Dziś masowałam tak, jakby jutra miało nie być. Szłam od pokoju do pokoju, od bólu do niemocy, od zaciśniętych pięści do podkulonych na zawsze nóg, od zagubienia na zakrętach demencji, po całkowitą rezygnację, od pojękiwań do westchnień ulgi. A kiedy siedziałam zmęczona na ławce i czekałam na autobus, między jednym kęsem kanapki, a drugim, poczułam się jak kompletna idiotka. Bo wiecie, często pytam osoby, które masuję, czy im wygodnie i czy zanim sobie pójdę, mogę dla nich zrobić coś jeszcze. Zazwyczaj proszą mnie o drobiazgi, a to o przykrycie i otulenie ciała kołdrą po samą szyję, albo o łyk wody, albo nic nie mówią, bo zasnęli.

Dotarła do mnie absurdalność, ale też wielowymiarowość pytania: „Czy jest panu/pani wygodnie”. Bo czy może ci być wygodnie, kiedy nie możesz ruszyć rękoma i nogami? Albo kiedy dłonie masz zwinięte w pięści, które nie otworzyły się od bardzo dawna? Albo twoje kończyny są powyginane w takie strony, że zastanawiasz się jak to w ogóle jest możliwe? Twoja wygoda lub nie, zdana jest całkowicie na osoby, które się tobą opiekują. Czy zauważą, czy pomogą, czy uszanują, czy nie zapomną, że w bólu, chorobie, starości, niemocy, w braku komunikacji – tam dalej jest człowiek, któremu też można pomóc odnaleźć namiastkę wygody, którego można dotknąć czule bez względu na to, jak pachnie jego choroba.

Dziś pobiłam chyba mój osobisty rekord wymasowanych osób. Szłam od pokoju do pokoju trochę jak w amoku.

– Halo, halo, czy może mi ktoś pomóc? – prosi staruszka w pokoju, w którym akurat masowałam. Podeszłam do pani.

– O jaka jesteś kochana, ten sok taki kwaśny, nasyp mi cukru – i ściska mnie za dłoń tak, jakby chciała wycisnąć ze mnie wszystkie słodycze jakie w życiu zjadłam.

Nie mogłam spełnić jej prośby.

– Gołębie przyleciały, tyle gołębi – mówi do siebie sąsiadka w tym samym pokoju.

– Halo, halo, czy jest cukier?

– Oj, dziś mi się nie chce iść do szkoły – odzywa się kolejna pani. – Mogę zostać w domu, jestem taka śpiąca.

– Może pani – odpowiadam między jednym ruchem zaciśniętej pięści pani Teresy, a drugim.

– Ale jak zostanę, to będę musiała materiał z lekcji nadrabiać – westchnęła – lepiej pójdę. Poza tym, mamusi by się to nie spodobało.

– Wie pani co, jutro jest sobota, więc jeszcze tylko dziś lekcje i potem wolne.

– Dobrze, pójdę, lubię się uczyć, tylko dziś jestem taka śpiąca.

Masuję, myślę o cukrze, wagarach, na które też nie chodziłam, gołębiach i swojej bezradności, bo mimo całej wrażliwości, ilości przeczytanych książek na temat chorób otępiennych to za mało, żeby się w tym wszystkim odnaleźć.

A z głośnika telewizora Natalia Oreiro śpiewa „Cambio Dolor”. Właśnie emitują 246 odcinek telenoweli „Zbuntowany anioł”.

– Czy jest pani wygodnie? – pytam zanim wyjdę z pokoju, gdzie brak cukru, niepoliczalne gołębie i argentyńskie dramaty.

Pani Janina co chwilę zrzucała kołdrę. Kręciła się w łóżku niespokojnie, mówiła do siebie, nawet nie zauważyła, kiedy weszłam. Na chwilę zatrzymała się w swojej opowieści, kiedy podeszłam, przywitałam się i przykryłam jej ciało. Odwróciłam się tylko, żeby ubrać rękawiczki, a kołdra znowu była w nogach, a pani leżała w poprzek łóżka.

– Czy jest pani wygodnie? – a ja znowu z tym głupim pytaniem.

– Oj kochana, nie przejmuj się mną.

– Ale może wygodniej jednak będzie pani na poduszce, a nie tak krzywo, w kącie łóżka.

– Nie dźwigaj i tak masz ciężko, po co się męczyć.

– To nie problem, spróbujmy.

I kiedy już pani Janina leżała równo, a ja masowałam jej dłonie, rozmawiałyśmy. Trochę na obrzeżach logicznego świata, trochę oddalając się w mgłę, gdzie pamięć poszatkowana i zwodnicza, ale jednak.

– Chude mam te ręce prawda? Ciężko w życiu pracowałam, wszystko umiałam zrobić sama, ale na co to było? Teraz jestem sama. No tak jak sobie życie ułożysz, tak będzie. Przyjemne to co robisz, dziękuję, bo ja w życiu niewiele tego znałam. Same ciężary nosiłam, nie było czasu na przyjemności. Dziękuję, że przyszłaś. Wpadniesz jeszcze?

Kiedy wychodziłam z pokoju, pani Janina już nie zrzucała z siebie kołdry, jej dłonie pachniały kremem czekoladowym, a głowa nadal leżała spokojnie na poduszce.

Przyłożyłam dłonie do zdrowej nogi pani Jadwigi i nałożyłam krem do masażu. Odpowiedziało mi westchnienie ulgi. I tak było przez 10 minut masażu, bo potem pani zasnęła z takim spokojem na łagodnej buzi, jakiego chyba jeszcze nigdy u nikogo nie widziałam od początku wolontariatu dotykowo masażowego. Spędziłam z panią wytchnieniowe pół godziny, a napisy na jej koszuli koiły i mnie uśmiechały: Keep it simple. Good vibe only. Make your own sunshine. Enjoy the little things. Today is a good day. Stay positive.

Ot i w skrócie takie to było przedpołudnie w Zakładzie Opiekuńczo-Leczniczym w Gdyni.

Kiedy wróciłam do domu, przespałam 3 godziny i nie wiem, czy było mi wygodnie czy nie. Wiem, że ten dzień na długo ze mną zostanie.

Słuchaj podcastu na ulubionej platformie

Kawula masaż Lomi Lomi

Nazywam się Kawula.
Agnieszka Kawula...

Wierzę, że empatyczny dotyk i masaż, budzi do życia oraz zbliża ludzi.

Poruszyło Cię?

Wirtualne cappucino

Jeśli treści, którymi się dzielę, są dla Ciebie ważne lub inspirujące, możesz zabrać mnie na wirtualne cappuccino.
Z przyjemnością dam się zaprosić.

Nie przegap kolejnych wpisów!

Zapisz się na mój newsletter i bądź na bieżąco!