– Taki przyjemny był ten pierwszy masaż, nic nie bolało, nie chciałam uwierzyć, że może pomóc – przyznała dziś pani Czesia, kiedy drugi raz masowałam jej schorowane nogi.

– Nie musi boleć, żeby było skutecznie – odpowiedziałam w stylu mistrz Joda, Kung Fu Panda, Kawula z Pucka.

– Ty wiesz, tak się czułam po masażu, że każdemu kto chciał słuchać, opowiadałam jakie to wspaniałe. Miałam mnóstwo energii. Dopiero następnego dnia pojawiły się zakwasy i ból aż w kościach, ale potem znowu przeszło.

– A jak pani czuje to, co robię?

– No przecież masaż to więcej życia! To mi tak dobrze robi, naprawdę. Pamiętasz co mi powiedziałaś dwa tygodnie temu?

– Oj, chyba nie.

– Zobaczyłaś moje nogi i stwierdziłaś: „tu jeszcze nie jest tak źle”. Ja to sobie wzięłam do serca. Bo już myślałam, że moje ciało od pasa w dół jest do niczego. A ty mi mówisz, że nie.

Z panią Czesławą rozmawiałyśmy też o godzeniu się z życiem, o pokorze i żeby jej nie mylić z uległością, bo nic dobrego z tego nie wychodzi.

U pani Zosi po przerwie w masażu też zmiany. Ręka, która tak dokuczała, odpuszcza ból.

– Mogę się na niej znowu kłaść i ona mnie słucha. Pani zobaczy, nawet udaje mi się ją coraz wyżej podnosić, sięgam dalej. Nadgarstek, ten krzywo zrośnięty, też już nie boli, tylko chrupie.

– Czyli ma sens to nasze masowanie? – pytam.

– Bardzo! I nogę mogę zginać w kolanie, a przecież nie mogłam i potrzebowałam pomocy.

Między masowaniem ręki i nogi, zeszło nam na pogaduszki o książkach, socjologii, romansach i pewnym marynarzu, który po każdym rejsie miał nową żonę (uzbierał ich pięć) oraz pisał nową książkę, ale niestety nikt ich nie chciał czytać.

– Wszystko ma pani pod kolor – powiedziała pani Sabina, kiedy wystrojona w żółte rękawiczki podeszłam do jej łóżka.

– Specjalnie dla pani, żeby pani ciało się uśmiechało w czasie masażu.

– Dziękuję, lepiej jest, mniej boli.

Pani Sabina jest jedną z moich najlepszych nauczycielek pracy z obrzękami limfatycznymi. Limfa lubi cierpliwych terapeutów. Takich, którzy mają czas, którym myśli za daleko nie uciekają i którzy nie przyspieszają efektów niespokojnym ruchem. Każda moja próba złamania którejś z zasad, powoduje natychmiastową reakcję w postaci krótkiej informacji zwrotnej „ała”. Po kilku sesjach na spuchniętych i opadających stopach pani Sabiny, „ała” pojawia się bardzo rzadko, co jest nie tylko znakiem, że pojęłam lekcję z limfy, ale też świadczy o poprawie masowanej części ciała.

Kiedy człowiek nie może się ruszać, kiedy jego ręce i nogi są poukładane na poduszkach, wałkach, rogalach rehabilitacyjnych, a jedynie czym może poruszyć to nieznacznie głową i odrobinę wykrzywionymi palcami dłoni to każda poprawa, nawet ta tyni, odnotowana jest jako bardzo duża. I tak jest w przypadku pani Sabiny. Cieszą nas coraz rzadsze „ała”, wzruszają znikające, krwiste wybroczyny na rękach, obie uśmiechamy się, kiedy obejmującym ruchem, w żółtych rękawiczkach, wsuwam dłoń pod kark i masuję „tyle, ile sięgnę”. A największą nagrodą jest usłyszeć „tak dobrze tu”.

Za to pan Jurek dziś w kiepskiej formie psychicznej. Trudno się dziwić, kiedy jesteś mężczyzną w sile wieku, chorujesz na stwardnienie rozsiane i jesteś prawie całkowicie zależny od innych. Przez pierwsze minuty masażu nie rozmawiamy. Bo i co tu gadać, skoro myśli czarne oblepiają drżące mięśnie. Gdzieś między masażem drugiej nogi, a przykurczonej dłoni, następuje przesunięcie wajchy emocjonalnej. Kompletnie nie potrafię sobie teraz przypomnieć, dlaczego zaczęłam opowiadać o książce „Nic mnie nie złamie” Davida Gogginsa amerykańskiego byłego żołnierza Navy SEAL, którą teraz przeklejam do mojego kodu DNA. „Samo słuchanie tego faceta sprawia, że chce się biec na jakąś górę” powiedział jeden z recenzentów. Nie kłamał, bo mam podobne uczucia podczas lektury. Chodzę od trzech dni i powtarzam w kółko mało wyszukane: „koleś jest niesamowity”, „niezwykłe”, „to się czyta jak powieść”, „wow”.

Rozmawiamy więc z panem Jerzym o sile umysłu, który pokonuje to, co niesie życie i oboje stwierdzamy, że to naprawdę „wow”, po czym rozstajemy się w zdecydowanie lepszym nastroju niż zaczynaliśmy.

– Jak pani przychodzi to też trochę lepiej psychicznie się człowiekowi robi – przyznał. Choć dziś to była jednak zasługa zupełnie obcego faceta z książki.

Za tydzień pewnie też Goggins będzie na tapecie, może nawet wezmę książkę z sobą i poczytam panu co lepsze fragmenty (obawiam się, że wtedy wolontariat dotykowo masażowy, będzie musiał płynnie przejść w „bajarka opowiada” bo i pani Zosia chętnie by wysłuchała fragmentów dobrej powieści obyczajowej z nutką romansu).

W nocy spałam do 3.40. Obudziły mnie bulgoty w brzuchu mojego psa, który w ciągu dnia zjadł kocią kupę i potem postawił mnie w stanie gotowości nocno-spacerowej. Niebo otworzyło zapasy deszczu ze śniegiem i dokręciło wiatrem akurat na czas mojej jazdy rowerem do Nadmorski Dom Seniora w Pucku. No nie byłam Gogginsem swojego życia, to na pewno. Ale kiedy wychodziłam z domu, znowu czułam, że wszystko jest możliwe. Dałam odrobinę, a dostałam tak wiele.

Słuchaj podcastu na ulubionej platformie

Kawula masaż Lomi Lomi

Nazywam się Kawula.
Agnieszka Kawula...

Wierzę, że empatyczny dotyk i masaż, budzi do życia oraz zbliża ludzi.

Poruszyło Cię?

Wirtualne cappucino

Jeśli treści, którymi się dzielę, są dla Ciebie ważne lub inspirujące, możesz zabrać mnie na wirtualne cappuccino.
Z przyjemnością dam się zaprosić.

Nie przegap kolejnych wpisów!

Zapisz się na mój newsletter i bądź na bieżąco!