Lubię gotować. Nie mogę powiedzieć, że jestem w tym jakoś nad wyraz utalentowana. Ot, po prostu lubię gotować. Każde przygotowywanie posiłku jest dla mnie małą ceremonią, medytacją, zabawą, tańcem. Bez pośpiechu, z szacunkiem do tego, co ma być podane, co stanie się dla kogoś energią na kilka godzin. Z czystym umysłem jak to tylko możliwe, by żadna ciężka myśl nie przeszła do brokułów czy marchewek, które niewinnie czekają na dalszy los. Tak samo gotuję dla siebie. Tak samo gotuję dla gości. No po prostu lubię ten stan i już.
Jest ogromna różnica, kiedy obiera się warzywa od niechcenia i machinalnie wrzuca do zlewu jak niepotrzebny przedmiot, a kiedy delikatnie odkłada i spokojnie kroi, posypuje ziołami. Nie potrafię powiedzieć gdzie tkwi ten magiczny „myk”, ale moje ciało najlepiej trawi rozmedytowane i szczęśliwe marchewki.
Sama lubię gotować, piec czy przygotowywać surówki przy ulubionych dźwiękach muzyki. Śpiewam, tańczę, uśmiecham się i zapominam o tym, co działo się przed chwilą, co muszę załatwić, komu zapłacić, a kto ma mi coś oddać. Jest tylko jedzenie i ja, starająca się wlać w posiłek jak najwięcej pozytywnych emocji.
Pamiętam fajne czasy, kiedy wraz z przyjaciółką prawie codziennie spotykałyśmy się u mnie w mieszkaniu, na Osiedlu Zielonym w Gdyni. Szybkie zakupy i sekcja warzyw w Almie oblegana przez nas. I myk do domu. I kroiłyśmy w mojej tyni kuchni, i sobie żartowałyśmy, i się śmiałyśmy ile wlezie, i wcielałyśmy się w autorki programu kulinarnego. A kiedy już wszystko się pięknie zmieszało, celebracja. Na podłodze mojej kolorowej (bo taki sobie zen kącik stworzyłam), z miseczkami w dłoniach, z jakąś pyszną oranżadą w szklankach jadłyśmy. Proste dania. Czasem proste sałatki. Tak by chrupało. Tak by czuć było pojedyncze smaki. Tak by kolory się fajnie komponowały. Tak by nam w brzuchach było po zjedzeniu szczęśliwie. A po… Po spacer, a raczej marsz wartki trasą nadmorską. Spacer na kawę i ciacho.
Naprawdę wiele nie potrzeba by dobrze zjeść. Mnie wystarczą choćby proste czerwone pomidorki, zielone oliwki, feta, oliwa, sól i mój świeżo upieczony chleb. I jestem w niebie.
W Indiach mówili mi: – Wszystko jest Bogiem. Patrz na świat takimi oczami. Jeśli nie szanujesz jedzenia, twoje zdrowie też będzie marne. Żadne jedzenie nie uczyni cię chorym. To myślenie o tym, że po zjedzeniu tego czy owego będziesz się źle czuła to powoduje. Jedzenie jest tylko jedzeniem, a to ludzie zabijają się dla smaku, a przecież ten nie daje energii. Energia znajduje się w jedzeniu. Dlatego pamiętaj, Bóg, którego widzisz gołym okiem, jest jedzeniem.
Ja dziś zjadłam szczęśliwe śniadanie. A Ty?