„Każdy powinien mieć swój miękki, ciepły kocyk” – powiedziała pani Jadwiga, kiedy skończonym masować jej barki, a ona pochwaliła się puchatym prezentem i dodała: „Tylko proszę do mnie wrócić, jestem pacjentką bardzo podatną na pani działania”.
Dziś odwiedziny u seniorów były moim kocem.
Przez ostatni miesiąc żyłam od niechcenia. Kumulacja emocji i trudnej sytuacji osobistej już dawno osiągnęła swoje maksimum, a ja głownie leżałam, robiłam niezbędne minimum, spałam, czytałam książki i płakałam w trakcie lektury. Obok cudownej Valérie Perrin nie da się przejść suchym okiem…
To był dobry dzień. Pierwszy raz od sierpnia, nie czułam żalu do tych, którzy stali się bezpośrednią przyczyną mojego kryzysu osobisto-zadowowego. Obudziłam się rano bez uczucia, że przygniata mnie płyta betonowa. Zniknęła bezsilność, bezdech. I pierwszy raz od trzech miesięcy nie zaczęłam dnia od płaczu. Poczułam też tęsknotę za domem na Białej 6 Senior – Dom Opieki Seniora. Jeszcze nie do końca posklejana emocjonalnie, ale wsiadłam w samochód i pojechałam tam, gdzie czułam, że chcę być. Za towarzyszkę miałam dziś Valérie Perrin oraz jej czułą książkę „Zapomniane niedziele”, przy której płakałam co kilka stron:
„Wydaje mi się, że w pewnej chwili starzy ludzie biegną szybciej od młodych. Rzucają się w taki sprint, że nikt nie może ich dogonić, a „kiedy stary człowiek umiera, jest tak, jakby spaliła się cała biblioteka, robię co mogę, żeby ocalić coś z popiołu”.
Trochę się bałam jak to będzie wejść do pokoi, w których nie ma już pani Joli, pani Krysi, i w którym gaśnie pan Marian. Każda osoba wnosi do swojej przestrzeni niepowtarzalną energię. Wraz ze śmiercią, znika też to, jak odbieram dany pokój i choć nie ma już tych, którzy stali mi się bliscy przez ostatnie miesiące, czuję, że przybyło mi dużo czegoś ważnego w sercu.
Jak echo niosą się we mnie wszystkie czułości: „mój cukiereczku, słoneczko, kochana, Agniesiu, Aguleńko, serduszko, skarbie, aniołku, niech Bóg da Ci zdrowie, szczęście i błogosławi”. Zapisują się we mnie wszystkie uściski, pocałunki w czoło, policzki, dłonie i patrzenie w oczy. Nie mam tendencji do wspominek i przechowywania w pamięci wydarzeń. Są nieliczne z mojego życia do których wracam. Ale to te z wolontariatu są właśnie jak miękki, ciepły koc w zimowy dzień, kiedy siedzisz w fotelu i patrzysz jak płonie ogień w kominku, a zło tego świata Cię nie dotyka.
Pamiętam wszystkie rozmowy z seniorami o sadzeniu kwiatów w ogrodzie zanim trzeba było go sprzedać, gry na pianinie kiedy dłonie były jeszcze sprawne, kręceniu loków przed snem bo kobieta przecież zawsze może o siebie zadbać, o gofrach, które latem smakują najlepiej, miłości na całe życie, krzyżówkach typu Jolka rozwiązywanych do 1 w nocy, oranżadzie w proszku i o ubraniach, które mają być wygodne, a niekoniecznie modne.
Pamiętam rozmowy tylko oczami, łzami wzruszenia, westchnieniami, głębszymi oddechami, uśmiechami i zmieniającym się światłem w zagłębieniach twarzy. I choć były osoby, które nie mogły poruszyć samodzielnie nawet palcem, ich całe ciało mnie dotykało.
To był dobry dzień. Jeden z najważniejszych od początku trwania wolontariatu. Dzień, w którym wszyscy obecni i już nieobecni otulili mnie miękkim, ciepłym kocem… i po raz pierwszy od tygodni, poczułam, że przestałam przeciekać.
