W piątek pani Zosi dużo trudniej się mówiło.

– Dziś tlenu jeszcze nie brałam, w ogóle jakaś słaba jestem – wyjaśniła z trudem.

Łapała oddech między sylabami i w końcu się poddała. Masowałam w ciszy jej rękę. Tę, co to się nie chce słuchać nic a nic. Po pierwszym masażu, ból i nieznośny ścisk odpuściły na kilka godzin. A potem dalej skrzypiało i bolało.

– Ale wie pani co? – odezwała się po dłuższej przerwie pani Zosia – rzadziej mnie ściska. Napnie się, a potem puści.

– O, czyli coś tu się dobrego jednak dzieje.

– Słyszę, jak brzęczy mi w ręce zmiana – śmieje się.

– No to masujemy dalej.

– A jak skończy pani rękę i nadgarstek, to mogłaby mi pani kolano też podotykać? Takie liche te moje nogi.

Faktycznie. Kolana oba napuchnięte, stopy zimne, palce zawinięte jeden na drugi.

– Ja już na nogi nie stanę – pani Zosia zawiesza głos i wpatruje się w mini fontannę na patio za oknem.

– A na wózku dałaby pani radę siedzieć?

– Może i bym dała radę. Chciałabym trochę innego świata zobaczyć, co jest tam, za zakrętem tarasu. Może już naprawdę wiosna idzie? Ale nie ma mnie kto wsadzić i popchać. Opiekunki mają tyle pracy, że jeszcze jakby nas miały wszystkich na spacery wyprowadzać… – urywa i przymyka oczy.

– Pani dziś bardziej śpiąca, proszę odpoczywać.

– Pani ruchy tak robią, że oczy same się zamykają. I to przyjemne ciepło jakie czuję teraz w nogach. Jak miło.

Pani Zosia przysnęła, a ja zajrzałam pod kołdrę do stóp sąsiadki, pani Sabiny. To był jeden z tych momentów, kiedy gdybym nie widziała w jakim były stanie trzy dni wcześniej, nie uwierzyłabym. Woda zeszła z balonów o ponad połowę, aż skóra się pomarszczyła. Jakby była o trzy rozmiary za duża.

– Smaczek, smaczek, smaczek – z zamyślenia wybił mnie głos trzeciej sąsiadki. Lekko zdezorientowana, nie wiedziałam co robić, bo głos przybierał na sile.

– Ona tak ma, najpierw woła i woła, a jak dostanie coś do jedzenia, to potem tym pluje i wszędzie rzuca – wydyszała obudzona pani Zosia, po czym sięgnęła do swoich biszkoptowych zapasów i podała sąsiadce obok.

– Najwyżej dostanę ochrzan, ale będzie chwila spokoju.

Pięć minut później coś mnie pacnęło. A potem znowu i znowu. Skończyłam masaż pani Sabiny, a tu dookoła mnie pełno pokruszonych biszkoptów. Pani całkiem wartko rzucała w panią Sabinę i we mnie, jakby karmiła łabędzie. W tym samym czasie widzę jak Pani Zosia kręci kółka nadgarstkiem.

– Coś się dzieje pani Zosiu? Boli bardziej?

– No właśnie nie, ręka jak nie moja, słucha się! Robi to, o co ją poproszę, nie chrupie i kręci kółka jak trzeba.

Potem odwiedziłam panią Erykę, po rozległym zawale i z chorobą nadciśnieniową.

– Połowę rodziny zabrało przed czterdziestką, tylko ja się taka stara ostałam.

Pani zażyczyła sobie masaż pleców.

– No różne zabiegi już miałam, raczej takie mocne, a pani tak spokojniej, że aż lżej się robi.

Ostatnie półtorej godziny spędziłam w pokoju panów Jerzych. Młodszy, ze stwardnieniem rozsianym przyznał:

– Po masażu do wieczora pachniałem pani kremem do masażu. Nie mam zbyt wielu tego typu bodźców na co dzień. Dziękuję, że mogłem wybrać zapach, jaki mi odpowiada.

– A jak długo utrzymywał się stan wyprostowanych nóg, bez mocnego przykurczu?

– No właśnie aż do rana. To mi się dawno nie zdarzyło. I mam lepszą świadomość prawej ręki, jakby życia w niej więcej.

– Aż bym chętnie na wózku posiedział, na spacer wyszedł, odetchnął pełną piersią, a nie tak tylko w pokoju.

– Ale nie da Pan rady już siedzieć?

– Dam, ale nie ma kto mnie przesadzić i wózka popchnąć.

Tym razem, doprowadzenie nóg pana Jurka do pełnego wyprostu, zajęło mi o ponad połowę mniej czasu, za co moje ciało też było wdzięczne. Nie jestem przyzwyczajona do pracy przy pacjencie, który leży na łóżku szpitalnym. Potem mam zakwasy, jakbym wróciła z trekkingu giganta…

– Powolność i cierpliwość – odezwał się sennym głosem pan Jerzy – mało kto może sobie pozwolić na brak pośpiechu w pracy jak pani. A to takie ważne, kiedy opiekuje się chorym. Nie czujesz się wtedy ciężarem ani „przy okazji”. Znam głównie terapie, podczas których czułem się albo jak drewno, albo jak kotlet schabowy. Pani ma chyba gorączkę. Ręce ma pani jak talerze rozgrzanej szlifierki, które cierpliwie i powoli zabierają napięcia.

Kiedy masowałam panu głowę i twarz nowym zapachem kremu, nogi pana Jurka leżały wyprostowane, a on sam przysypiał. I tylko od czasu do czasu przypomniał mi żebym o sąsiada Jerzego też zadbała, bo on bardzo potrzebuje.

A przy drugim panu Jerzym, który choruje na Parkinsona, równie spokojnie i cierpliwie uwijał się syn. W ciągu godziny zdążył go ogolić, poprawić pozycję, potrzymać za rękę, napoić i dać przekąskę.

– Przychodzę tu codziennie po pracy, dziś tata jest bardziej ożywiony, to chyba dlatego, że pani tu jest.

W czasie, kiedy syn karmił tatę kaszką, którą właśnie podano, ja masowałam zmarznięte i chude nogi.

– Tato, otwórz proszę usta. Super. I proszę znowu. Ekstra. I jeszcze raz.

Pani musi chyba przychodzić codziennie, bo tata zdecydowanie lepiej je. Czasem muszę czekać minutę albo i więcej zanim otworzy usta. A teraz w 10 minut mamy wszystko zjedzone. Dla mnie to takie ważne, żeby jadł, bo marnieje w oczach.

Pan Jerzy bardzo dużo rozumie, ale komunikacja werbalna działa tylko w jedną stronę. Od czasu do czasu powie wyraźnie słowo czy dwa, a potem znika w mamrotaniu. Czasem się emocjonuje, czasem łagodnieje, zwłaszcza kiedy trzyma się go za rękę i patrzy w oczy. Wtedy świat się nam trochę zatrzymuje.

– A gdybym pani pomógł tatę obrócić na bok, pomasowałaby mu pani plecy?

– No jasne.

– Bo wie pani, każdy dotyk jest dla taty ogromnie ważny. Nawet pani nie wie co to znaczy dla kogoś kto tylko leży w łóżku.

Wychodziłam z Nadmorskiego Domu Seniora przed osiemnastą. Byłam bardziej zmęczona niż zazwyczaj, ale też mój tydzień nie należał do najłatwiejszych. Mimo wszystko czułam satysfakcję. #WolontariatDotykowoMasażowy dopiero się rozkręca i niejedne ręce narobią jeszcze sporo zamieszania.

Kiedy wprowadzałam rower do garażu, postanowiłam, że jak tylko przyjdą cieplejsze dni, chciałabym zrobić niespodziankę i zabrać na spacer na wózkach tych, którzy o tym marzą. Postaram się organizować taką akcję spacerową regularnie i kto czuje, że ma ochotę narobić trochę zadymy na mieście, to zapraszam do „z łóżka na wózek”. Pokręcimy trochę kółek po dzielni i pojedziemy pogapić się na fale.

Tylko zanim uprowadzę kilka osób z Domu Seniora, przegadam temat z szefostwem 😉

Słuchaj podcastu na ulubionej platformie

Kawula masaż Lomi Lomi

Nazywam się Kawula.
Agnieszka Kawula...

Wierzę, że empatyczny dotyk i masaż, budzi do życia oraz zbliża ludzi.

Poruszyło Cię?

Wirtualne cappucino

Jeśli treści, którymi się dzielę, są dla Ciebie ważne lub inspirujące, możesz zabrać mnie na wirtualne cappuccino.
Z przyjemnością dam się zaprosić.

Nie przegap kolejnych wpisów!

Zapisz się na mój newsletter i bądź na bieżąco!