Dni kiedy jestem off
Jestem osobą dość mocno zorganizowaną, skrupulatną, punktualną oraz jak się chce mieć swój biznes i funkcjonować w miarę bez stresu powyższe cechy są mile widziane. Zwłaszcza w zawodzie freelancera. Gdzieś między jednym zdjęciem, a drugim, jednym tekstem a trzema następnymi, nauką niemieckiego, spacerami z psem, gotowaniem, zakupami, masażami i ogarnianiem własnego gabinetu, sprawami urzędowymi, czasem we dwoje, planowaniem co dalej trzeba znaleźć chwil kilka na STOP. Wielkie, czerwone stop. I tak przysiąść pod tym znakiem i nie robić nic. I zapomnieć o organizacji, skrupulatności, konsekwencji i kilku innych terminach. Trzeba po prostu wrzucić na luz. A wtedy choćby nie wiem co i nie wiem jak to ja siedzę i koniec. Biznes nie ucieknie. Ludzie też nie. Mój on idzie z psem, a pies z nim i każdy bawi się bez Kawuli i jest git.
Pasja... ale że o co chodzi?
Jak to jest z tą pasją? Z tym czymś co napędza, co rozpala oczy, co czas rozpuszcza, co pozwala sięgać do duszy. No jak to z nią jest? Miałam to szczęście, że się z nią urodziłam. Bo pisałam naprawdę od zawsze i również od zawsze nauczycielki polskiego dawały mi za treść pięć za błędy dwa ;-). Więc zapisywałam namiętnie zeszyty, pisałam tonę wierszy i opowiadań, zaczęłam też powieść, ale jak widać drugim Paolinim (to ten od powieści fantasy Eragon) nie zostałam bo w wieku piętnastu lat miałam na koncie jedynie kilka tysięcy nieopublikowanych (choć nagrodzonych) wierszy, a nie poczytne powieści na podstawie których filmy powstały…
Całkiem nieprzypadkowe sploty...
Zasiadłyśmy przy okrągłym drewnianym stole. Przy kawie. Z naleśnikami owocowymi. Pod nogami kręcił się pies. Za oknem słońce rozrzucało rozżarzone węgielki upału. Tej soboty nie było ani podziału kulturowego, ani językowego, ani jakiegokolwiek innego. Tej soboty kobieta z Polski i z Syrii opowiedziały sobie swoje życia. Obce dla siebie totalnie, a jakże bliskie. Kilka godzin sprawiło, że obcość zamieniła się w bliskość jakiej czasem nie dzieli się z tymi, których zna się przez całe życie. Gdzieś trybiki Wszechświata poustawiały się właśnie tak, że mogłyśmy tej soboty zasiąść przy jednym stole i być dla siebie. Takie zwykłe życie
Fascynujące mam życie mówią niektórzy. Podziwiają, że można tak zostawić przeszłość. Całą. I ruszyć. W nieznane. Kręcą głowami i cmokają. Niektórzy zazdroszczą. Inni pytają jak to się robi? A ja naprawdę nie wiem tak do końca o co chodzi. Ot dzień za dniem. Bo dla mnie to po prostu zwykłe życie. Nuda wręcz można powiedzieć. Codzienna „droga na Ostrołękę”. Mówią, czy nie zbłądziłam w tej Germanii, bo przecież chciałam do kraju z oceanem, albo morzem miłą i ciepłą wodą szumiącą…
Życie
Im bardziej jestem żywa, tym większe mam wrażenie, że umieram i wcale mnie to nie martwi. Każde poranna przebudzenie to kolejne narodziny. Czasem w bólu, czasem w lekkości bytu wynurzam się. Każda wędrówka ku nocy to nowa śmierć. Rano budzę się inna, wyłaniam się z niebytu, noc wypluwa mnie ze swego czarnego łona i wraz z lepkością mgieł na łąkach, rodzę się. I zanim otworzę oczy, mija chwila w której jestem bez pamięci. Z trudem przypominam sobie kim jestem, jakie mam obowiązki, że trzeba jeść, myć się, spotkać z kimś, coś zrobić, a czegoś zaniechać. Każdy poranek daje mi nowe ubranie uszyte specjalnie na potrzeby tylko jednego dnia, danej chwili. Jutro z nich już nic nie pozostanie. Zbędne szaty rozpływają się, unoszą na wietrze, wolne gdzieś lecą, a ja nie boję się chwilowej nagości nim nowy dzień ubierze mnie na nowo…
Kawulowy motywator
Bo ja czasem muszę. No bo mi się z lekka zaschnie i przyśnie. Bo jakoś tak markotno. Bo ciut niżej. Bo się kręcę i wiercę. Bo mi też potrzeba. Inspiracji. Motywacji. Soków kreatywnych. Podpatrywania innych. I chwil zadumy nad cudzym postrzeganiem. Wzbogacania się darami drugiego człowieka. Więc zaglądam ciekawsko w różne miejsca i piję do dna. Mam swój stały zestaw koktajli, mam też mieszanki, które są niespodziankowym olśnieniem i wpadają do mnie prosto w rozdziawioną buzię.
Dzika Dada
Ach cóż to było za spotkanie… Dawno temu i nie tak bardzo… Nieznajoma z nieznajomą w cieniu parasolki chowały się przed upałem i wycisnęły z rozmowy ile się dało. Było o sprawach ducha i ciała. Było lekko i wesoło. Było inspirująco i radośnie. Było naturalnie i prawdziwie. Po naszej rozmowie było jeszcze jedno spotkanie, mniej wywiadowcze, równie pękate w uśmiechy. I choć ja mieszkam tu, a ona tam to mamy siebie blisko w sercu i pewnie prędzej niż później los nasze drogi splecie. Na razie tu, na Aloha Świat, dzielę się fragmentem Darii Zaradkiewicz, której blask niech i Was dosięgnie. A żeby jeszcze bardziej umilić sobie czytanie, posłuchajcie jej głosu…
Wsiąść do pociągu
Lubię przemieszczać się z punktu A do punktu B. A kiedy tak się przemieszczam to dochodzę do wniosku, że wcale do rzeczonego punktu B nie muszę docierać bo ogromnie dużo przyjemności sprawia mi samo przemieszczanie się. I czasem pociągi się odwołują bo wypadek i czasem pociągi się spóźniają bo mają inny powód i czasem pociągi jadą tylko kawałek a potem to już trzeba czymś innym bo też są ku temu powody, nie do końca mi znane. I choć nie przepadam za takim podróżniczym chaosem to i tak lubię brać udział w przemieszczaniu się. A jeśli udaje mi się jednak dotrzeć do punktu docelowego to najczęściej czekają mnie same przyjemności i niespodzianki. Mama
Dziś Dzień Dziecka, a tekst o Mamie. Bo czemu nie? Bez niej nie byłoby tego dziecka ;-). A dziecko ma na imię Tina i po raz kolejny gości na Aloha Świat! Najpierw sprawdzała co za rogiem , a potem ze słoniem się bratała. I powróci jeszcze z niejedną opowieścią...
„Więc witaj Biała Murzynko na najpiękniejszym, może trochę chłodniejszym kontynencie, ale za to naszym. I przygotuj sobie grubsze ciuchy jak będziesz dolatywać do Polski, bo jest sześć stopni rano. Szczęśliwego powrotu. Mama”
Make a wish...
Są takie dni i jest ich sporo w moim życiu… Są takie dni kiedy spływa dużo dobra. Jakby wielki róg obfitości miał jakieś nadwyżkowe przecieki.
A wszystko zaczęło się od ciasteczka z wróżbą. Tydzień temu przełamałam jedno na pół i wyskoczyła informacja, że to co wysyłam przyniesie mi nieoczekiwane dary. I jak to jest z takimi ciasteczkami, spełniło się! I wszystko jakby jednego dnia się posypało. Tak lekko i spokojnie. No sypie się i tak dużo, ale jak ciasteczko powie, to jakoś zawsze więcej. A może to dlatego, że na łące puszczałam dmuchawce z Gandhim? I razem marzenia słaliśmy do wiatru? Ja sobie życzyłam spokoju tego za oknem, bo na razie to karetki pogotowia, samochody, klaksony, wozy strażackie, alarmy, brrrr. A piesek pewnie myślał o tych smakowitych świńskich uszach wędzonych podarowanych przez niemiecką ciocię.
Doceniam!
W mieszkaniu pachnie bzem. Podarowanym. I chlebem. Upieczonym. I kawą. Świeżo zmieloną. I deszczem. Padającym. I psem. Szczęśliwie zmęczonym. A ja w tym mieszkaniu trochę śpię, trochę wącham, trochę pracuję, trochę gotuję, trochę się lenię, trochę w nim a trochę poza. I w tym samym mieszkaniu narzekałam ostatnio dużo. Bo dość miałam. I zapachów, i odgłosów, i psów, i ludzi, i ścian goło-skośnych, i wszystkiego no po prostu. Nie i już… A wtedy przyszło olśnienie. Żeby nie psuć tego co mam myśleniem o tym, czego nie mam, bo to co mam dziś było kiedyś jedynie w sferze marzeń…
Chleba naszego powszedniego
Moja pamięć jest wybiórcza. W zasadzie wiele z mojego życia nie pamiętam. Próbowałam odblokować, próbowałam unieść zapadki, próbowałam odczarować. To co tam, jest tam. Teraz jest teraz. Terapia dużo mi dała. Ale nie wróciła mi pamięci. Mieszkają w niej tylko fragmenty mojego „tamtego” życia. Tego sprzed wielu wielu lat. To tak jakbym śniła i zapominała sen zaraz po przebudzeniu. Żyłam, ale nie wiem gdzie, no bo skoro nie pamiętam… Od kilku lat jest inaczej i mogę wręcz z detalami odtworzyć niemal każdy dzień. Może to dlatego, że odzyskałam siebie w pełni? Że cała jestem zanurzona w swoim życiu? Może… Któż to wie?
- Go to the previous page
- 1
- …
- 31
- 32
- 33
- 34
- 35
- 36
- 37
- …
- 41
- Go to the next page
