Na kilka tygodni przez kolejną przeprowadzką spoglądam na kartony pod ścianą. Puste na razie. Niedługo wypełnię je… No właśnie… Niewiele tego zostało. Głównie przedmioty związane z pracą czy to pisaniem czy to masowaniem. Reszta mieści się do dwóch niewielkich kartoników. Minimum niezbędne, a jeśli czegoś nie mam, znaczy, że aktualnie nie potrzebuję.

Nie moda a styl życia

Minimalizm może być modą podobnie jak weganizm i joga i medytacja itd… Bo piszą o tym, bo mówią, bo promują gwiazdy, bo piosenki śpiewają. A mnie to średnio obchodzi moda. Nigdy nie przepadałam za wędrówkami utartymi szlakami. Owszem, fajnie dać się zainspirować, ale jestem typem, który woli sam doświadczać i wybrać czy coś mi służy czy nie. I podobnie z tak zwanym minimalizmem. U Kawuli to po prostu życie. Żadne wielkie wyrzeczenia czy ideologia. Lubię mało, a i nawet wtedy czuję, że mam dużo.

Wolność. Przepływ. Przestrzeń.

Ach te graty…

Śmiesznie jest. Od miesiąca poszukuję mieszkania w Gdyni. Oglądam oferty, dzwonię, rozmawiam, pytam i… najczęściej się dziwię. Bo kiedy pytam czy można wynieść starą sofę, czy można pozostawić pokój pusty słyszę: no ale co ja mam z tym zrobić, przecież do piwnicy się nie zmieści! A na moje pytanie czy mogę sama gdzieś w bezpiecznym miejscu mebel ulokować pada: ale to przecież cenna szafa! Dębowa, rodzinna pamiątka! No szkoda mi jej, MUSI mnie pani zrozumieć!

No nie muszę… więc grzecznie się żegnam i wędruję do kolejnego ogłoszenia. Bo wierzę, że istnieją gdzieś ludzie, którzy nie są przywiązani do starych sof, dywanów, firanek i kredensów. Wierzę, że można tworzyć przestrzeń jasną, kolorową, wolną od przesytu, nawet jeśli to jest przestrzeń wynajmowana.

Pamiętam moje ukochane mieszkanie na Osiedlu Zielonym w Gdyni Redłowie. Pan Walerian był wspaniałym wynajmującym, bo z anielską cierpliwością wynosił z mieszkania po kolei wszystko o co go poprosiłam, aż zostały gołe ściany, które mogłam wypełnić dobrą energią ;-). I choć początkowo Pan Walerian się dziwił, że tak wynosi i wynosi, to w finale polubił to, co stworzyłam.
A było to takie kawulowe mieszkanko, w którym siedzi się na podłodze, kolorowe poduszki za przyjaciółki pośladków, tęczowe refleksy na ścianach wpadające na poranne cappuccino w słońcu. I moje małe było dla mnie wielkie…

To co przywiązane da się odwiązać

Ale nie zawsze tak miałam. Bo i nie wiedziałam, że można inaczej… Dopiero kiedy zaczęłam lepiej rozumieć siebie i czuć czego potrzebuję, co lubię a czego nie, odkryłam, że gniotą mnie meble, przedmioty, pamiątki. Owszem, niektóre sentymentalne bardzo, ale tylko kartony puchną i przekłada się je z kąta w kąt, w piwnicy półka za półką się zapełniają. Więc pewnego razu zaczęłam robić porządki. Odwiązywałam się przez przeszło kilka miesięcy od tego, co było dla mnie takie cenne, bez czego nie wyobrażałam sobie, że można istnieć, bo przecież to wszystko było mną, to wszystko miało swoją opowieść.

Więc odwiązywałam. Dziękowałam. Przypominałam sobie. Przeżywałam jeszcze raz. I albo odkładałam na jedną z kilku kupek: do oddania, do sprzedana, do wyrzucenia. Meble. Książki. Biżuteria. Ubrania. Listy. Prezenty. Jeszcze więcej książek (przeszło 2 tysiące… trochę tego było). A kiedy nie zostało już wiele odetchnęłam z ulgą i poczułam się lekka, odchudzona, oczyszczona, wolna.
Od tamtego czasu kilka osób zwróciło się do mnie o poradę w „sprzątaniu”. Godziłam się i zawsze z tą samą zadumą obserwowałam, jak bardzo ktoś był przywiązany do przedmiotów schowanych gdzieś na dnie szafy, których nie widział od 10 lat, ale przecież to takie WAŻNE!

Metoda na Aleksandra Wielkiego

No przecież do grobu tego nie wezmę… Więc? Czy to jest mi absolutnie niezbędne? Czy MUSZĘ to mieć? Czy mam gromadzić? Po co? I nie mam nic przeciwko przedmiotom. Od czasu do czasu wpadają do mojego życia skarby, oglądam je, głaszczę, cieszę się nimi, zakodowuję w pamięci serca a kiedy przychodzi czas, uwalniam i idę dalej.

Pamiętam jak dużo wolności przyniosło mi uwolnienie przedmiotów, które uważałam za najcenniejsze. Rekwizyty otrzymane od hinduskiego nauczyciela do codziennej praktyki, książki wyczytane co do literki, zdjęcia ukochanych dziadków, miś z dzieciństwa… To wszystko nie mieszka już ze mną fizycznie od kilku lat. Ale w pamięci nigdy nie było żywsze niż teraz…

Rozdając, bogacę się

Często ludzie się dziwili, bo przychodzili do mnie i mówili: ale masz fajne obrazki! Chcesz? Proszę, wybierz sobie!? Ale jak to… No po prostu, widać czas żeby poszły teraz dalej. No ale to kosztowało tyle pieniędzy! No i co z tego? Weź, a ja i tak dostaję wszystko, czego mi potrzeba ;-).
Nie mam problemu z oddaniem czegokolwiek. Bo nikt nie może mi niczego odebrać. Wszystko to, co najważniejsze już mam. Przedmioty są fajne, lubię je, sprawiają mi przyjemność, doceniam prezenty, uwielbiam sobie od czasu do czasu kupić coś bo czemu nie. Ale też wiem, że pewnego dnia może przyjść ktoś kto otrzyma ode mnie w prezencie, coś czym jeszcze parę dni temu się radowałam, a teraz może przynieść radość drugiej osobie.

Wolność. Przepływ. Przestrzeń.

Pakuję ostatnie rzeczy do kartonów. Sztuk trzy. Znowu zostawiam za sobą to, to się nagromadziło. Nie zabiorę wszystkiego. Nie potrzebuję. To co ma być, będzie. Kupię nowe, dostanę nowe, pojawi się odpowiednie…

PS

Ale żeby nie było, że też uzależnienie od minimalizmu i sztywność przekonań u Kawuli… Ostatnie dwa lata byłam wręcz “przymuszona” do życia w warunkach dalece odbiegających od ładu i minimalności… Więc wyszło ładnie, że się też przywiązałam do tej przestrzeni zewnętrznej i jak jej nie ma to nagle gniecie… No nie tędy droga. Bo niezależnie od warunków, to, co w środku, to poczucie wolności mogłoby być niezmienne.

Więc zabrałam się za porządki wewnętrzne, żeby zewnętrzne nieporządki mnie nie dotykały. Pokonałam kolejny bastion w sobie! Zajęło mi to sporo czasu i nie wiem czy do końca legły wieże, ale mnie zdecydowanie dobrze się oddycha nawet jeśli chaos. Na szczęście nie muszę testować siły własnego spokoju więcej bo już niebawem znowu zagości mało… 😉

[fot. Rafał Grądzki]

Podobał Ci się ten wpis? Podziel się z innymi!

Jeśli treści, którymi się dzielę, są dla Ciebie ważne lub inspirujące, możesz zabrać mnie na wirtualne cappuccino. Z przyjemnością dam się zaprosić.

Nazywam się Kawula.

Agnieszka Kawula

Jestem jak Bond, James Bond. Moje super moce to hawajski masaż Lomi Fizjo oraz automasaż. Jestem dziewczyną z YouTube’a. Ciągną do mnie jednorożce i kocham cappuccino. Mam najfajniejszego psa terapeutę!

Nie przegap kolejnych wpisów!

Zapisz się na mój newsletter i bądź na bieżąco!

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA. Mają zastosowanie Polityka prywatności oraz Regulamin serwisu Google.
Twoje dane będą przetwarzane w celu wysyłki Ci newslettera, a ich administratorem będzie Agnieszka Kawula. Szczegóły: polityka prywatności.

Poruszyło Cię?

Napisz do mnie.

Może Cię również zainteresować

Gienia zajmuje kolejkę Beni, Grażyna jest dyspozycyjna, ale „w poniedziałki co trzy tygodnie mam paznokcie i fryzjera, więc wtedy nie”, Maria boi się schodzić po schodach, ale do mnie przyjedzie, Danka też chce koniecznie „bo...
– Ale mnie przeczołgałaś – powiedziała Ania po zakończeniu pierwszego dnia kursu nauczycielskiego. To był dla mnie wyjątkowy czas. Pierwszy raz przekazałam wiedzę, jak uczyć masażu lomi lomi, mojej „oryginalnej” uczennicy! Ania przyjechała na kurs...
Znacie to uczucie, kiedy w grupie osób, mówicie otwarcie, że coś Wam nie pasuje i potem szybko okazuje się, że to z Wami coś jest nie tak? Często słyszałam, że mam coś zamknięte, zablokowane, niedrożne,...
Przewiń do góry