Wiecie jak Isabel Allende pisała pierwsze powieści? W szafie! Nie miała swojego kąta, biurka ani świętego spokoju. Wywalała ubrania z szafy, przysuwała krzesło do półki i pisała! A za drzwiami jej wieloosobowa rodzina, która zdecydowanie nie była cicho. Da się? No raczej!


Trzeba chcieć. I wytrwać.


Zmiana zaczyna się od powiedzenia sobie TAK. Tak, potrzebuję zmiany. Tak, chcę żeby było już inaczej. W moim przypadku chęci były równie ogromne, co wielkie, tłuste ALE, przyklejone do każdego mojego TAK.


Ale nie wiem od czego zacząć, ale mnie nie stać, ale nie mam czasu, ale i tak nic z tego nie wyjdzie, albo po co to wszystko, ale nie mam tyle siły, ale jak to wszystko ogarnąć, ale to tak długo będzie trwało.


Naprawdę chciałam zmiany. Ale… Tak bardzo jej nie chciałam, że z miesiąca na miesiąc jedynie nawarstwiały się moje problemy. To mnie zawsze było najtrudniej, to ja nie miałam pieniędzy, to ja byłam taka nieszczęśliwa. A ci co mówili mi, że mogę to zmienić, pójść po pomoc, no oni nie wiedzieli przecież jak to jest strasznie!

Aż zostałam sama. Z podejrzeniem kilku chorób, za które nie chciałam się zabrać. Z depresją farmakologicznie pseudo-leczoną. Z udawanym uśmiechem. Z ciałem, które odmawiało życia. Dopiero wtedy poszłam po pomoc. Zapłaciłam za nią dużo pieniędzy, których rzekomo nie miałam. Poświęciłam na nią czasu, którego niby też nie miałam.


Wolałabym wypić najgorsze zioła świata i mieć z głowy całą tę terapię, zmianę i szczęście. Wolałabym, żeby ktoś mnie po prostu przeniósł do lepszego czasu. Wolałabym natychmiastowe uzdrowienie, w które szczerze wierzę, ale ono nigdy się nie wydarzyło. I w końcu wolałabym, żeby raz wypracowane szczęście, zostało ze mną i nie szlajało się po obcych ziemiach.
Często ludzie do mnie piszą, proszą, pytają, a jak przychodzą, mają nadzieję, że rachu ciachu i nieszczęście pozamiatane. Najbardziej wkurzam się na wszystkich, którzy mówią, że chcą zmiany, ale… Obiecałam sobie, że skoro mam pracę pomocową, za którą klienci mi płacą, przeznaczę pewną pulę moich usług dla tych, którzy sobie na nią nie mogą pozwolić. Mogę pomóc, przyjdź, skorzystaj. Na dziesiątki propozycji, przez 13 lat mojej pracy, skorzystało kilka osób. I to były fundamentalne transformacje. Reszta została ze swoim „tak, ale”. Mój mąż się nasłuchał monologów jakie wygłaszałam na ten temat, aż kilka dni temu powiedziałam, koniec ze zbawianiem świata!


Bo to jest tak, jakby komuś dawało się receptę na lek, a on jej nie zrealizował. Wiesz, że coś zadziała, dajesz instrukcję, z której ktoś rezygnuje bo „ale” jest jego poduszką bezpieczeństwa. A najbardziej się wkurzam, kiedy proszą mnie o radę, na bóle takie i inne, daję konkretne i za darmo na przykład ćwiczenia z automasażu, a potem ten ktoś nic z tym nie robi. Mnie się już nie chce zbawiać. Sama muszę odkurzyć własne szczęście bo coś wyschło. To nie jest łatwa i miła robota!
Mimo że korzystanie teraz z moich usług jest utrudnione przez pandemię to jednak dla potrzebujących ulgi, jest automasaż, dzięki, któremu można sobie pomóc samodzielnie! Pytanie czy chcesz, żeby było lepiej?
www.rozmasujto.pl

Shares
Share This