Zaznacz stronę
Siła przebicia jednego piórka

Siła przebicia jednego piórka

Obcięli jej skrzydła. Maczetą słów. Przypalili rany wrogim ogniem. By nie odrosły. Na straży postawili czarnego, rozpalonego złością smoka. Natychmiast zjadał najdrobniejszy przejaw wolności.

– Nie po to masz nogi, by latać.
– Gdzie startujesz z tymi swoimi pomysłami, przecież sama sobie nie poradzisz.
– Zejdź na ziemię, ogarnij się.
– Beze mnie jesteś nikim.

Słuchała. Kuliła się. Słowa wnikały w mięśnie. Układały się w nich warstwa po warstwie tworząc okazały kanion. Nikt nie chciał nim wędrować.

A blizny płakały. Do środka ciała. Płynęły równolegle z żyłami, które toczyły czarną, gęstą krew. Mało w niej było tlenu.

Kiedy tej, której obcięto skrzydła przychodzi do mnie, nie potrafi powiedzieć skąd znalazła siłę by umówić spotkanie. Nie pamięta też dokładnie gdzie się o mnie dowiedziała. W ogóle mało pamięta. Słabo śpi. Szybko się męczy. Nie, nic ją w zasadzie nie boli fizycznie. W ogóle mało czuje. Nie wie co lubi, a czego nie. Je bo musi, choć wolałaby już nic nie musieć. Nie wie tak do końca dlaczego przyszła. Już nie ma siły. Możliwe, że potrzebuje trochę poleżeć. Ale nie jest pewna…

W chwili kiedy kładzie się na ciepłym stole do masażu zaczyna płakać. Przeprasza mnie. Przecież już dawno zapomniała jak się płacze… Masuję. Ona szlocha. Masuję. Jej ciało drży. Masuję i mruczę. Bo czasem trzeba ciału zanucić by poczuło się bezpieczne i zaufało. Masuję. Ona płacze. Jej ciało drży. Mruczę i się wzruszam. W połowie masażu dostaję milczące pozwolenie wejścia na teren wyhodowanego wzdłuż kręgosłupa kanionu. Smok odleciał. Moje dłonie gładzą skały.

Nie, to nie jest historia wielkiego happy endu. To opowieść o rozpoczętej wędrówce, kobiety, która podjęła decyzję o wyruszeniu. Po nowe skrzydła. Przychodzi do mnie już od trzech miesięcy. Kanion kruszeje. Ona płacze trochę mniej. Czuje dużo więcej… Wczoraj na starej bliźnie wyrosło pierwsze pióro… Nikt go nie wyrwał. Smok nie wrócił.

Są takie sesje masażu, po których potrzebuję… Oddechu. Zrozumienia sytuacji. Przypomnienia sobie, że mimo wszystko to też jest okej. Czasem chciałabym pójść do kogoś na superwizję. Usiąść i opowiedzieć o tym, jak różnych emocji doświadczają moi klienci i że czasem kawałek dłużej niosę je z sobą, choć wiem, że nie są moje przecież. Siadam wtedy sama z sobą. Otwieram szeroko okna, chodzę po pokoju, sapię jak lokomotywa, robi mi się zimno, chodzę dalej, robi się jeszcze zimniej. Chłód trzęsie moim ciałem i zabiera to, co ma być zabrane. Wraca spokój. Bo przecież każdy z nas ma możliwość przypomnienia sobie, sięgnięcia po siłę z brzucha, przegonienia smoka i wyhodowania nowych skrzydeł…

Była sobie kobieta

Była sobie kobieta

 

Wyobraź sobie kobietę. Ma dwadzieścia pięć lat. Świeżo po studiach. Powinna mieć głowę pełną marzeń i energię do ich spełniania. Nie ma. Powinna realizować swój potencjał. Nie realizuje. Powinna cieszyć się życiem, młodością i możliwościami. Nic ją nie cieszy.

Wyobraź sobie kobietę. Codziennie rano budzi ją ta sama myśl: aha, kolejny dzień życia, nie mam siły, nie chce mi się, po co to wszystko. Nigdy nie patrzy w lustro. Nie może znieść swojego odbicia. Nie, nie jest brzydka. Niczego jej nie brakuje. Ale ona woli nie patrzeć. Bo ciało jest dla niej tematem wstydliwym, bolesnym, uciążliwym. Ciało boli na równi z ołowianymi myślami. Ciało ciągnie w dół. Ciało często nie pozwala wstać z łóżka. Z bólu. Więc traktuje ciało z chłodną obojętnością. Karmi je, bo chce żyć. Jeszcze… Ubiera je. Bo tak trzeba.

Wyobraź sobie kobietę. Siedzi w kolejce do lekarza. Po kolejną receptę. Jedna na serce, druga na nadciśnienie, trzecia na depresję. Wykupione leki, popija czasem wodą, a czasem czerwonym winem, żeby mniej bolało. A schowane pod workowatymi ubraniami ciało, puchnie. Im więcej kobieta chodzi na fitness, tym bardziej puchnie. Tym trudniej jej się ruszać, tym ciężej wchodzić po schodach do mieszkania na piątym piętrze. Bez windy.

Wyobraź sobie kobietę. Boi się bliskości. Nie wie co to czułość. Nie pozwala się przytulać. Choć bardzo tego potrzebuje. Aż pewnego dnia poznaje masażystkę. Na tym samym fitnessie, gdzie codziennie katuje swoje budyniowate i obolałe ciało. Po raz pierwszy w życiu pozwala się dotknąć. Podczas trzydziestominutowego masażu klasycznego pleców, płacze. Nie rozumie dlaczego, ale czuje, że to, co się z nią dzieje jest ważne. I dobre.

Wyobraź sobie kobietę. Cztery lata później. Uśmiechnięta. Z błyskiem w oku. Jej ciało owinięte w kolorową chustę. W swobodnie opadających włosach, wpięty czerwony kwiat. Oddycha spokojnie i głęboko. Siedzi naprzeciwko innej kobiety. Słucha jej historii. Odnajduje w niej kawałki siebie. A potem… Potem obie wkraczają w przestrzeń, w której nie pada żadne słowo, ale słychać głośno i wyraźnie to, co mówi CIAŁO. Kobieta w chuście masuje kobietę z historią. Przez prawie dwie godziny odbywa się taniec ciała, duszy, emocji… i pamięci. Po skończonej sesji historii mniej, ciału lżej, kolorów więcej, a do duszy bliżej… To magia masażu Lomi Lomi Nui.

Wyobraź sobie kobietę. Cztery lata wcześniej. Miała tak bardzo dość siebie, ciała, wszystkich czarnych myśli i bólu, że powiedziała DOŚĆ. Stwierdziła, że daje sobie ostatnią szansę, żeby się przekonać, żeby sprawdzić, żeby poszukać. Obietnicy dotrzymała, choć nie zliczy ile razy chciała się poddać. Znalazła. Hawajski masaż Lomi Lomi Nui. Po raz pierwszy w życiu zobaczyła, że świat ma kolory. I choć to był dopiero maleńki krok ku jej wyzdrowieniu, już wtedy zapragnęła. Mocno. Prawdziwie. Że ludzie po kontakcie z nią też będą zakwitać kolorami.

A teraz niczego już sobie nie wyobrażaj. Bo ta historia wydarzyła się naprawdę… Witaj, jestem Kawula, Agnieszka Kawula i przy pomocy hawajskiego masażu Lomi Lomi Nui tworzę harmonijny pomost między Tobą, a Twoim ciałem.

Syrena na masażu


Przyszła do mnie w samym środku ulewy. Miała przemoczone buty i końcówki nogawek granatowych dżinsów. Deszcz bębnił o parapet. Przez chwilę myślałam, że to sąsiad wylewa coś przez okno.

– Nieźle się zaczyna… – powiedziała podając mi chłodną, drobną dłoń. – Chciałam odwołać, ale mój kark nie może już czekać…

Buty i skarpetki położyłam na grzejniku w przedpokoju. Niech chociaż trochę podeschną.

Jej paznokcie u stóp mieniły się turkusowym lakierem. Gdyby syreny miały stopy, wyglądałyby dokładnie tak, jak te jej. Jakby przed chwilą wyszła z głębin oceanu i właśnie pocałowało ją popołudniowe słońce.

– Nawet nie mogę popatrzeć na moje stopy bez bólu… – wyrwała mnie z zamyślenia. – A o swobodnym skręcaniu głowy mogę zapomnieć… Cholerna praca przy komputerze, chyba już czas ją zmienić… I chyba powinnam się więcej ruszać. Pewnie dlatego córka zrobiła mi ten prezent u pani. Ciągle narzekam na to samo. Aż sama nie mogę siebie słuchać.

– A jak się pani ciało czuje teraz?

– Szczerze? Jakbym już zużyła całe powietrze przewidziane na mnie i nie miała czym oddychać…

Gdy 15 minut później masuję jej plecy nie dziwi mnie to, co powiedziała wcześniej. Moje gorące dłonie niemal chłodziły się o metal jej twardych pleców. Długo nie mogłam znaleźć choćby najdrobniejszej szczeliny, przez które mogłoby się przecisnąć więcej życia.

Kiedy kończyłam masaż przy jej głowie i zabrałam się za szczękę, poczułam tę samą twardość i ten sam chłód metalu. Musiało boleć… Odruchowo poruszyłam na boki moją żuchwą… 12 lat temu była w podobnym stanie…

Wygładziłam jej włosy i wsunęłam dłonie pod potylicę. Przytrzymałam na kilkanaście sekund. Poczułam pulsowanie. Kobieta westchnęła z ulgą. Głęboko. Pierwszy raz usłyszałam jej oddech.

Tuż przed wyjściem z pokoju, zapalam pół listka białej szałwii. Niech się tli…

Po masażu podaję kobiecie wodę. Pije ją w milczeniu, z przymkniętymi powiekami. Można by odnieść wrażenie, że nigdy wcześniej niczego podobnego nie piła. Po kilku łykach ciszę ciepłego pokoju przerwał delikatny głos:

– Czuję się jakbym wypiła cztery mocne espresso! Gdybym mogła, wskoczyłabym teraz do wody i popłynęła przed siebie!

Cóż… Myślę, że lakier na jej paznokciach u stóp nie miałby nic przeciwko…

– Cieszę się, że nie odwołałam… – powiedziała tuż przed wyjściem, podając mi swoją ciepłą dłoń… – Tak bardzo się cieszę…

Niekończący się Dzień Matki

Niekończący się Dzień Matki

Dzień Matki już minął, a ja do dziś realizuję prezenty jakie „dzieci” podarowały swoim mamom. To dla mnie mocne doświadczenie. Przez dwa tygodnie masować dojrzałe, piękne ciała z tyloma różnymi opowieściami…  Wysłuchać mnóstwa historii. Otrzeć kilka łez. Przyjąć dużo uścisków. Pomilczeć i napić się wspólnie wody z cytryną. Być i nie musieć. Być i niczego od siebie nawzajem nie potrzebować. Być i dać, być i dostać. Być i czuć. Tak dużo czuć…

To ogromna dawka zaufania jaką mnie obdarzacie. Powierzacie mi te, które są dla Was bliskie i choć czasem trudno się Wam porozumieć, chcecie dla nich jak najlepiej. I dajecie im w prezencie czas tylko dla nich. Dla ich ciał. Dla ich serc. By ktoś się nimi zaopiekował…

Pamiętam dzień w którym po raz pierwszy pomasowałam moją mamę. Upalny czerwiec. 7 lat temu. Praktykowałam Lomi Lomi Nui dopiero dwa lata. Wcześniej jakoś żadnej z nas nie było po drodze. Mnie by ją pomasować. Jej by chcieć poznać to, czym się zajmuję. I całe szczęście. Bo miałam trochę czasu żeby się przygotować. Głównie w sercu żeby pojawiła się taka przestrzeń ponad starymi urazami, słowami wypowiedzianymi w gniewie, emocjami, które nie raz raniły obie strony. To, co otrzymałam w trakcie masażu wykracza poza… w zasadzie poza wszystko… Poczułam każdy napięty mięsień, każde drżenie, każde westchnienie ulgi. „Zobaczyłam” jak bardzo  mnie kochała wtedy, kiedy dawałam jej mocno w kość. „Zobaczyłam” jak bardzo się o mnie martwiła, co odbierałam jako atak, krytykę, że coś nie tak. „Zobaczyłam” jak bardzo chodziło nam o to samo i jak bardzo obie tego nie umiałyśmy sobie dać. To było poruszające doświadczenie zdjąć kilka warstw niepotrzebnych już stresów z ciała mojej mamy. I ten moment po masażu… Kiedy mama rozanielona całuje moje dłonie…

Ostatnia seria dnio-matkowych masaży dała mi dużo nowych doświadczeń. Ileż w ciałach mam zmartwień, o nas, o dzieci. Nie ważne w jakim jesteśmy wieku. One nadal dbają, nadal się martwią, nadal zgrywają czasem odważne i że niby się nie przejmują bo przecież my dorośli tacy, swoje życie mamy… I każda z nich okazuje to na swój sposób. Co wedle naszych oczekiwań jest „nie takie”… Na ich napiętych karkach gromadzą się nie tylko ich troski, ale też nasze. Ramiona uginają się często nie tylko od ich plecaków z przeszłością, ale też naszą… Na ich klatkach piersiowych kumulują się nie tylko ich własne rany, ale też te, zadane nam. I czasem gdzieś w tej plątaninie napięć, oczekiwań, obwiniań, żali gubi się drożne połączenie komunikacyjne między Tobą a nią… I czasem nie jest możliwa naprawa. Czasem jest już za późno. Ale jeśli jest choćby szansa. Choćby drżenie nadziei… Spróbuj…

One potrzebują też tego samego co Ty czy ja. Kochać i być kochanym. Czasem kogoś, kto przytuli i powie, że wszystko będzie dobrze, że nie ma się już o co droczyć. Kogoś, kto zaakceptuje sprawy takie jakie były, są i będą bez chęci ich zmieniania. Kogoś, kto zrozumie i powie, że wszystko jest w porządku. Kogoś, kto doceni i zwolni z obowiązków bycia perfekcyjnym. Kogoś, kto powie kocham Cię, takim, jaki jesteś…

Tak… Te ostatnie dwa tygodnie umocniły we mnie przekonanie jak wiele jedno przytulenie może zmienić, uwolnić, ukoić… Córki z matką. Syna z matką.

Zachęcam… Przytul swoją matkę… Znajdź tę przestrzeń, ten czas, ten moment. Przytul. Pogładź po dłoni. Po plecach. Dotknij. Tak po prostu. Ponad tymi wszystkimi sprawami, które Was od siebie odsunęły… Zachęcam. Bardzo…

 

fot. Paweł Wieczorek

Do źródła ukojenia

Do źródła ukojenia

Podczas jednego ze spotkań z cyklu: Kawula inspiruje i opowiada o zmianie, Indiach, ciele, duszy i codziennej magii życia, poproszono mnie o zademonstrowanie o co chodzi z tym automasażem i że co się robi z tymi piłkami w skarpecie, które zawsze ze mną występują przed ludźmi. No to się rzuciła Kawula na podłogę i pokazała ;-). I się zdziwiła… Bardzo… Stanem swojego ciała. Tak mega pozytywnie. Dotarło do mnie ile zrobiłam w ciągu ostatnich 10 lat. Wzruszenie zatrzymało mnie na kilkanaście sekund zanim zaczęłam pokaz…

Zazwyczaj robię demonstrację automasażową z innymi piłkami silikonowymi bardzo, bardzo twardymi. Nie to żeby piłki tenisowe skarpetowe jakieś gorsze, nie, one po prostu dla mnie są już „za słabe”. Kładę się więc na piłkach w skarpecie i… Rejestruję miękkość ciała, łagodne poddanie się, brak powierzchniowych napięć, przestrzeń. Przenikałam kolejne warstwy siebie i czułam jedynie przyjemność, spokój, wdzięczność… To tak, jakbym opadała na puchatą poduszkę i miała nigdy nie wylądować na ziemi… Westchnęłam z ulgi…

I wtedy przypomniało mi się. Że znam ten głęboki oddech. Znam ten dźwięk. Znam to poczucie ukojenia. I to jest coś, co łączy mnie za każdym razem z Wami, przychodzącymi do mnie ma masaż i na sesje automasażu. Za każdym razem kiedy moje dłonie zdejmują z Twojego ciała kolejną warstwę napięcia, bólu i emocji wzdychasz. Głęboko. Spokojnie. I słyszę nieme: „nareszcie”… Za każdym razem kiedy moje dłonie otulają Cię i unoszą w bezpieczną przestrzeń, pojawia się to samo westchnienie ulgi. Za każdym razem przypominam sobie swoje własne… Często mówicie po sesji masażu, że czuliście się jak w objęciach matki, albo jakby masowała Was Indianka ze starszyzny, taka, w której dłoniach zapisane wszystkie dane o miłości. Niektóre metafory są naprawdę poruszające… Ostatnio usłyszałam, że jestem jak zwiewny duch, który podmuchem koi ciało dokładnie tam, gdzie potrzebuje tego najbardziej, że nie ma mnie, masującej, że jest tylko oddech, lekkość i wrażenie delikatnego wiatru, zabierającego ciężar. I że to dziwne, bo przecież mój dotyk taki konkretny i głęboki. Dużo się o sobie od Was dowiaduję… I Wasze informacje zwrotne też koją mnie, a w dni kiedy dopadają mnie głupie myśli, są moimi przypominaczami, dlaczego robię to, co robię…

Takie samo uczucie ulgi towarzyszy też naszym sesjom automasażu. Tylko moich dłoni już brak, a jest Twoje ciało, piłeczki, wałki, podłoga, oddech. Dajesz swojemu ciału czas i sprawiasz, że czuje się ważne. To Ty sam zdejmujesz z siebie napięcia, warstwa po warstwie. To Ty sam jesteś odkrywcą i podróżnikiem do świata relaksu. To Ty sam możesz ukoić siebie i opaść na miękką poduszkę pełną puchu. Uwielbiam Ci w tym towarzyszyć, uwielbiam podpowiadać jaką piłeczkę użyć i pod które miejsce w ciele ją podłożyć byś westchnął, właśnie tak głęboko by poczuć ulgę…

Kiedy dziesięć lat temu zaczynałam tak zwaną pracę z ciałem, nie miałam pojęcia, że doprowadzi mnie to tego miejsca w teraz…. I zapewne za kolejnych dziesięć lat powiem to samo. Żadna podróż nie dała mi tylu wrażeń ile ta wewnętrzna, przez warstwy napięć, bólu, emocji, miejsc przytkanych, miejsc rozluźnionych, miejsc gdzie mieszkają wspomnienia, miejsc, gdzie pulsuje źródło ukojenia…

 

fot. Paweł Wieczorek

Kawulowe piłeczki i automasaż

Kawulowe piłeczki i automasaż

Czy możesz wyobrazić sobie swoje ciało bez chronicznych i uciążliwych napięć? Wolne od bólu? Zrelaksowane? Promieniejące dobrą energią? Elastyczne?

Dla mnie dziewięć lat temu to było niemożliwe. Miałam wrażenie, że bolał mnie każdy fragment ciała. Co więcej uznawałam ten fakt za dość „normalny”. Ciało, którym dysponuję obecnie, wręcz drastycznie różni się od tego sprzed 10 lat, a które nazywałam wielkim obolałym budyniem…

Mam ciało i…

Kiedyś miałam świadomość ciała dość znikomą. Nikt mnie nie nauczył jak być z ciałem. Jak o nie dbać. Nikt nie powiedział, że ono jest ważne. Ciało było czymś oczywistym, na co nie zwraca się większej uwagi. Ciało trzeba nakarmić i napoić, ale też nie należy się zbytnio przejmować czym. Ciało należy ubrać, żeby nie było mu zimno. Ciało boli więc, należy zjeść tabletkę przeciwbólową żeby nie czuć.

A ono wyło bólem chronicznym. Mięśnie tętniły opuchlizną. To tak, jakby moje ciało pęczniało i rosło, i chciało pęknąć. Kiedy ktoś mnie dotkał, kuliłam się z bólu…

Długo szukałam rozwiązania, bo nie miałam już zgody na taki stan rzeczy. I wtedy przyszedł hawajski masaż Lomi Lomi Nui, a wraz z nim automasaż. Narzędzie, które jest mi kołem ratunkowym, a było główną terapią przeciwbólową i relaksującą. I to dzięki automasażowi pozbyłam się wielu warstw napięć, starych urazów zarówno ciała jak i psychiki. I to dzięki niemu zaczęłam lepiej rozumieć ciało.

Ale że o co chodzi?

Czym jest automasaż? Można powiedzieć, że romansem ciała, podłogi i świadomości. Tu masującym jest podłoga, a także wszystko, to, co napotka ciało po drodze. Pamiętam, że podczas mojego pierwszego kontaktu z automasażem, przez trzy dni przechodziłam katusze podczas porannej godziny sam na sam z ciałem… Wszystko mnie bolało, a tu jeszcze miałam za pomocą podłogi naciskać to, co właśnie było w moim ciele napięte. Wydawało mi się to absurdalne! Zupełnie nie rozumiałam jak podłoga mogła mi pomóc, skoro miałam wrażenie, że kiedy się na niej kładę i  powoli się „kulam”, napotykam same kamienie i kolce? Jak to  możliwe, że jestem taka sztywna, kanciasta, no niemal brukiem wyłożona? I w ogóle to dlaczego mam leżeć na twardym a nie na puchatym i ochronnym?

Takie były fakty mojego ciała, z nimi nie dało się polemizować… Przy każdym powolnym ruchu niemal słyszałam jęk zakończeń nerwowych, aż w pewnej chwili, tuż przed tym, gdy chciałam wstać i obrazić się na dobre, zaczęłam głęboko oddychać. Jak jeszcze nigdy nie oddychałam.

I… Odżyłam. Zrozumiałam, jak bardzo ta nikczemna podłoga może mi pomóc. Dlatego podczas warsztatów jakie prowadzę dzieląc się swoim doświadczeniem automasażowym, rozumiem Ciebie. Rozumiem Twój ból. Wiem gdzie się chowa, wiem jaki kamyk między łopatkami czy w karku woła o uwagę. I wiem jak do niego dotrzeć i go uwolnić. A po zajęciach wiesz także Ty. Dostajesz ode mnie narzędzie, które może Ci służyć do końca życia.

Jak to się robi?

Ta „zabawa” polega głównie na intuicyjnym podążaniu za tym, co nasze ciało chce zrobić. Nie ma tu wyuczonych i wyćwiczonych sekwencji ruchowych. Jesteś tylko Ty i to, czego Twoje ciało potrzebuje na dany moment. Może są to tylko powierzchowne uwolnienia napięć, a może tuż bliżej kości, albo i głębiej w samej duszy. To fascynująca podróż i od Ciebie zależy czy w nią wyruszysz.

Automasaż jest jednym z narzędzi,  które prowadzi do krainy wolnej od napięć, głębokiego relaksu, odnalezienia wewnętrznej równowagi i oczyszczenia ciała ze starych napięć w których uwięzione zostały nie tylko toksyny, ale przede wszystkim ból emocjonalny czy psychiczny. To tak jakbyś zafundował sobie super relaksujący i uzdrawiający masaż.

Aloha narzędzia

Z czasem mój automasaż ewoluował i zaczęłam dokładać narzędzia pomocne, by jak najskuteczniej i precyzyjniej dotrzeć do napięć, które czasem potrafią się podstępnie schować. Gnana ciekawością badacza, docierałam do naprawdę interesujących rejonów siebie i fizycznie, i psychicznie, i duchowo.

I tak moja podłoga ma kumpli w postaci piłeczek, wałków, mat, pasków z igłami… Niektórzy mówią na to kawulowe narzędzia tortur, bo dla nowicjuszy wygląda to dość ciekawie i groźnie zarazem. Wiem, też byłam na początku, też nie wyobrażałam sobie podłożenia pod plecy żadnej twardej, wrednej i nieczułej piłeczki, a piłeczki z kolcami to już nie ma mowy! A dziś nie ruszam się w żadną dalszą podróż bez zestawu automasażowego w postaci kilku różnych piłeczek.

I nie zapomnij oddychać!

Naciąganie, rozciąganie, ugniatanie, rolowanie… Wszystko milimetr po milimetrze, z zamkniętymi oczami, z pełnym skupieniem na tym, co dzieje się wewnątrz ciała. W trakcie lubię słuchać muzyki, która prowadzi moje ciało i pogłębia stan skupienia. Zapalone świece, oczy zamknięte, delikatny zapach białej szałwii. Randka ciała z duchem. Spotkanie warte uczczenia.

Na każdą sesję zawsze zapraszam oddech. Głośny, świszczący, szumiący uwalniający napięcie wulkaniczną erupcją. A czasem wystarcza delikatne westchnienie ulgi…

Zaufaj ciału

Każdy ruch jest uważny, spokojny, na granicy bólu. To czasem delikatne balansowanie, mikro ruch, oddech i… uwolnienie, ulga, spokój. I ciało już wędruje do kolejnego miejsca, którym warto się zająć.

Czasem będziesz potrzebował godziny, czasem dwóch, a czasem dziesięciu minut. Ale gwarantuję, kiedy wstaniesz z podłogi, poczujesz się zdecydowanie lepiej niż przed sesją. Odkąd prowadzę warsztaty automasażu nie spotkałam jeszcze ani jednej osoby, która PO sesji czułaby się gorzej niż przed. Więc warto temat zbadać ;-). Owszem, nie zawsze w trakcie będzie super przyjemnie, jasne… W finale jednak czeka Cię nagroda w postaci głębszego oddechu, spokojniejszego umysłu i zrelaksowanego ciała.

Automasaż jest wolnością, w której to Twoje ciało wie najlepiej czego mu potrzeba. Po prosu słuchaj! A Kawuli przyjdź posłuchać. Kawula podpowie Ci jak lepiej z ciałem się dogadać , a jej piłeczki i wałki zrobią resztę ;-).
To niezwykła podróż, w której sama uczestniczę już 9 lat i jest stałym elementem mojej codzienności. Lubię sprawiać sobie przyjemność, a automasaż zdecydowanie jest jedną z nich.

Do zobaczenia między piłeczkami! 😉 Przyjdź i uwolnij swoje ciało od bagażu napięć, których już nie musisz dźwigać.