Zaznacz stronę

Poznałam ją pewnego czerwcowego dnia, kilka lat temu. Mieszkała ze mną w jednym pokoju. Ja nieśmiała. Ona nieśmiała. Kurs masażu ciążowego. Na 4 dni nasze drogi zbiegły się pod jednym dachem. Było owocnie. Kobieco. Radośnie. Magicznie. Hawajsko. Dużo rozmów. Sporo śmiechu. Trochę łez. Wymiana. I choć nie pamiętam z tamtego czasu wiele, wiem, że i ona i ja wyjechałyśmy trochę mniej nieśmiałe. Nasze drogi wyprowadziły się spod tego dachu, pod którym pewnego czerwcowego dnia się zbiegły. Ale nadal pamiętam ją. Piękną. Zwiewną. Kobiecą. Delikatną. Z potężną siłą wewnętrzną. Radosną. Ciepłą. Serdeczną. Tajemniczą. Uśmiechniętą. Tańczyła hula. Cieszę się, że do dziś tańczy, a jej piękne, wolne skrzydła trzepocą na wietrze i zachęcają innych do lotu.
I choć nasze drogi już dawno się rozeszły, to co jakiś czas muskają się z daleka. Niedawno intuicja podpowiedziała by na chwilę się zatrzymać i znowu porozmawiać z tą, którą poznałam pewnego czerwcowego dnia kilka lat temu.
Oto człowiek: Dorota Grudzień
Gosia:
Dorota ze swoją delikatnością i subtelnością w wykonywanym tańcu każdego jest w stanie zarazić miłością do HULA. Już w pierwszych dniach naszej znajomości, a było to lat temu 20 mówiła o tym jak bardzo lubi tańczyć i przez wiele lat szukała tego swojego tańca i jestem przekonana , że tym znalezionym jest właśnie HULA. Wystarczy przyjść do niej na warsztat lub popatrzeć jak tańczy. To czysta przyjemność. Harmonia i piękno to słowa, które mi się nasuwają dla określenia jej wykonania, a tańcząc razem z nią można się przekonać jak niesamowita energia od niej bije i jaka energia jest wokół niej.
Kim chciałaś zostać jak dorośniesz?
Trochę tego było… Zainspirowana moimi licznymi chorobami z okresu dziecięcego i zafascynowana pachnącymi, eleganckimi lekarkami w białych fartuchach, pragnęłam zostać taką właśnie lekarką, koniecznie w białym fartuchu i z czerwonymi paznokciami. Bycie lekarką kojarzyło mi się z luksusem. Jak już „ozdrowiałam”, weszłam w etap, kiedy to z pasją projektowałam dla siebie suknie ślubne 😉 i wtedy oczywiście chciałam zostać projektantką. Bardzo pociągało mnie wszystko, co artystyczne. O tańcu, malowaniu i śpiewaniu jednak nie śmiałam marzyć, bo zdawało mi się, że talentów w tym kierunku brak…, a o tym marzyłam najbardziej. Pamiętam, kiedy siostra zabrała mnie na musical „Metro” do Krakowa, to był prezent na moje już osiemnaste urodziny. Piosenka „Chcę być Kopciuszkiem” wprowadziła mnie w jakiś inny wymiar, nie wiedziałam już czego bardziej pragnę – czy śpiewać (słysząc piękne głosy), czy tańczyć (widząc przecudowny taniec trzech tancerek – ich cudownie zwiewne jak wiatr i mgła sukienki). Do tej pory nie wiem, gdybym mogła spełnić marzenie i na dzień stać się tancerką, lub głosem w tym musicalu, nadal nie wiem, co bym wybrała, albo może tak – wybieram i jedno i drugie – śpiewająca tancerka 😉
Kiedy na Ciebie patrzę, zdecydowanie pasujesz mi do takiej roli, piękna, zwiewna, delikatna, kobieca…
Wiesz, przez pewien etap (dość długi) mojego życia marzyłam jeszcze, żeby pracować w domu dziecka lub poprawczaku. Miałam ogromną potrzebę pomagania dzieciom i ludziom, którym się nie udało, którzy zabrnęli w niebezpieczną drogę życia, a w których ja zawsze, nie wiedzieć czemu, czułam pokrewne dusze. Czytywałam wtedy książki Marii Łopatkowej, słuchałam w radiowej trójce audycji „Brum”, Jurka Owsiaka i starałam się zrozumieć świat młodych, zbuntowanych ;-).
Kiedy w Twoim życiu pojawiła się myśl, że chcesz czegoś więcej? Że może czas ruszyć hula biodrami?
Myśl o tym, żeby zmienić coś w swoim życiu, pojawiła się, kiedy posypało mi się życie osobiste, kiedy okazało się, że chcieć nie znaczy móc – chciałam mieć szczęśliwą rodzinę – myślałam, że to jest bardzo prosta sprawa, a okazało się, że nie tak prosta jak w bajkach ;-).
Rozpadło się moje małżeństwo, trafiłam na terapię i odtąd wszystko się zaczęło – wszystko co dobre, czego pragnęła moja dusza…
Bardzo chciałam zrobić coś innego niż dotychczas, odważyć się na coś. Przypomniało mi się jedno z moich marzeń – taniec. Teraz już nie pamiętam gdzie, znalazłam ogłoszenie o Lądeckim Lecie Baletowym, w każdym razie pojechałam tam w 2007 – na tygodniowy warsztat różnych technik tanecznych – miałam zajęcia z choreoterapii, salsy, samby i czegoś jeszcze, nie pamiętam. Każdego wieczoru odbywały się prezentacje różnych technik tanecznych. Wieczór z hawajskim tańcem hula zapamiętałam najbardziej. Kiedy przed wyjazdem na warsztaty czytałam opis tej techniki, nie przekonałam się do tego tańca, jednak podczas prezentacji wpadłam jak śliwka w kompot, to było coś niesamowitego. Poczułam nagle, że wszystko jeszcze jest możliwe, że mając około trzydziestu lat, jestem w stanie nauczyć się jakiegoś tańca. Poczułam, pomimo, że wcale nie było łatwe, że to jest wykonalne, że ja mogę to zrobić. To było jak olśnienie. Postanowiłam, że w kolejnym roku w pierwszej kolejności zapisuję się na hula, jednak mocno się rozczarowałam, ponieważ hula do Lądka nie przyjechało…
Zaczęłam szukać regularnych zajęć grupy początkującej, ale się nie udało.
Determinacja jednak wygrała…
Tak bardzo chciałam dalej robić coś innego niż dotychczas (byłam wtedy nauczycielką/lektorką j. angielskiego i bardzo czynnie działającą tłumaczką), że skoro nie znalazłam zajęć z tańca hula, zapisałam się na warsztaty hawajskiego masażu lomi lomi ;-). Trafiłam do cudownych osób – Danusi i Jurka Adamczyków, którzy nauczyli mnie pięknego masażu i tego, co piękne w życiu, ale przede wszystkim podczas tych warsztatów znowu zetknęłam się z hula. Do tej pory czuję, że pojechałam tam w dużej mierze po ten taniec…
Ziarno hula w Tobie rosło mocniej i mocniej…
Och tak! Potrzeba poznania hula dogłębniej narastała we mnie z dużą mocą i w końcu w 2010 roku trafiłam na regularne zajęcia grupy początkującej.
Co Cię najmocniej „dotknęło” przy tym pierwszym kontakcie z hula w Lądku Zdroju?
Naprawdę przełomowym odkryciem było to, że mając tyle lat ile miałam, jestem w stanie nauczyć się tańca. Czułam, że będę w stanie nauczyć się go dobrze, na tyle by móc myśleć o sobie, jako tancerce. Już wtedy poczułam, że realizuje się moje wytęsknione marzenie z dzieciństwa. Takie marzenie, które wydawało się „niespełnialne”. To było jak objawienie, olśnienie, oświecenie niemalże ;-). To był chyba taki moment w moim życiu, kiedy poczułam, że wskoczyłam na właściwą ścieżkę, na ścieżkę, która prowadzi do czegoś dobrego…
A później?
Było już tylko lepiej ;-). Okazało się, że dobrze mi idzie, że faktycznie tańczę! Tańcząc czułam ogromną radość, ogromną satysfakcję zapamiętując kolejne sekwencje tańca, jeszcze większą radość czułam, kiedy moje ciało zapamiętywało taniec na tyle, że mogłam w nim płynąć. Zaczęły się pokazy grupowe, z czasem też w mniejszych grupach, a nawet solo i ta adrenalina towarzysząca występom też ogromnie mi się spodobała. Ruchy w hula są cudowne, magiczne, z jednej strony otulające i kojące, a z drugiej pobudzające i motywujące do działania.
Cieszę się, że usłyszałaś ten głos duszy wołającej o podążanie swoją drogą ;-).
Hula sprawiło, że stałam się prawdziwsza. Moja dusza jest tancerką, ciągle tańczy, głównie tańce romantyczne, subtelne i zwiewne, koniecznie w zwiewnych szatach, ale i dzikie, szamańskie. Dzięki hula ta część mnie przebudziła się, ujrzała światło dzienne. Hula w dużym stopniu pokazało mi, kim jestem.
Jakie nauki płyną dla Ciebie z tego tańca?
Taniec hula jest niezwykle kobiecym tańcem. Pomaga kobietom dostrzec swoją naturę. Ja odkryłam w sobie moją dwoistą naturę. Tę delikatną znałam już wcześniej, dlatego natychmiast odnalazłam się w tańcach auana – współczesnej wersji hula. Miłość do kahiko– starej wersji hula, przyszła później. Musiałam zmierzyć się z męską kobietą w sobie, nauczyłam się, że bycie nią nie jest złe, a wręcz wskazane w niektórych sytuacjach.
Zapamiętywanie całego układu oraz historii, którą odtańcowujemy w tańcu, jest niemałym wyzwaniem, za to cudownie usprawnia naszą pamięć, koncentrację oraz synchronizuje półkule mózgowe, ciało natomiast zyskuje na elastyczności i gracji.
Taniec hula tańczy się w oparciu o legendy hawajskie, dlatego dodatkowo, oprócz tańca, poznajemy historię i mitologię Hawajów.
Dzięki pokazom tańca, zdobyłam również większą pewność siebie.
Kiedy zaczęłaś uczyć hula? Pamiętasz pierwsze zajęcia jako nauczycielka?
Pierwsze zajęcia hula prowadziłam pracując jeszcze, jako nauczycielka angielskiego. To był rok 2010. Wprowadzono wówczas tzw. godziny karciane dla nauczycieli. W szkole było wielu anglistów, nie chciałam organizować kolejnych dodatkowych zajęć z angielskiego. Wpadłam na pomysł, żeby poprowadzić zajęcia hula. Dziewczynki z gimnazjum wykazały spory entuzjazm i zainteresowanie i tak zaczęłyśmy cotygodniowe zajęcia. Byłam szczęśliwa, że nie tylko mogłam je nauczyć czegoś oryginalnego, ale dzięki temu, że je uczyłam, sama doskonaliłam poszczególne tańce. Dziewczyny były zachwycone, chichotały wpinając kwiaty we włosy i zakładając kolorowe spódnice. Muszę przyznać, że bardzo się obawiałam, czy dam radę je nauczyć, bo pamiętałam, jak trudny był dla mnie pierwszy taniec. Okazało się jednak, że moje uczennice pojęły układ w niesamowicie szybkim tempie.
Gratuluję! Niewielu nauczycielom chce się wyjść poza schemat…
Było dla mnie nie lada wyzwaniem pokazanie się dziewczynom z takiej perspektywy – innej niż „zza biurka”. Musiałam pokonać w sobie jakiś opór. To była doskonała lekcja dla mnie.
Ania:
Ktokolwiek reaguje na muzykę powinien doświadczyć hula. Sama nazwa sugeruje, że dusza „hula” z radości będąc tu na Ziemi w ciele człowieka. A jeszcze aspekt hawajski blisko związany z pięknem natury potęguje tę radość poprzez ruchy jakie wykonuje tancerz odzwierciedlając to piękno. I tak oto w Kielcach pojawiła się cudowna osoba, która pokazała nam piękne ruchy tańca hawajskiego. Ale nie tylko! Kilka słów o kolebce tego tańca, o jego odmianach, o historii i nawet o języku hawajskim. Dorotka poprowadziła warsztat, który był pełen radości, uśmiechu, a przede wszystkim ruchu.  Atmosfera warsztatu niezapomniana, taniec radosny, słowa pieśni wciąż w pamięci…

A pierwsze hula dla dorosłych?
Moje pierwsze warsztaty miały miejsce w sierpniu 2012 r. na Warmii. Stres był wielki, prowadzenie młodzieży miałam już za sobą, poprowadzenie dorosłych (pomimo że przez lata nauczałam angielskiego również dorosłych) stanowiło wyzwanie. Tydzień poprzedzający warsztat spędziłam wśród przyjaciół, dla których tańczyłam (po raz pierwszy wtedy tańczyłam dla ludzi solo). Przełamałam gigantyczny stres. Stres związany głównie z tym, że siłą rzeczy musiałam być w centrum zainteresowania, a nie bardzo umiałam odnajdywać się w takich sytuacjach. Tydzień treningu zrobił swoje ;-). Stres troszkę zelżał, a warsztaty zakończyły się powodzeniem. Pogoda dopisała i z radością tańczyłyśmy boso na trawie.
Kto najczęściej przychodzi na Twoje zajęcia?
Najczęściej kobiety, dotychczas na moich warsztatach był tylko jeden mężczyzna… Kobiety, które przychodzą to w większości kobiety, które wstąpiły na ścieżkę rozwoju osobistego. Na pewno są to kobiety poszukujące. Poszukujące siebie. Młode, bez rodzin, lub takie, które założyły już rodziny, odchowały dzieci i przypomniały sobie o sobie, o swoich pragnieniach.
A jakie są pierwsze reakcje uczestniczek?
Często najtrudniejsze dla uczestniczek jest samo podjęcie decyzji, żeby przyjść na warsztat. Spotkałam wiele kobiet, które dopytują czym jest ten taniec, czuję w nich wielką chęć zatańczenia, jednak ograniczenia, które w nich są, nie pozwalają im jeszcze na udział w zajęciach. Rozumiem je dobrze, kiedyś też tak miałam.
Co kobietom najtrudniej przełamać w sobie?
Te które przychodzą na warsztaty, najczęściej muszą poradzić sobie z własną samokrytyką. Taniec hula jest na tyle skomplikowany, wymaga niesamowitej koordynacji rąk i nóg, że jeszcze się chyba taki nie urodził, który nie tańcząc nigdy tego tańca, od razu zatańczy płynnie i z wdziękiem. Uczestniczki często właśnie tego od siebie wymagają ;-). Zatem uczymy się razem, żeby traktować się z miłością, pozwalać sobie na błędy, dawać sobie czas, a gracja przyjdzie w odpowiednim momencie.
No i te nasze kobiece biodra…
Właśnie! Czasami wyzwaniem jest sam ruch bioder. W Polsce wiele kobiet ma je zablokowane. Być może wynika to z tego, co było nam mówione, o tym jak powinna wyglądać i poruszać się „przyzwoita” kobieta. Podczas tańca, w którym bazą jest ruch bioder, takie blokady najpierw się ujawniają, a z czasem znikają.
Jak to jest być nauczycielem?
Nauczycielem jestem od dwudziestego roku życie. Najpierw tylko angielski, teraz angielski, hula i Vedic Art. O ile nauczanie angielskiego oswoiłam już dawno, o tyle nauczanie hula faktycznie jest w moim życiu ciągle czymś nowym.
Uczenie hula daje mi ogromną radość – radość dzielenia się tańcem, radość spotykania się z ciekawymi kobietami, poza tym, kiedy tańczysz, a za tobą grupa kobiet, która właśnie nauczyła się tańca to na plecach czujesz taką energię, a w sercu taką radość, takie wzruszenie, i czujesz, że to ma sens… W czasie zajęć daję uczestnikom energię i wsparcie, a kiedy taniec jest już w ich ciałach, oni tę energię mi oddają, to piękne jest!
Co Hula zmieniło w Twoim życiu?
Dało mi pewność siebie, zrównoważyło we mnie męską i żeńską energię, dało i daje ogromną radość, daje pewność, że jeśli za czymś tak strasznie tęsknisz, to nie ma innej opcji, musi to być twój dar i talent. Dlatego też dzięki hula wierzę również, że i malowanie i śpiew są moją drogą. A i suknię ślubną pewnie bym pięknie zaprojektowała i uszyła bo to też przecież moje pragnienie z dzieciństwa ;-).
Beata:
Nigdy wcześniej nie interesowałam się malarstwem. Po prostu stwierdziłam, że nie potrafię malować i ta myśl tkwiła we mnie głęboko. Ja? Przecież nie mam takich zdolności.
Na warsztaty Vedic Art  pojechałam do Doroty nie z chęci malowania, ale dlatego że zauroczyła mnie jej osoba. Miła, bardzo ciepła, potrafi wytworzyć wokół siebie piękny klimat. Przejechałam pół Polski, aby dotrzeć w świętokrzyskie. Nie szukałam warsztatów u nikogo innego. I było warto. Dorota cierpliwie, krok po kroku wytłumaczyła nam zasady. Przy jej udziale wytworzyła się cudowna energia. Wtedy wzięłam w rękę pędzel i … namalowałam swój pierwszy w życiu obraz. Nie spodziewałam się takich rezultatów. Pędzel jakby malował sam, bez mojego udziału. Mogłam wyrazić siebie w ten sposób, przez malowanie. A potem to wszystko …zaczęło się dziać.
Dorota jest tak piękną osobą, że mam zamiar uczestniczyć również w jej warsztatach z tańca hula. Zaraziła mnie swoją pasją również do Hawajów. Mogę tylko żałować, że nie mieszka bliżej mnie.
No właśnie, zajmujesz się też warsztatami Vedic Art. Kiedy i jak się zaczęła Twoja pasja?
Vedic Art pojawiło się w moim życiu w 2009 roku. Cały czas była to sytuacja porozstaniowa. Lubiłam nocą z niedzieli na poniedziałek słuchać w Trójce audycji Grażyny Dobroń „Dobronocka”. Pewnej nocy tematem audycji były zmiany w życiu. Gościem była kobieta, która zmieniła swoje życie i z bycia businesswoman stała się malarką intuicyjną i prowadzącą warsztaty. Coś mi już wtedy zakiełkowało, choć bardziej niż na malowaniu skupiłam się na zmianach w ogóle. Parę miesięcy później znalazłam się na pewnym kongresie, pod koniec którego rozdano nam w prezencie kalendarze ścienne. Okazało się, że to kalendarz Adriany, tej kobiety, która była gościem audycji. Odczytałam to jako znak i miesiąc później byłam już na warsztacie. Natychmiast poczułam, że to jest „moja” metoda, bliska sercu. Mam tak, że kiedy coś jest dla mnie, ciało mi to pokazuje ;-). Takie samo odczucie miałam przy hula, Vedic Art i na szamańskich warsztatach na Mazurach.
Jak wygląda Twoje życie teraz?
Jestem szczęśliwa. Tamtej Doroty nie ma. Była. Patrzę na nią z miłością, trochę współczuciem, ale i podziwem. Była silna, pomimo, że o tym nie wiedziała. Teraz wie, że jest silna. Słabości tamtej Doroty dały siłę tej. Jestem sobie tak bardzo wdzięczna, że odważyłam się poszukać siebie, że pozwoliłam sobie zaprosić do swojego życia ludzi, którzy mi pomogli w poszukiwaniu mojej drogi. Żyję spokojniej, świadomie. Święta jeszcze nie jestem ;-), zdarzają się potknięcia, czasem wkradają się emocje, ale cały czas idzie ku lepszemu. Spokój i wolność – to jest teraz moje życie, a jak jest wolność, to jest i miłość.
Marzyłam kiedyś, żeby tańczyć i nauczać tańca, robię to.
Marzyłam kiedyś, żeby malować. Robię to i nawet nauczam ;-).
Marzyłam, żeby prowadzić fitness. Robię to.
Tak naprawdę to marzyłam też, żeby uczyć angielskiego i być tłumaczką, tylko marzyłam o tym tak dawno, że prawie zapomniałam… W każdym razie robię i jedno i drugie.
Marzyłam, żeby mieszkać w domku na wsi, to też się zrealizowało.
Robię to, o czym marzyłam. Przekonałam się, że to realne, że można realizować marzenia, ale to co najistotniejsze – nowa Dorota wie, że niezależnie od tego czym się zajmuje i co robi, jeśli ma w sobie miłość, wolność i błogostan, to ma wszystko niezależnie od tego gdzie jest i czym się otacza.
Pamiętasz Dorotę z „wtedy”?
Sprzed paru laty, ta dawna Dorota była pracoholiczką pracującą ponad ludzkie siły. Coś mnie gnało do tego, żeby sobie udowadniać, że potrafię o siebie zadbać również finansowo. Pracowałam w wielu miejscach: szkoła państwowa, dwie szkoły językowe, firma w której uczyłam angielskiego i jeszcze tłumaczenia, na które czas miałam tylko w nocy. Zdarzało się, że wysyłałam przetłumaczone zlecenie o 5 nad ranem, a o 7 już musiałam być na nogach, bo o 8 zaczynałam pracę w szkole. W tym wszystkim jeszcze trzeba było znaleźć czas, żeby zająć się dzieckiem, które ciągle wtedy chorowało.
To się zmieniło w  bardzo dużym stopniu, choć potrzebny był czas…
Tak. Przez dwa lata nie pracowałam w ogóle. Po przeprowadzce na wieś odpoczywałam całe dwa lata. Troszkę żałuję, że nie odpoczywałam jednak na maksa, bo od czasu do czasu nachodziły mnie lęki czy ja sobie poradzę finansowo i zamiast cieszyć się w pełni, trochę się martwiłam. W trzecim roku życia na wsi zaczęło się dziać na każdym polu: hula, Vedic, angielski…
Tyle, że teraz sama sobie jesteś szefem, niczego nie musisz…
Otóż to! Robię, bo chcę ;-).
Piękna ta Twoja droga do siebie…
Wiesz, przez te lata transformacji – ok 5-6 lat – uczestniczyłam w bardzo wielu kursach i warsztatach szukając siebie. Malowanie, hula, taniec intuicyjny, Kolorowe Motyle, decoupage, masaże i ostatnio, w końcu przyszła pora na śpiewanie! Uczę się śpiewać białym głosem ;-). Odważyłam się otworzyć głos przed ludźmi – to jest cud!

*Żaden z zamieszczanych wywiadów nie jest tekstem opłaconym ani pisanym na zamówienie. Materiał jest sponsorowany przez samo życie i autorka tekstu czerpie z niego korzyści jedyne duchowo-towarzyskie.

Shares
Share This