Pani Basia odeszła nagle. Nikt się nie spodziewał. No bo jakże to tak z uśmiechem, z żartami, przy porannej toalecie, między jednym rękawem bluzki a drugim, tak po prostu zamknąć oczy? A tyle było radości z odzyskiwanej sprawności. Fizjoterapia przyniosła świetne efekty, na tyle, że pani zaczynała już z wózka zsiadać i przy balkoniku pierwsze kroki stawiała. Śmierć przychodzi i zabiera niezależnie od tego, ile kroków w życiu się zrobiło i na co miało jeszcze nadzieję. Pamiętam jej rozmowę z synem tuż po naszym masażu. Całkiem możliwe, że ich ostatnią. Była pełna uśmiechu i czułości. Człowieka nie ma, ale dobre słowa zostają.

Za to pani Ula pojechała do rodziny na dziesięć dni. Jej opuchnięte do granic skóry, pełne otwartych ran nogi, wyglądają teraz jakby należały do nastolatki. Stoimy z fizjoterapeutkami Izą i Karoliną, wgapiamy się w telefon i podziwiamy zdjęcia z dowodami na aktualny stan nóg pani Uli.

– No dobra, dajcie mi tu ludzi do masowania – kończę naszą sesję przerzucania w telefonach zdjęć z ludzkimi kończynami na różnym etapie terapii.

Iza wyciąga karteczkę z kieszeni, przygląda się jej i mów:

– Pierwszy będzie Staszek, przyjechał do nas na dwutygodniowy turnus, przyda mu się masaż.

Pan Stanisław, bardzo chciał być Staszkiem. Początkowo miałam spore opory przed mówieniem mu po imieniu, ale tak mnie omotał, że skończyło się na uściskach i bonusowym cmoknięciu w policzek. Kiedy człowiek podczas masażu opowiada Ci bolesne, intymne szczegóły swojej choroby, kiedy nie ma rozmowy o pierdołach, tylko od razu o radościach, zmaganiach z umysłem by jak najmniej uprzykrzał i tak trudną już rzeczywistość, to po niecałej godzinie można całkiem fajnie się zakumplować.

Wiecie, w pracy z osobami chorującymi, z osobami w zaawansowanym wieku, z naprawdę wieloma dolegliwościami jest dużo śmiechu, radości, nadziei. Kiedy zaczynałam dwa miesiące temu, miałam pewne obawy, czy mnie historie chorób nie przytłoczą, czy energia dookoła spotkania nie będzie zbyt gęsta i wysysająca. Bywam zmęczona, bywa, że boli mnie całe ciało, bywa, że mam dziesiątki pytań natury etycznej, egzystencjalnej, medycznej, duchowej. Ale wiecie co? Jeżdżę do tych wszystkich ludzi gadać o różowych tenisówkach, koralach, pierścionkach, różańcach z kasztanów. Nawet jeśli na krzesełku obok przysiądzie samotność, tęsknota, wspomnienie z wojny czy ból to nadal wygrywają wspomnienia o przebiegniętych maratonach, odwiedzinach u rodziny, szczęściu, które nie pozwala pochłonąć się nieszczęściu.

I choć ze Staszkiem rozmawiałam o tym jak nagle stał, a potem już leżał i nic nie zapowiadało jego paraliżu, to co się naśmialiśmy w czasie naszej sesji masażowej to nasze.

Pan Hubert też skradł moje serce. I jego córka Edyta. Oczy mi się szkliły i wszystko uśmiechało na ich splecione ręce, czułość i miękkość w byciu blisko. Walczymy o nogę pana Huberta. Nie jest dobrze, puchnie, rany się nie goją. Edyta bardzo chciała, żebym nauczyła ją jak może masować tatę samodzielnie, pomiędzy naszymi spotkaniami i rehabilitacją. Zobaczymy. Ale przy takiej miłości i pogodnym pacjencie to się może udać.

– Panie Hubercie, a co pan taki uradowany? – zapytała jedna z opiekunek, która wpadła zobaczyć co się dzieje w sali rehabilitacyjnej i przy okazji dała mi żelka (co jak się okazało dwie godziny później uratowało mój żołądek przed przyklejeniem się do kręgosłupa z głodu).

– Bo mam taki masaż, wspaniale jest, wspaniale – padła odpowiedź.

W ciągu godzinnego masażu nóg może i nie mieliśmy oszałamiających rezultatów, bo to jeden z tych twardych, zgrubiałych i bardzo rozlanych na całej nodze obrzęków, ale czas minął nam radośnie. Czasem wystarczy zapytać o ulubione czynności, o pasję, o dobre dni i człowiek od razu promienieje, albo jak w przypadku pana Huberta, oczy robią się duże i błyszczące.

– Z wykształcenia jestem kowalem, na statkach pracowałem. Nie było lekko, ale lubiłem to. I szewcem też byłem, takim amatorem, co łaska mi ludzie dawali za naprawdę butów. Bo kiedyś to nie było tak jak dziś, że nie opłaca się już reperować. A teraz to sobie modele sklejam. Na kilka godzin przepadam, tak mnie to pochłania. Zaczęło się od różańca z kasztanów, a potem była szopka bożonarodzeniowa, nawet dostałem nagrodę. Teraz robię kościółek i jeszcze mam w planie plebanię, żeby ksiądz miał gdzie mieszkać. Córka mi farbki przyniosła dziś, będę malował.

Rozmawialiśmy też o chorobach wypadkach, ranach i złamaniach, ale i tak wygrało sklejanie modelu kościółka z „tego co pod ręką i co ludzie wyrzucają”.

Takiego rozpromienionego pana Huberta przekazałam i poprosiłam dziewczyny, żeby dopisały go do listy na piątkowy masaż. Bardzo życzę jego nodze, żeby dała się jeszcze uratować. To ciało już swoje wycierpiało…

Drugi pan Hubert czekał w kolejce i bardzo się niecierpliwił. Bo ile można masować kogoś? Ile można gadać? No ile? Widać było, że noga panu mocno dokucza. Od rana wielki ból, jakby puściły wszystkie śruby, które nogę kiedyś poskładały, albo jakby zardzewiały i teraz toczyły toksyczne zapalenie. Lekarz zasugerował masaż, no to masowałam.

– Tylko jedną nogę – zaordynował pan Hubert, kiedy w końcu była jego kolejka.

– Ale drugą też mogę, dla równowagi.

– Nie, nie, tylko jedną. Czemu ona tak boli, co się stało, nie rozumiem – pojękiwał.

Gdzie nie przyłożyłam rąk, bolało. No to masowałam, póki pan Hubert też nie dostał rumieńców na policzkach i się lekko nie zrelaksował. Po pół godzinie przestał powtarzać w kółko „co się stało, nie rozumiem” a zaczął przebąkiwać coś o drugiej nodze.

– Jakby mniej boli, ale teraz ta druga noga zaczyna.

– Czyli co, jednak pomasować też drugą?

– A może pani?

– A mogę.

Ze stołu do masażu pan Hubert schodził w lepszym stanie niż się na nim kładł i zaczynały się pojawiać sugestie, że może by tak też plecy pomasować, bo coś zaczynają boleć 😉.

Na koniec była Beata, która po masażu pleców i rąk śmigała na wózku jak gazela. I pani Danusia, która stwierdziła: „No dziewczyny wpadnę do was później na wino, a wieczorem to mogę iść na jakiś podryw, taka jestem teraz naładowana energią”.

Dom Seniora Rose w Jastrzębiej Górze jest ogromnym ośrodkiem. Może pomieścić około 100 pensjonariuszy. I choć poznaję jedynie wycinek tego domu, lubię tu wracać. Czuję się tu bardzo na miejscu, a z każdą jedną poznaną osobą blisko mi do serca.

Słuchaj podcastu na ulubionej platformie

Kawula masaż Lomi Lomi

Nazywam się Kawula.
Agnieszka Kawula...

Wierzę, że empatyczny dotyk i masaż, budzi do życia oraz zbliża ludzi.

Poruszyło Cię?

Wirtualne cappucino

Jeśli treści, którymi się dzielę, są dla Ciebie ważne lub inspirujące, możesz zabrać mnie na wirtualne cappuccino.
Z przyjemnością dam się zaprosić.

Nie przegap kolejnych wpisów!

Zapisz się na mój newsletter i bądź na bieżąco!