– Która jestem w kolejce? – to standardowe, czwartkowe pytanie, kiedy tylko rozpoczynam przekształcanie pokoju pani Wiesi i jej sąsiadek, w tymczasowy pokój masażowy.
Jeszcze parawan z gibkim jednorożcem na dobre nie rozsunie wszystkich skrzydełek, a już wiem, co się będzie działo do obiadu o 12.30. Dziewczyny seniorki, szybko wypełniają moje godziny.
– Kiedy coś boli, każda godzina się dłuży i dokucza, a mnie teraz dużo lepiej – powiedziała Pani Kazia, która sama nie wiem, kiedy wjechała na wózku do pokoju, w którym ledwo zdążyłam ustawić stół do masażu. I tak sobie niewinnie stała w korytarzu, gotowa na rundę drugą masowania. Dwa tygodnie temu, miałam duże obawy czy ból nie jest za duży i czy da radę leżeć na brzuchu. Muskałam jej plecy, a ona podskakiwała z bólu. Tym razem było dużo spokojniej, więcej przyjemności i rozleniwienia. I łez wzruszenia.
Kani Kazia zapoczątkowała łańcuszek łez i po niej wszystkie panie przeciekały, a ja razem z nimi. Zwykły gest wsparcia przy ubieraniu czy nakładanie papci sprawiał, że moje seniorki zaczynały przeciekać jak nigdy. Przecież zawsze im pomagam, więc dlaczego dziś aż tyle łez?
– Tutaj są paluszki, suszona żurawina, proszę się częstować – ugościła mnie pani Wiesia, w której pokoju rozstawiam ten polowy gabinet masażu.
– Bo pani nie było tydzień temu prawda? – pyta Pani Wiesia.
– Tak, miałam zjazd na studiach.
– A, mówiła pani, ale jeśli to nie tajemnica, to co pani studiuje?
– Podyplomowo Geriatrię, gerontologię, trochę onkologii, trochę psychologii, trzy różne kierunki – odpowiadam i zastanawiam się jak ubrać to wszystko w odpowiednie słowa i jakoś mi tak niezręcznie opowiadać o geriatrii seniorce.
– Ale wspaniale, czyli będzie pani specjalistką od dziadków i babć jak ja? – wypala pani Wiesia.
– Można tak powiedzieć – śmieję się.
– Oj to wspaniale, to takie ważne, żeby robić w życiu to co się lubi, a ja czuję, że pani lubi do nas przychodzić. Ja jestem podatna na takie rzeczy. Kiedy pani znowu przyjedzie?
– W czwartek. Obiecuję, że przed świętami jeszcze będę.
– To znowu pani może rozstawić wszystko u mnie w pokoju. Ja się bardzo cieszę.
Ten przedświąteczny czas jest dla wielu pensjonariuszy naprawdę trudny. Serce mi pękało, kiedy kilkukrotnie usłyszałam „ja bym tylko tej mojej rodzinie w święta zawadzała”, „ten harmider to już nie dla mnie”, „a gdybym im umarła w święta to tylko problem”.
W czwartek opowieści rodzinne, mieszały się z wojennymi, na szczęście bóle znikały na stole do masażu. Były łzy, uściski i sącząca się z playlisty muzyka, ułożona specjalnie dla moich seniorów
aj poniosły nas sentymenty
.
Z panią Krysią tym razem rozmawiałyśmy o miłości i oświadczynach takich w liście, w dodatku po drugim spotkaniu, o sprawach rodzinnych, o marzeniach, które nie mogły się spełnić, bo czasy niepewne i trzeba było uciekać. O strachu, bo wiozło się nielegalnie książki czy radio i o pogodzeniu z życiem.
– Zobacz, nigdy nie wiadomo, co będzie. Dobre miałam życie. Nie spodziewałam się, że na końcówce poznam ciebie i całe życie ci opowiem, że cię pokocham, że będziesz mnie masować, a ja poczuję jakbym pływała taka lekka, wolna od smutków, że brzuch mi tak nie będzie wisiał dzięki tym twoim działaniom – przytulamy się, śmiejemy i płaczemy tym razem ze szczęścia.
– A co ta pani leczy? – usłyszałam jak jedna z pensjonariuszek zapytała panią Krysię podczas obiadu.
– I smutki, i bóle w ciele, też powinnaś się zapisać – pada odpowiedź, a ja znikam, zanim mnie zauważą.
Po obiedzie biorę jeszcze w obroty panią Jadzię i obie cieszymy się, że kikut nie boli, zdrowa noga też nie dokucza, że jest wytchnienie. Nie wiadomo jak długie, ale ważne, że teraz jest ciut lżej.
A na koniec z panią Marią razem sobie popłakałyśmy. I z radości, że ręka po udarze już nie taka napuchnięta, i z tęsknoty za utraconym kawałkiem siebie.
Wychodzę po 14stej z Senior – Dom Opieki Seniora, zmęczona, spocona, głodna, ale wypełniona po same krańce duszy.
