Zaznacz stronę

na tęczy

To był listopad 2013 roku. Ale wcześniej był wrzesień. Pewnego wrześniowego dnia odebrałam telefon. Ktoś polecił mnie do tej roboty ;-). Jakaś dobra dusza powiedziała, że u Kawuli dają świetne Lomi Lomi Nui i że Kawula się nadaje. Kawula nie miała nic przeciwko, dopiero potem jak usłyszała kogo ma masować to się z lekka zestresowała…

Uwaga mnich!

Zadzwoniono do mnie z prośbą o zrobienie Lomi pewnemu mnichowi… Lopon Trinley Nyima Rinpoche miał w listopadzie gościć w Gdańsku, a że dużo podróżował i był już dość zmęczony, organizatorzy postanowili sprawić mu prezent. I może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby dookoła sprawy nie urosło mnóstwo niepotrzebnych i napiętych myśli…

Pierwotnie to Rinpoche miał dotrzeć do mnie. Po kilku telefonach okazało się, że mam przyjechać do hotelu w Sopocie, gdzie mnisie towarzystwo rezydowało. Przy okazji każdego kolejnego telefonu słyszałam, że to ważne, że taka dostojność, że wysoki poziom, że to i tamto… Powiem szczerze, początkowo byłam spokojna i wyluzowana. Okej, masaż to masaż, nie ważne kto to, ciało jest ciałem i nie robię wyjątków i każdemu się równo dostaje tego, co trzeba. Ale po którymś telefonie z kolei, zaczęłam się zastanawiać…

No czy mnicha może masować kobieta? No chyba organizatorzy to wiedzą…

No a jak mam się w jego towarzystwie zachować? Nie są mi znane wszelkie formy dostojności w zasadzie żadnej religii, szacunek okazuję tak samo każdemu, czasem tylko bardziej oczkami po podłodze wędruję onieśmielona…

No a w jakich warunkach mam masować? No chyba hotel nie jest taki zły, powinno być super…

No i jak z tym całym moim lomi tobołkiem dotrę na plecach do Sopotu? A przyjadą po mnie, dobre i to…

A może by tak bez paniki?

Kiedy już wszystkie pytania wyczerpałam i panika sięgnęła zenitu, zdecydowałam, że podejdę do sprawy zupełnie normalnie, czyli tak jak planowałam zanim organizatorzy wkręcili mnie w wir „na najwyższym poziomie dostojeństwa”. Czyli zapakowałam moje lomi rekwizyty, przed wyjściem z mieszkania pooddychałam, pogadałam ze stresem żeby przestał się wygłupiać i wsiadłam do samochodu, który po mnie przysłano.

No i już prawie, prawie udało mi się stres opanować, kiedy weszłam do pokoju, gdzie miałam masować. W tyni, ciasnym i wąskim pokoju, siedział w starym fotelu Lopon Trinley Nyima. Jego uśmiech roztopił połowę mojego niepokoju. Nie da się nie ulec magii takich uśmiechów. Spokojna, łagodna twarz, radosne i głębokie spojrzenie. Jego dłonie skręcały kolorowe niteczki w maleńkie supełki. Usta mimo, że mówiły coś do mnie, jednocześnie szeptały mantry, które, mogę przysiąc, wnikały w niteczki i zamieszkiwały w każdym supełku z osobna.

No wszystko fajnie, pięknie, ale… Zostałam sama, z Rinpoche, w jego ciasnym, wąskim pokoju, z moim jeszcze nie rozłożonym stołem do masażu i zastanawiałam się jak mam dokonać tego niebywałego aktu transformacji ograniczonej przestrzeni, w nieograniczoną… Kiedy rozstawiłam stół, w zasadzie dla mnie nie było już miejsca, a kto wie, jak wygląda lomi, ten pamięta, że dookoła stołu masażysta porusza się tanecznym krokiem i potrzebuje więcej miejsca niż przy masażu klasycznym.

Gdzie się nie obróciłam tam ściana, albo łóżko wielkie, albo ściana a z niej wystający wielki, plazmowy telewizor… No NAPRAWDĘ to TU mam masować?

Musiałam wyglądać dość śmiesznie z tą zdziwioną i z lekka zmartwioną miną, bo Rinpoche zapytał w czym może mi pomóc. Przeprosiłam i powiedziałam, że chwilowo jestem dość zestresowana, bo nie mam pojęcia jak technicznie się ustawić żeby zrobić mu najlepszy masaż w tych warunkach. I nagle ten spokojny mnich, z brzuszkiem i wszystkimi mnisimi atrybutami, poderwał się wartko ze starego fotela gotowy wynieść wielkie, drewniane łoże z pokoju, żebym tylko miała miejsce!

Wyjście z ciasnego pudełka

Uśmiałam się serdecznie, podziękowałam i poprosiłam o chwilę informując, że potrzebuję pomyśleć, żeby uelastycznić się w głowie bo jestem przekonana, że sprawa jest do zrobienia bez całkowitego remontu pokoju ;-). Rinpoche znowu się uśmiechnął i wrócił do skręcania supełków, a ja robiłam swoje. Ustawiałam, sprawdzałam, przestawiałam się z miejsca na miejsce, aż w końcu znalazłam to miejsce w głowie, które mówiło: Kawula, toć damy radę! To się da zrobić!

I zrobiłam!

A potem… Potem wprowadziłam mnicha w sprawę Lomi Lomi Nui, przykazałam się rozebrać, położyć brzuchem na stole, przykryć ręcznikiem, a resztę zrobię ja. I wszystko idzie super, fajnie, gładko, zaczynam rytuał, powoli zsuwam ręcznik z pleców, odkrywam nogi i co widzę! Długie majtki! O matko! No to się zdziwiłam… Prawie do kolan!!! Ratunku! I co teraz!? No… Przełknęłam ślinę i zapytałam, czy ja mogę te matki ciutek podwinąć bo jednak fajnie jest pomasować udo (że o pośladku nie wspomnę, ale myślałam, że w tym przypadku to nie wchodzi w grę). A Rinpoche znowu wartko się poderwał i mówi, że on może przecież całkiem rozebrać i czy tak będzie mi wygodniej!

No nie dało się nie pokochać tego cudnego człowieka! Jeśli miałam w sobie jeszcze jakiekolwiek resztki stresu to dzięki mnisiej otwartości ulotnił się i tyle go widziałam!

Tam, gdzie spotykają się dusze

Każda sesja jest dla mnie niezwykła, ale nie tak często mam okazję masować kogoś o pustym umyśle, którego puste spotyka się z moim pustym. Miałam wrażenie, że nasze ciała robią swoje, moje masuje, jego przyjmuje, ale nasze dusze siedzą sobie na czubku tęczy, machają radośnie niewidzialnymi nogami i jest im dobrze.

I choć pokój magicznie się nie poszerzył, a wielki, plazmowy telewizor nie zmniejszył, wszystko dookoła było szersze, większe, w zasadzie doszło do rozpłynięcia się jakichkolwiek granic.

Mnich spał sobie snem spokojnym, ale obecnym, świadomym, uważnym. Ciężko to opisać. Po prostu jego ciało spało przy zachowaniu całkowitej czujności ducha.

Po sesji rozmawialiśmy tak długo, na ile pozwoliły nam obowiązki Rinpoche. O Indiach, bogu Shivie, mantrach, ale też o codziennych, zwykłych sprawach. Śmialiśmy się, ach, jak my się śmialiśmy! Pod koniec spotkania, te wszystkie poskręcane supełki zostały zawiązane na moim nadgarstku z błogosławieństwem ochrony i sprzyjania mi w dalszych poczynaniach.

Po czym, zeszliśmy z tęczy i każdy wrócił do swojego świata, jednocześnie mając w sercu ten jeden, gdzie wszyscy jesteśmy tacy sami, gdzie nie ma słów, gdzie jest wszystko takie jakie jest i nie trzeba niczego zmieniać.

Wybieram Lomi!

Uwielbiam takie historie. Pełne wyzwań i sprawdzenia na ile jestem w stanie wyjść poza znane, na ile potrafię się uelastycznić i zrezygnować z potrzeby zrobienia czegoś po swojemu. Co jakiś czas utwierdzam się w przekonaniu, że warunki, w jakich masuję nie są takie ważne. Istotne jest spotkanie i wymiana. O wszystko inne troszczy się duch Aloha. Ba, czasem nawet nie jest potrzebny stół do masażu, o czym przekonałam się masując w Indiach na… podłodze! To dopiero był test dla mojego ciała i ducha i ego! Zdałam tańcząco.

Od tamtej pory mam wrażenie, że przeszłam jakiegoś rodzaju lomi wtajemniczenie. Jakby starożytni kahuni mnie sprawdzali, na ile jestem naprawdę oddana lomi, a na ile nowoczesnej wizji jak ono powinno wyglądać…

Jednocześnie towarzyszy mi poczucie, że ten hawajski quest nadal trwa i jeszcze nie raz mnie zaskoczy ;-). I am ready!

 

[Obrazek na zamówienie Aloha Świat, w wykonaniu Karoliny ‚Ilustratiks’ Czerwińskiej]

Shares
Share This