To nie jest masaż tylko „dla pięknych”. To jest masaż dla tych, których nie ma na Instagramie. Dla tych, którzy nie mają ciał z katalogu mody masażowej. Dla tych, których ciało boli, nie z powodu napięć po siedzeniu przy komputerze, ale z powodu operacji, choroby, starości. Dla tych, którzy myślą, że masaż to już nie dla nich.
Od lat przyglądam się temu, kto trafia na stół do masażu. I kto… nie trafia.
Nie zobaczysz ich w promocyjnych rolkach w mediach społecznościowych. Nie wyskoczą Ci w haśle „masaż geriatryczny”. Jeśli już, to są uśmiechnięci seniorzy 60+, z fryzurą ułożoną jak z reklamy szamponu. Ale nie zobaczysz tych, którzy mają 80, 90 lat. Nie zobaczysz powykrzywianych nóg po operacjach. Obwisłej skóry. Zaników mięśniowych. Odleżyn, worka stomijnego, rozrusznika serca, nieudanych operacji wymiany stawów. Strachu. Braku nadziei. Ciała, które przeszły wiele, na masażu lomi lomi (i nie tylko, w ogóle masażu) w zasadzie nie istnieją w publicznej przestrzeni.
Tak jak ja kiedyś nie wiedziałam, że mogę masować tak chore osoby, tak one nie wiedzą, że Lomi Lomi to idealny masaż właśnie dla „takich” ciał. Nie wiedzą, że ten masaż nie boli.
Nie wiedzą, że nie muszą być elastyczni.
Nie wiedzą, że można nie leżeć godzinę na wznak.
Nie wiedzą, że Lomi to nie „luksus z folderu”, tylko narzędzie realnej ulgi. I że można przyjść na masaż… nawet jeśli się myśli, że to już „nie ten etap życia”.
Bo Lomi Lomi to dotyk, który buduje zaufanie. To opowieść o tym, że ciało — nawet bardzo zmęczone — może poczuć ulgę. Masuję tą techniką od 16 lat. Bez kombinowania nowych ruchów. Bez „efektów wow”. Zawsze tak samo. A jednak… zawsze inaczej. Czasem masaż trwa krócej, bo człowiek nie wyleży. Czasem wystarczy kilka ruchów, żeby wieczorem… ból, który był rano, po prostu minął.
Tak było dziś. Na kursie dla zaawansowanych masażystów przyjęłyśmy ciało osoby z bólem i ograniczeniami. Realne ciało, nie podręcznikowe. Rano masaż. Wieczorem — ulga. Zero magii. Po prostu konkretna technicznie, ale niezwykle empatyczna praca z ciałem.
I właśnie dlatego prowadzę kursy zaawansowane Lomi Lomi. Nie po to, żeby nauczyć „nowych ruchów”. Nie po to, żeby wygiąć ciało w spektakularną pozycję. Tylko po to, żeby nauczyć się odwagi. I prostoty. I większej czułości.
Bo zaawansowanie nie polega na tym, co robisz. Tylko po co. I dla kogo.
W tym roku ze względu na zagęszczenie projektowe, nie prowadzę grupowych szkoleń zaawansowanych. Ale czasem przyjeżdża do mnie ktoś wyjątkowy. Jak Anna Błaut z Wrocławia, która masuje jakby robiła to od zawsze, czego bardzo jej zazdroszczę, bo ja tak nie umiałam! Nie uczyłam jej „sztuczek”. Ale mam nadzieję, że wyjechała z toną odwagi, by przyjmować osoby starsze, chore, z historią w ciele. Jeśli ktoś z Was potrzebuje masażu, nawet jeśli ma 89 lat, endoprotezę, stomię, czy rozrusznik serca i „już się nie nadaje” — to Ania powie takiej osobie, że się nadaje i znajdzie termin na terapię masażem lomi lomi.
A jeśli Ty, lomi masażysto, masażystko — czytasz to i czujesz, że chcesz się nauczyć tak pracować, że to jest ten kierunek, możesz się do mnie odezwać. Może jesienią znajdzie się miejsce na indywidualny kurs lub spotkamy sie w grupie w przyszłym roku.
