Walizki, dom i nowe

Nadrabiam zaległości magazynowe. I tak w końcu dokopałam się do marcowego Zwierciadła i wywiadu z Katarzyną Jungowską Inny porządek dusz. Nie miałam pojęcia o istnieniu tej kobiety. Najczęściej ogólnie nie mam pojęcia o istnieniu wielu nazwisk (i ludzi ich noszących) o których powinnam może i wiedzieć, ale nie mam potrzeby śledzić życia politycznego, społecznego, biznesowego itp. Kiedyś to robiłam. Nałogowo. Bo studia. Bo dziennikarstwo. Bo to wypada. Dziś nie obchodzi mnie to co obchodziło kiedyś. Jakoś zawsze jest tak, że świat zewnętrzny i tak się o uwagę upomina. Więc czy sobie tego życzę czy nie, dowiaduję się o różnościach. To co mam wiedzieć, przyjdzie do mnie. Może czymś mnie dotknie, a może nie. Ale przyjdzie. Więc spokojnie mogę sobie robić swoje. No a aktualnie nadrabiam zaległości magazynowe… Wyleguję się na sofie z Gandhim (moim 13 tygodniowym psem). I słucham w kółko jednej piosenki, właśnie dziś… Jakoś tak pasuje. Do wszystkiego co dziś i na dziś. Michael Kiwanuka kołysze nas leniwie swoją piosenką: “Home Again” 

O czym to ja… A tak, w rzeczonym wywiadzie zatrzymałam się nad wypowiedzią Pani Kasi: Nie miałam nigdy stałego domu. Zwykle co dwa lata zmieniałam miejsca zamieszkania i dziś widzę w tym głęboki sens. Gdy słyszę słowa, że życie jest podróżą, wiem, że nie są to puste deklaracje – życie na walizkach jest niczym zgoda na kolejne nowe wyzwania, na to, co przyniesie los. Od ciebie zależy jak to wykorzystasz.
Nigdy nie miałam silnego poczucia gniazda. Jako dziecko mieszkałam tu i tam, trochę się przeprowadzałam z rodzicami, trochę mieszkałam sama, trochę internat, potem stancje na studiach, samodzielne mieszkania, sama, z kimś, trochę obce kraje. Czasem łóżko, czasem podłoga, czasem mieszkanie, czasem niebo nad głową. I za każdym razem to samo uczucie ciekawości i… Że nie wiem co się stanie dalej. Trochę obaw. Trochę zmartwień. Ale dużo przestrzeni do wydarzania się życia. Za każdym razem stawało się najlepsze, którego w żaden sposób nie zaplanować nie mogłam. Za każdym razem czegoś mi ubywało, a czegoś przybywało.
Ostatnia przeprowadzka do Niemiec wiele mi pokazała. Jak mocno odechciało mi się przedmiotów. Jak bardzo nie potrzebuję i nie muszę. (Choć już od kilku lat tak żyję sobie z tym, co pod ręką potrzebne). Nie, nie przegięłam w drugą stronę. Po prostu nie mam potrzeby posiadania czegokolwiek (cholera, stop, nie, wróć! Buty… to moja słabość… buty trekkingowe, buty do salsy… no to moja ta no… słabość i gdybym mogła to bym, oj to bym, a że nie bardzo mogę, więc tylko to, co potrzebne by nogi nie odpadły ze zmęczenia ;-)).
Pytają mnie czy chcę wrócić. Nie. Pytają czy nie żałuję kilku ważnych życiowych decyzji. Nie. Pytają co dalej. Nie wiem. Pod łóżkiem leży moja podróżna walizka. Fioletowa. Duża. Na razie jest magicznym przedmiotem do zbadania dla mojego psa, który kocha buszować pod łóżkiem. Lubię jej obecność. (Psa też. Razem z tą walizką w komplecie jakoś pasują do siebie…). Lubię wspominać wszystkie podróże, które razem zaliczyłyśmy i wszystkie taśmy bagażowe na których się kręciła w oczekiwaniu aż się odnajdziemy. Jeszcze tyle mnie czeka. Może nie na wszystko jestem jeszcze gotowa, ale jeśli przyjdzie poradzę sobie. Bo tak już było kiedyś. Bo brałam nowe pod ramię i z trochę trzepocącym sercem, ale szliśmy prosto przed siebie. Bo nie ma odwrotu. Bo ich nie chcę. Bo ich nie potrzebuję. Bo tworzę nowe domy, a każdy utkany jest z trochę mnie starej, a trochę z tej, która wykorzysta wszystkie szanse by być swoim własnym marzeniem ;-).
Za półtora miesiąca wyprowadzam się z obecnego mieszkania do takiego gdzie miasto nie produkuje tyle hałasu i gdzie wychodzi się na zieloną trawę i szlaki trekkingowe tuż po zejściu z czterech blokowych pięter. Nie przywiązuję się do miejsc w którzy mieszkam. I choć tęsknię za moim mieszkaniem na Zielonym w Gdyni to wiem, że będą nowe, też pełne różności, zieloności, światła, radości, spokoju, kawulowego zen, mantr zaklętych w białe ściany, zapachów unoszących się pod sufitem, tęczowych refleksów całujących policzki o poranku i ludzi przynoszących nowe opowieści, które zamieszkają w moim sercu na zawsze.
I znowu mi czegoś przybędzie, i znowu mi czegoś ubędzie…

Podobał Ci się ten wpis? Podziel się z innymi!

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on linkedin
Share on whatsapp
Share on email

Nazywam się Kawula.

Agnieszka Kawula

Jestem jak Bond, James Bond. Moje super moce to hawajski masaż Lomi Fizjo oraz automasaż. Jestem dziewczyną z YouTube’a. Ciągną do mnie jednorożce i kocham cappuccino. Mam najfajniejszego psa terapeutę!

Nie przegap kolejnych wpisów!

Zapisz się na mój newsletter i bądź na bieżąco!

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA. Mają zastosowanie Polityka prywatności oraz Regulamin serwisu Google.
Twoje dane będą przetwarzane w celu wysyłki Ci newslettera, a ich administratorem będzie Agnieszka Kawula. Szczegóły: polityka prywatności.

Poruszyło Cię?

Napisz do mnie.

Może Cię również zainteresować

Na 42 osoby, które poddaję serii masaży (4-9 sesji w zależności od stanu zdrowia), 39 żyło z bólem (głównie pleców) dłużej niż rok. Większość pacjentów zjadła w tym czasie po kilkaset różnych tabletek przeciwbólowych (w...
  W listopadzie zeszłego roku rozpoczęłam pierwszy etap mojego badania nad wpływem masażu na człowieka. Jednym z etapów jest ankieta, którą wypełniły 1403 osoby z całej Polski. Raport niedługo zostanie opublikowany, natomiast już dziś chciałam...
Co to były za emocje! Nie wiem po której stronie większe, po mojej czy u 10 letniej Poli, która bierze udział w moich badaniach. „Był to mój pierwszy masaż w życiu i okazał się fantastyczn,...
Przewiń do góry