ścieżkę rozluźniania szczęki.

Część pierwsza jest wspominkowo-teoretyczna, Ci którzy wiedzą o co chodzi, mogą sobie przypomnieć, a nowe osoby, zachęcam do obejrzenia i popraktykowania.

Część druga jest częścią wzywającą co bycia sobą czasem w dość wywrotowy sposób, jak bohater tekstu, który czytam 8 miesięcy temu nagrałam pierwszy filmik o szczęce, ku przypomnieniu link, może komuś się dodatkowo przyda: https://www.youtube.com/watch?v=iHKHP…

Videopamiętnik młodej masażystki-Dobry dotyk

Dziś w pamiętniku młodej masażystki o tym, jak sterapeutyzowałam się dotykiem i pod skorupą niedostępności znalazłam, i ciągle znajduję nowe informacje o sobie. Co i jak można odkrywać dzięki dobremu dotykowi? O tym opowiadam. Niezmiennie, na różne sposoby.

Gdyby ciało mogło mówić

Gdyby ciało mogło mówić

Gdyby moje ciało mogło mówić słowami, wtedy, w latach najtrudniejszych dla mnie, powiedziałoby: nie opuszczaj mnie, bądź przy mnie, potrzebuję Cię. Wiem, że ten głos jest we mnie również dziś. Udało mi się wypracować umowę: wiesz, teraz jest tak, bywa trudno bardzo, emocjonalnie, fizycznie, duchowo, ale jestem blisko, nie zawsze zadbam na czas o Twoje potrzeby, wiem, wynagrodzę Ci to.

I obietnicy dotrzymuję, czasem prędzej, czasem później, ale bezwzględnie dotrzymuję.

Często przepraszam samą siebie, jak małe dziecko: przepraszam, że Cię zawiodłam, że przeciągnęłam strunę, że stres przejął kontrolę, że zaniedbałam. Różnica polega na tym, że nie zdradzam ciała. I choć bywa mi bardzo trudno, już nie odwracam się przeciwko samej sobie.

W ogóle co to znaczy, że „ciało mówi”? Ano gada jak może… Bólem kolana, napięciem w karku, drętwieniem ręki, brakiem snu, ściśniętym żołądkiem, biegunką, dusznościami, płytkim oddechem, kompulsywnym jedzeniem, sięganiem po używki, atakami lęków, bólem kręgosłupa, mięśniami, które odmawiają posłuszeństwa, nogami, które nie chcą iść, stawami, które tracą elastyczność. To sygnały by się zatrzymać, wcale nie trzeba od razu czegoś z tym robić. Czasem wystarczy zauważyć ból i zadać sobie pytanie: czego nie mogę zrobić przez ten dyskomfort? W czym mi przeszkadza? O czym zapomniałem po drodze? Wystarczy przestać ignorować sygnały… A one się tylko nawarstwiają i rosną jak niechciane przykre obowiązki, z dnia na dzień powiększają się góry prania do prasowania, materiały do zrobienia na wczoraj itp…

Nie trzeba robić od razu rewolty w swoim życiu. Można wprowadzić małe zmiany, obiecać sobie: hej, wytrzymaj proszę jeszcze chwilę, wiem, że Ci trudno, ale zaufaj mi, idziemy w dobrą stronę… Tylko, że najczęściej jest właśnie odwrotnie. Brniesz w kolejne ściany. Napierasz na nie, przebijasz je, a tam następna, i następna, i jeszcze kolejna. Aż w końcu nie masz siły iść dalej i przysypuje Cię gruz życia. Myślisz, cholera, jak się tu znalazłem? Przestajesz lubić siebie, bliskich, swoją codzienność, a ciało najchętniej byś ukarał i wymienił na nowe, bo ono takie zdradliwe.

A przecież to Ty opuszczasz samego siebie. Raz za razem. Porzucenie boli, prawda?

Odbudowywanie zaufania zajmuje dużo czasu, a tak łatwo je stracić.

Ostatnie dwa lata były dla mnie trudnym wyzwaniem. Wróciłam z Niemiec, z psem, sama, zaczynając wszystko od nowa. Bez pracy, do mieszkania obcego, w którym żyłam przez pół roku w ostrym remoncie. Żyłam na adrenalinie, szczęściu z powrotu do ukochanej Gdyni, a zapach morza był moim balsamem na połamane serce i rozsypane emocje. Szukałam, odbudowywałam, uczyłam się, wychodziłam, działałam oraz zajmowałam się moim psem, który okazało się, że też był w procesie zmian razem ze mną i wiele w naszej rutynie się zmieniło. Z miesiąca na miesiąc, zupełnie niepostrzeżenie mój świat zaczął się kurczyć, a wolność, którą tak się cieszyłam wcześniej, kuliła się we mnie. Zaczęło brakować mi miejsca na spontaniczne wyjścia (bo pies), na dalekie, samotne wędrówki (bo pies), na wyjazdy do koleżanek za granicę (bo pies), randki (bo pies). Czułam zmęczenie fizyczne (bo praca, bo pies). Byłam u kresu wytrzymałości fizycznej, ale ciągle dawałam radę. Płakałam, krzyczałam, zalewała mnie złość, jednak nadal było „jakoś”. Aż już nie mogłam dłużej być siłaczką. Powiedziałam: dość, potrzebuję pomocy, nie daję rady.

I nie, pomoc nie zjawiła się od razu na białym rumaku. Część przyszła naturalnie, za część potrzebuję zapłacić, część możliwe, że jeszcze nadejdzie. Ale właśnie wtedy rozpoczął się proces godzenia z sytuacją, zmianą w moim życiu, kompromisami na jakie potrzebuję pójść, rezygnacji z wielu spraw, odłożenia kilku ważnych pasji na czas bliżej nieokreślony i przeorganizowania priorytetów, pogadania z sobą brutalnie szczerze, przyznania się gdzie i jak często nawaliłam ostatnimi czasy. Trudno mi było zobaczyć co sobie sama robiłam. Chciałam dobrze… Pytanie dla kogo? Bo nie dla siebie…

Wiele spraw mnie gniecie, dużo stresuje, jeszcze więcej bym chciała odpuścić, ale nadal nie potrafię, albo mam jedynie momenty wypuszczania linek z dłoni. Boję się, bardzo często się boję, że nie przetrwam, że mój pies za miesiąc może nie dostać dobrej karmy, że znowu nie pojadę na żadne wakacje, że nie mam absolutnie żadnej gwarancji na to, że cokolwiek teraz robię przyniesie jakikolwiek efekt. Ale zmieniło się jedno, nie zdradzam siebie, nie opuszczam w tych najtrudniejszych chwilach, zwłaszcza kiedy moje ciało mówi: proszę, pomóż mi, daj mi chwilę wytchnienia, dziś poproś więcej osób o pomoc, połóż się, poczytaj książkę, oddychaj, pogłaszcz, bądź ze mną i posłuchaj bo mnie też jest z Tobą taką trudno…

Słyszę siebie. Nie od razu mogę zadbać o te najgłębsze potrzeby, ale one są słyszane i dzięki temu daję sobie ogromne wsparci. Ciało odwdzięcza się łagodniejszymi bólami niż kilka lat temu, głębszym oddechem, większą przestrzenią wewnętrzną. I choć wielu obietnic jeszcze nie mogłam spełnić to jest między nami pomost, którego już nie chciałabym spalić, na którym od czasu do czasu sadzę ulubione drzewa owocowe i rozstawiam wygodne hamaki…

Gdyby Twoje ciało mogło mówić, co by Ci dziś, właśnie teraz powiedziało?

Siła przebicia jednego piórka

Siła przebicia jednego piórka

Obcięli jej skrzydła. Maczetą słów. Przypalili rany wrogim ogniem. By nie odrosły. Na straży postawili czarnego, rozpalonego złością smoka. Natychmiast zjadał najdrobniejszy przejaw wolności.

– Nie po to masz nogi, by latać.
– Gdzie startujesz z tymi swoimi pomysłami, przecież sama sobie nie poradzisz.
– Zejdź na ziemię, ogarnij się.
– Beze mnie jesteś nikim.

Słuchała. Kuliła się. Słowa wnikały w mięśnie. Układały się w nich warstwa po warstwie tworząc okazały kanion. Nikt nie chciał nim wędrować.

A blizny płakały. Do środka ciała. Płynęły równolegle z żyłami, które toczyły czarną, gęstą krew. Mało w niej było tlenu.

Kiedy tej, której obcięto skrzydła przychodzi do mnie, nie potrafi powiedzieć skąd znalazła siłę by umówić spotkanie. Nie pamięta też dokładnie gdzie się o mnie dowiedziała. W ogóle mało pamięta. Słabo śpi. Szybko się męczy. Nie, nic ją w zasadzie nie boli fizycznie. W ogóle mało czuje. Nie wie co lubi, a czego nie. Je bo musi, choć wolałaby już nic nie musieć. Nie wie tak do końca dlaczego przyszła. Już nie ma siły. Możliwe, że potrzebuje trochę poleżeć. Ale nie jest pewna…

W chwili kiedy kładzie się na ciepłym stole do masażu zaczyna płakać. Przeprasza mnie. Przecież już dawno zapomniała jak się płacze… Masuję. Ona szlocha. Masuję. Jej ciało drży. Masuję i mruczę. Bo czasem trzeba ciału zanucić by poczuło się bezpieczne i zaufało. Masuję. Ona płacze. Jej ciało drży. Mruczę i się wzruszam. W połowie masażu dostaję milczące pozwolenie wejścia na teren wyhodowanego wzdłuż kręgosłupa kanionu. Smok odleciał. Moje dłonie gładzą skały.

Nie, to nie jest historia wielkiego happy endu. To opowieść o rozpoczętej wędrówce, kobiety, która podjęła decyzję o wyruszeniu. Po nowe skrzydła. Przychodzi do mnie już od trzech miesięcy. Kanion kruszeje. Ona płacze trochę mniej. Czuje dużo więcej… Wczoraj na starej bliźnie wyrosło pierwsze pióro… Nikt go nie wyrwał. Smok nie wrócił.

Są takie sesje masażu, po których potrzebuję… Oddechu. Zrozumienia sytuacji. Przypomnienia sobie, że mimo wszystko to też jest okej. Czasem chciałabym pójść do kogoś na superwizję. Usiąść i opowiedzieć o tym, jak różnych emocji doświadczają moi klienci i że czasem kawałek dłużej niosę je z sobą, choć wiem, że nie są moje przecież. Siadam wtedy sama z sobą. Otwieram szeroko okna, chodzę po pokoju, sapię jak lokomotywa, robi mi się zimno, chodzę dalej, robi się jeszcze zimniej. Chłód trzęsie moim ciałem i zabiera to, co ma być zabrane. Wraca spokój. Bo przecież każdy z nas ma możliwość przypomnienia sobie, sięgnięcia po siłę z brzucha, przegonienia smoka i wyhodowania nowych skrzydeł…

Była sobie kobieta

Była sobie kobieta

 

Wyobraź sobie kobietę. Ma dwadzieścia pięć lat. Świeżo po studiach. Powinna mieć głowę pełną marzeń i energię do ich spełniania. Nie ma. Powinna realizować swój potencjał. Nie realizuje. Powinna cieszyć się życiem, młodością i możliwościami. Nic ją nie cieszy.

Wyobraź sobie kobietę. Codziennie rano budzi ją ta sama myśl: aha, kolejny dzień życia, nie mam siły, nie chce mi się, po co to wszystko. Nigdy nie patrzy w lustro. Nie może znieść swojego odbicia. Nie, nie jest brzydka. Niczego jej nie brakuje. Ale ona woli nie patrzeć. Bo ciało jest dla niej tematem wstydliwym, bolesnym, uciążliwym. Ciało boli na równi z ołowianymi myślami. Ciało ciągnie w dół. Ciało często nie pozwala wstać z łóżka. Z bólu. Więc traktuje ciało z chłodną obojętnością. Karmi je, bo chce żyć. Jeszcze… Ubiera je. Bo tak trzeba.

Wyobraź sobie kobietę. Siedzi w kolejce do lekarza. Po kolejną receptę. Jedna na serce, druga na nadciśnienie, trzecia na depresję. Wykupione leki, popija czasem wodą, a czasem czerwonym winem, żeby mniej bolało. A schowane pod workowatymi ubraniami ciało, puchnie. Im więcej kobieta chodzi na fitness, tym bardziej puchnie. Tym trudniej jej się ruszać, tym ciężej wchodzić po schodach do mieszkania na piątym piętrze. Bez windy.

Wyobraź sobie kobietę. Boi się bliskości. Nie wie co to czułość. Nie pozwala się przytulać. Choć bardzo tego potrzebuje. Aż pewnego dnia poznaje masażystkę. Na tym samym fitnessie, gdzie codziennie katuje swoje budyniowate i obolałe ciało. Po raz pierwszy w życiu pozwala się dotknąć. Podczas trzydziestominutowego masażu klasycznego pleców, płacze. Nie rozumie dlaczego, ale czuje, że to, co się z nią dzieje jest ważne. I dobre.

Wyobraź sobie kobietę. Cztery lata później. Uśmiechnięta. Z błyskiem w oku. Jej ciało owinięte w kolorową chustę. W swobodnie opadających włosach, wpięty czerwony kwiat. Oddycha spokojnie i głęboko. Siedzi naprzeciwko innej kobiety. Słucha jej historii. Odnajduje w niej kawałki siebie. A potem… Potem obie wkraczają w przestrzeń, w której nie pada żadne słowo, ale słychać głośno i wyraźnie to, co mówi CIAŁO. Kobieta w chuście masuje kobietę z historią. Przez prawie dwie godziny odbywa się taniec ciała, duszy, emocji… i pamięci. Po skończonej sesji historii mniej, ciału lżej, kolorów więcej, a do duszy bliżej… To magia masażu Lomi Lomi Nui.

Wyobraź sobie kobietę. Cztery lata wcześniej. Miała tak bardzo dość siebie, ciała, wszystkich czarnych myśli i bólu, że powiedziała DOŚĆ. Stwierdziła, że daje sobie ostatnią szansę, żeby się przekonać, żeby sprawdzić, żeby poszukać. Obietnicy dotrzymała, choć nie zliczy ile razy chciała się poddać. Znalazła. Hawajski masaż Lomi Lomi Nui. Po raz pierwszy w życiu zobaczyła, że świat ma kolory. I choć to był dopiero maleńki krok ku jej wyzdrowieniu, już wtedy zapragnęła. Mocno. Prawdziwie. Że ludzie po kontakcie z nią też będą zakwitać kolorami.

A teraz niczego już sobie nie wyobrażaj. Bo ta historia wydarzyła się naprawdę… Witaj, jestem Kawula, Agnieszka Kawula i przy pomocy hawajskiego masażu Lomi Lomi Nui tworzę harmonijny pomost między Tobą, a Twoim ciałem.