Znaki, cuda i inne niespodziewanki

Jakże często modlimy się o pomoc, o jakiś ZNAK, CUD co robić, jaką decyzję podjąć, w którą stronę ruszyć. Jak często otrzymujemy odpowiedź? Myślę, że za każdym razem, tylko nasz umysł jest tak zajęty myśleniem i stwarzaniem nowych problemów, martwieniem się i paplaniem, że nie zauważamy wskazówek, nie widzimy, że na każdym kroku jest jakiś anioł, który się nami opiekuje. I niekoniecznie jest to świetlista istota ze skrzydłami… Magia dzieje się zupełnie naturalnie tuż pod naszym nosem, a my jej często nie dostrzegamy.
Od razu przypomina mi się pewna znana opowieść o pobożnym człowieku, który modlił się do Boga o ocalenie z powodzi. Siedzi na czubku dachu swojego domu, dookoła woda. Prosi Boga o ratunek. Łodzią przepływali akurat sąsiedzi, którzy chcieli go zabrać, jednak człowiek odmówił, bo on czeka na znak od Boga. Podpłynęła tratwa z ratownikami na pokładzie. Cóż, człowiek odmówił, czekał na znak od Boga. Woda podnosiła się z godziny na godzinę. Na horyzoncie pojawili się strażacy na pontonie, chcieli go zabrać, ale nie, mężczyzna czekał na znak od Boga. A woda wyżej i wyżej, a wszyscy ratownicy zniknęli z pola widzenia. Pojawiła się kłoda. Mężczyzna i jej się nie uchwycił. Czekał na znak od Boga. W końcu bardzo się rozzłościł, stracił nadzieję na ratunek, w ostatniej chwili uchwycił się komina bo woda by go zmyła. W myślach przeklinał Boga: „Całe życie Ci poświęciłem, byłem oddanym wiernym, a teraz w godzinie próby opuściłeś mnie Boże!” I otworzyły się niebiosa, i Bóg przemówił: Czekałeś na znak ode mnie. Zesłałem ich wiele specjalnie dla Ciebie: łódź, tratwa, ponton, kłoda. Okazałeś się zbyt zaślepiony by dostrzec jak wiele możliwości ci zsyłam.
Czekamy na COŚ wyjątkowego i spektakularnego, a pod nosem mamy wszystkie odpowiedzi. Wystarczy chcieć je zobaczyć i usłyszeć. Ostatnio dużo tych znaków. To takie drobiazgi zapewniające, że choć wydawać by się mogło, że wszystko się wali w moim życiu to jest opieka czegoś Wyższego, jest troska o moje dobro. Są słowa otuchy i rady, kiedy wątpliwości się kłębią i wcale nie padają z ust przyjaciółki. Ot, miałam taką magiczną historię w dwa tygodnie po kilkumiesięcznym pobycie w Indiach.
To był dzień mojej przeprowadzki do nowego mieszkania. Czekałam w kawiarni z aromatyczną kawą i laptopem na znajomych, którzy mieli mi pomagać. Kilkanaście minut oddechu przed wysiłkiem. Wiele miałam myśli w głowie. Właśnie żegnałam kolejne miejsce i ruszałam do nowego. A to ostatnimi czasy dość często mi się zdarza. Zastanawiałam się, jak sobie poradzę, czy to już koniec „tułaczki”, że bardzo bym chciała mieć chwilę oddechu. I kiedy już powoli się zbierałam, niespodziewanie dosiadł się do mnie starszy mężczyzna. Zapytał czy może, zgodziłam się: – Właśnie się pakuję, ten stolik będzie już wolny – odpowiedziałam. – Och, to nie tak, nie chcę Pani przeganiać, po prostu czekam na kogoś, a tu jest duże okno, może mój towarzysz szybciej mnie znajdzie, będę mógł go przywołać. – Ależ naprawdę muszę już iść. –A idzie Pani do empiku? – Do empiku? – zdziwiłam się. – Nie, czekam na przyjaciół, właśnie się przeprowadzam, już jadą, więc pójdę. – Proszę zatem iść do empiku i kupić książkę „Ta kobieta. Wallis Simpson”. Pani jest kobietą, może Panią zainteresować. – Tak? A dlaczego? – zaciekawiłam się. – Bo to historia o niezwykłej kobiecie, dla której sam król angielski zrezygnował z tronu. Cóż ta kobieta w sobie miała, że tak silnie wpłynęła na władcę, a co za tym idzie na losy całej Europy!? Z recenzji wynika, że znała tajniki sztuki miłosnej i może tym skusiła władcę. Naprawdę ciekawa historia. – Wie Pan, ja wierzę w wewnętrzną siłę i intuicję nie zaś kult ciała i seksu. – To muszę coś Pani powiedzieć bo przemiło mi się z Panią rozmawia. Proszę swoje skarby skrywać głęboko, nie afiszować się ze swoją inteligencją, nie pysznić, nie górować nad innymi. Proszę znać swoją wartość i robić swoje, a dużo łatwiej Pani osiągnie cele.
Zadumałam się. Podziękowałam. Telefon zadzwonił. Znajomi już czekają na mnie pod domem. Żegnam się z panem. Zatrzymuje mnie. Ubrana słucham. – I jeszcze coś Pani powiem. I to wszystko za darmo ode mnie dla Pani w prezencie – śmiejemy się. – Bo przez życie to należy iść rozpychając się łokciami, ale z czapką zawsze uchyloną, kłaniając się pokornie. – Wmurowało mnie, zadumałam się jeszcze bardziej i uśmiechnęłam od ucha do ucha. Skąd wiedział, że ciężko mi przychodzi to rozpychanie się? Skąd wiedział, że potrzeba mi zachęty? Skąd wiedział, że ma użyć takich a nie innych słów by do mnie trafić i skąd wiedział, że to właśnie ze mną ma porozmawiać? A wszystko trwało najwyżej dziesięć minut. Żałowałam, że nie mogę posiedzieć z tym przecudnym aniołem, który okazał się emerytowanym profesorem Uniwersytetu Gdańskiego. Widać te dziesięć minut wystarczyło. Pokłoniłam się Panu, uśmiechnęliśmy się do siebie i pożegnaliśmy. Pożyczył mi jeszcze wszystkiego dobrego na nowej drodze życia, odwagi i szczęścia. I zniknęłam za rogiem.
Tego popołudnia coś we mnie wstąpiło, jakaś przeogromna nienazwana siła, dzięki której mogłam nosić naprawdę ciężkie torby mając przy tym wrażenie, że się z nimi unoszę. Przeprowadzka trwała dwie godziny (nie posiadam zbyt wiele i na szczęście wszystko mieści się w jednym samochodzie), a ja jak szalona nosiłam ubrania, sprzęt komputerowy, książki, garnki, przyprawy. I dziwili się znajomi skąd mam tyle siły, bo oni jacyś tacy klapnięci… A ja w sercu miałam obraz Pana profesora, anioła tego słonecznego październikowego dnia, który słowami napełnia moje ciało energią do działania długoterminowego, nie tylko przeprowadzkowego. Energią, która umacnia moje barki, przygotowuje łokcie do kolejnego etapu w życiu, gdzie już nie będę ofiarą, ale tą, która bierze sprawy w swoje ręce i idzie do przodu, pamiętając o kapeluszu pod którym mieszka Nienazwane.
Cudów miliony, drobinki, kruszynki, które składają się na naszą codzienność…
I często tuż przed upadnięciem na duchu przychodzi niespodzianka od losu… Moja Babcia opanowała do perfekcji sztukę pozytywnego zaskakiwania mnie. Gdziekolwiek jestem ona mnie znajdzie i przyśle paczkę… A to upieczone pierniczki, a to nawkłada świeżych orzechów z przydomowego drzewa, a to pyszną drożdżówkę, która po odświeżeniu w piekarniku jest przeboska… I zawsze złapie mnie w idealnym momencie kiedy zapomnę, że przecież codziennie może przyjść niespodziewane…
A w tym tygodniu przyszło… oj przyszło bardzo niespodziewane! I to od praktycznie obcej osoby! Pamiętacie akcję pocztówki? No to powiem Wam, że do dziś mam kontakt z pewnym przecudnym człowiekiem. I pocztówki sobie ślemy przeróżne. Kreatywne, sentymentalne, inspirujące, motywujące. Słowa zadumy, refleksji ubarwione naklejką albo specjalną pieczątką… Aż pewnego dnia otwieram drzwi listonoszowi i się dziwuję. Bo paczka. I nie od babci. I niczego nie zamawiałam. I nazwisko nadawcy znajome… I tak się zadziwiłam. I tak się ucieszyłam. I wszystkie loki mi z radości podskakiwały! Paczka pachnąca to była i bogata w skarby z serca zrodzone! Fantazyjne mydełka vegańskie, ślicznie zapakowane, pachnące, dobrane jakby specjalnie na moje potrzeby. I niespodzianka numer dwa to tęczowe skarpety ręcznie robione! Ale JAKIE CUDO! No lepszych bym i ja nie wymyśliła dla siebie! Gdziekolwiek się nie wybiorę to one od teraz pojadą ze mną i koniec! Obcy człowiek sprawił mi radość tak wielką! A gdyby ktoś z Was miał ochotę komuś sprawić podobną niespodziankę to zachęcam przebardzo a gdyby ktoś mydełkowo też chciał zaskoczyć to zerknijcie tutaj (polsko-niemiecka strona)… Jakie to fajne, że ludziom się chce robić takie cudności!
I to cud, że mogę teraz siedzieć i to pisać. To cud, że siedzę na krześle, że piszę na stole, że mam komputer, że zjadłam na obiad zielone szparagi, że oddycham, że za oknem chłopaki grają na bębnach i śpiewają dzikie melodie. Dla mnie sprawy oczywiste są cudami.
Muszę się przyznać, że nie zawsze byłam nastawiona na odbiór znaków. Podobnie jak ów mężczyzna z opowieści czekałam na ZNAK, który będzie podpisany przez samego Boga, z datą gwarancji, ze lśniącym certyfikatem. Zmienił się mój umysł, nastroiłam samą siebie na odbiór, przestałam narzekać, a zaczęłam tworzyć świat w jakim chcę żyć. Krok po kroku, pomaleńku, cierpliwie. Bo fajnie jest być swoim własnym marzeniem.

Podobał Ci się ten wpis? Podziel się z innymi!

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on linkedin
Share on whatsapp
Share on email

Nazywam się Kawula.

Agnieszka Kawula

Jestem jak Bond, James Bond. Moje super moce to hawajski masaż Lomi Fizjo oraz automasaż. Jestem dziewczyną z YouTube’a. Ciągną do mnie jednorożce i kocham cappuccino. Mam najfajniejszego psa terapeutę!

Nie przegap kolejnych wpisów!

Zapisz się na mój newsletter i bądź na bieżąco!

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA. Mają zastosowanie Polityka prywatności oraz Regulamin serwisu Google.
Twoje dane będą przetwarzane w celu wysyłki Ci newslettera, a ich administratorem będzie Agnieszka Kawula. Szczegóły: polityka prywatności.

Poruszyło Cię?

Napisz do mnie.

Może Cię również zainteresować

Chyba nie będę już tyle masować – powiedziałam jeszcze w zeszłym roku. Będę więcej uczyła i prowadziła szkolenia online. Może całkiem przestanę masować? Pół roku później…Uczę w cholerę dużo, nagrywam webinary, masuję jeszcze więcej bo...
Wiecie jaka część ciała ludzkiego zużywa się najszybciej? Raz, dwa, trzy, zwycięzcą są nasze stawy! Tyrają okrutnie, a człowiek pięknie potrafi się zajechać. Na ilość stawów w ciele, nie ma co narzekać. Wyginamy śmiało ciało...
– A Ty znowu jakieś głupoty czytasz? – Gaś to światło, a nie znowu oczy sobie psujesz. – Wstałabyś już, coś pożytecznego zrobiła, a nie tylko nos w książce. Więc się ukrywałam. Z Tomkiem Sawyerem,...
Przewiń do góry