Bólu nie widać na prześwietleniu. Ból nie jest seksi. Ból nie jest instaprzyjazny. Kiedy boli, chcesz się skulić do rozmiaru mikro i przeczekać. Albo łyknąć jakąś tabletkę, która na chwilę może rozwiązać problem. Ale po jakimś czasie, wracasz do bólu i tego, że to on dyktuje Ci co możesz, a czego nie.

Z bólem żyje się całkiem wygodnie. Tak, tak! Bo przecież jak boli, ktoś może herbatę zrobi, albo ciastko przywiezie, albo powie, że to straszne i współczuję bardzo. Z bólem można wejść w całkiem spoko układ. Od czasu do czasu poboli dajmy na to głowa, albo plecy, pokwęka się na marne życie, na stresy, na braki i zaniedbania. Wtedy ktoś inny, ze swoim bólem, pochyli się nad nami, pokręci głową, powie, że tak to już w życiu jest. Ból spotyka się z bólem. Brak z brakiem. I jakoś to leci nie?

Szczęście się słabo sprzedaje. Szczęście, sukces i zdrowie są samotne. Więc znowu ze szczęścia zrezygnowałam. Poddałam się. Uległam chorobie. Uległam smutkowi. Uległam złości. A moje ciało jakby na to czekało. Hura, nareszcie wracamy do starego, dobrze znanego schematu „nie mogę, nie chce mi się, to za trudne, boli, nie mam siły”.

W chorobie, stresie, bólu moje ciało jest widziane, okryte ekstra warstwą delikatności, nakarmione chipami, ptasim mleczkiem oraz zwolnione jest z wysiłku. Dużo łatwiej jest utrzymać ból, niż z niego wyjść. Droga do zdrowia jest trudna. Męcząca. Nawet nudna. Więc po cholerę?

Zbyt łatwo wracam do starego. Zbyt szybko zgadzam się na ból. Sztywność. Ociężałość. Ostatnie dwa miesiące mnie przeorały. A nawet prawie zaorały. Choroby męża, brak pracy, zdalne nauczanie dziecka, odwoływane ważne spotkania. Dotarłam do krańców Netflixa i kiedy czarna dziura prawie mnie pochłonęła, na samej krawędzi wyświetlił mi się film „Samouleczenie” oraz „Nie jestem twoim guru. Tony Robbons”. Zryczałam się okrutnie, a każda godzina płaczu przybliżała mnie do jaśniejszego widzenia: „Kawula, przecież bez bólu jest Ci lepiej, nawet jeśli samotnie, to oddycha Ci się lżej i przynajmniej rozpoznajesz siebie w lustrze”. Popatrzyłam na mój zestaw do automasażu, który lekko zakurzony robił za mój największy wyrzut sumienia i po raz kolejny postanowiłam wrócić do dobrego samopoczucia. Kiedy położyłam się na podłodze, poczułam w moich mięśniach, jak daleko odeszłam od zdrowia. Jak bardzo ostatnie tygodnie napięły mi ciało i wiedząc o tym, że jestem jak kamień, nic z tym nie zrobiłam.

Chciałabym tu napisać, że zawsze jestem Kawulą zdyscyplinowaną, pozytywną i hej, zmieńmy swoje życie, przecież to łatwe. Nie. Przeważnie nią nie jestem. Ale dokonuję wyboru, że kiedy zbyt długo nią nie jestem, czas przestać, wrócić do miejsca, gdzie nie boli, jest lżej, szczęśliwiej, spokojniej. Wtedy zawsze, ale to zawsze, moją trampoliną do fajniejszej mnie, jest właśnie automasaż. Kiedy się rolluję nie tylko usprawniam i dotleniam ciało. Ale może przede wszystkim, zajmuję się tymi emocjami, które są niedokochane, pomijane, kopane, z drapiącymi zakończeniami nerwowymi.

Automasaż jest moim samouleczaniem. Ratunkiem. Drogą powrotną. Może właśnie i Ty potrzebujesz drogi powrotnej? Chodź, rozmasuj to! Nie będzie łatwo, miło i przyjemnie, pewnie nie pochwalisz się tym na Instagramie, ale na pewno poczujesz się lepiej już po pierwszym razie. Cała wiedza dostępna od zaraz na moim video kursie online www.rozmasujto.pl

Shares
Share This