Zaznacz stronę

DSCN5028Oto podstawa wszelkiego zdrowia psychicznego: rozkoszą powinno być odczucie ciepła na skórze, rozkoszą powinna być wyprostowana pozycja ciała, rozkoszą – świadomość, że kości obleczone w ciało poruszają się swobodnie (Doris Lessing)

Moje ciało posiada niezwykłą inteligencję. Już dawno przestałam się z nim kłócić… Zachwyca mnie ta maszyna… Odkąd złapałam z nim po raz pierwszy kontakt minęło kilka ładnych lat… To było na obozie jogi. Może 10 lat temu… Nie miałam pojęcia czym jest ta cała joga, ale czułam jakieś dziwne przyciąganie. Mówili, może idź na jakieś zajęcia na miejscu zanim wyjedziesz na dwutygodniowy obóz jogi. Eeeeee, nieeeee… Jadę i koniec. No i się wybrałam… Nie przypuszczałam, że wrócę ze skarbem w postaci oddechu.

Od momentu kiedy pierwszy raz udało mi się wydobyć świszczący, głęboki i odżywczy oddech jogina, poczułam, że mam ciało, że ono żyje, a nie umiera w bólu. I to właśnie oddech jest moim największym przyjacielem zawsze i wszędzie. Coś co jest nam dane od urodzenia, oczywiste, przynależne, integralne, a tak zaniedbywane…

Okazało się, że dotychczas dawałam swojemu ciału marne porcje tlenu, a mój oddech nie wiadomo gdzie się zaczynał tak szybko się kończył…

Więc zagłębiłam się w ciało własne. Cierpliwie. Metodycznie. Spontanicznie. Konsekwentnie. Z radością. I używając jedynie oddechu zaczęłam poznawać, doświadczać, czuć ŻE MAM CIAŁO i to super fajnie je mieć. I zaczęłam czuć jakie ma potrzeby. I zaczęłam słyszeć co do mnie mówi. I zaczęłam dawać mu to, czego sobie zażyczyło. Żadnych diet. Żadnych ograniczeń. Żadnych ideologii. Słyszałam jasno i czysto czego się domaga i to dostawało. Pamiętam kiedy wróciłam z półrocznej wyprawy do Indii… Ach! Najcudowniejszy czas dla mojego ciała… Do dziś wracam do tamtych miesięcy zimowych (tak, zimowych właśnie) kiedy to przez 5 miesięcy jadłam tylko surowiznę. Moje ciało nie było w stanie przyjąć ani ciupinki czegoś gotowanego, przyprawionego. Tylko surowe. Monotonnie czasem bardzo, ale wtedy mi to nie przeszkadzało. Chodziłam też ze trzy razy w tygodniu na hot jogę w Gdyni, a po każdej sesji micha sałatki. Oj, energia mnie rozsadzała. Mogłam naprawdę wszystko… Słyszałam każdą komórkę jak podskakiwała z radości. Nie żadne wybuchy euforii, ot czysta radość z samego faktu, że się jest.

Nie przepadam za wszelkiego rodzaju ideologiami. Nie lubię nazywać siebie wegetarianką, frutarianką, weganką i tak dalej, choć wszystkie te „typy” zaliczyłam. Jestem wszystkim i niczym jednocześnie. Jestem tym, czego zażyczy sobie moje ciało. Nie oceniam tego, co zamawia. Przyjmuję. Albo odstawiam to, czego sobie już nie życzy. Pamiętam jak na kilka miesięcy odstawiłam ukochane cappuccino. Nie byłam w stanie pić kawy. Odrzucało mnie totalnie, za to piłam litrami zieloną herbatę. Czasami budziłam się z dziwną ideą zjedzenia czegoś, czego nazwy nawet nie umiałam zapamiętać, albo musiałam zjeść coś, czego naprawdę nie lubię, ale w tym jednym momencie pojawiał się ślinotok i trzeba było skonsumować.

Nie wnikałam co, z czego, po co, jak długo. Ufałam. I można powiedzieć, że byłam w takim stanie lekkości bytu o jakim pisze Doris Lessing. Zwykłe rozkoszowanie się życiem. Aktualnie mam trochę więcej „atrakcji” które podłapuje mój umysł. Czasem się bawię w tę grę, a czasem zostawiam te wielkie i ważne i poważne sprawy na boku. I po prostu oddycham. Nie używam żadnej techniki, nie cuduję, nie wymyślam. Po prostu oddycham. Wykorzystuję to, z czym przyszłam na świat. To zostało mi podarowane. I ten dar uratował mnie już nie raz. Czasem ludzie pytają mnie jak robię to czy tamto, jak jestem taka spokojna, albo no jak? Najprostsza odpowiedź jest: oddech… Nie trzeba robić nic, nie trzeba nigdzie iść. Wszystko już jest. Tutaj. Proste. Pod ręką. I wtedy ci co pytają dziwią się, że jak to, i to wszystko? No tak… Od tego się zaczyna… I na tym się kończy… To, co dzieje się pomiędzy tak naprawdę nie ma znaczenia…

Ostatnio koleżanka poprosiła o pomoc. Za dużo myśli, za dużo problemów, za dużo stresu, co robić… Kochana, po prostu oddychaj. Znajdź 3 minut w ciągu dnia. Nie rób nic. Jedynie oddychaj. Możesz siedzieć, możesz stać, możesz leżeć. To nie ma znaczenia. Czuj się komfortowo i tylko oddychaj. Nie oceniaj jak oddychasz. Jedynie zauważ, że oddychasz. I wędruj z oddechem. I nie martw się o nic, nawet o te natrętne myśli. To wszystko? Zdziwiła się… Tak. Codziennie, przez dwa tygodnie. I daj znać jak poszło… Po trzech dniach napisała mi, że siedzenie przez 3 minuty jest dla niej torturą, że nie da rady więcej niż minutę i czy to konieczne te 3 minuty… Nie. Kochana nic nie musisz. Jeśli minuta to twój max zacznij tam… To też fantastyczny początek. Robisz to tylko dla siebie. Jesteś tylko Ty…

Naprawdę nie ma co wymyślać. To jak będzie?

Wdech…

i

wydech…

Shares
Share This