Zdarza się, że ktoś przychodzi do mnie na masaż i mówi: „Za miesiąc mam operację. Pomyślałam, że lomi lomi przed, dobrze mi zrobi”. Albo: „Nie śpię. Ciągle myślę o tym, co mnie czeka w szpitalu. Chcę się trochę zrelaksować”. A potem, często już po operacji, wracają i mówią: „Zniosłam to jakoś lepiej. Szybciej doszłam do siebie. Nie wiem, czy to przez te masaże, ale coś mi to dało”. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to się nazywa prehabilitacja.
Niektóre rzeczy robi się, zanim znajdą dla siebie nazwę. Bo czujesz, że to ważne.
Kiedy jakieś dwa lata temu usłyszałam o prehabilitacji po raz pierwszy, zrozumiałam, że to, co robię od lat, wreszcie nabrało dla mnie większego sensu i poskładało się w większą całość.
Wczoraj słuchałam kilkugodzinnego webinaru o prehabilitacji i jeszcze mocniej utwierdziłam się w przekonaniu, że to, co wcześniej było u mnie czystą intuicją, dziś nie tylko zaczyna mieć swoje miejsce w systemie ochrony zdrowia, ale ma coraz więcej naukowych dowodów. Że warto o tym mówić. A nawet uczyć się tego. Otrzymałam bardzo konkretne potwierdzenie, jak ważną rolę w procesie przygotowania do operacji czy zabiegów medycznych odgrywa właśnie prehabilitacja. Że dotyk, masaż, mogą wspierać także wtedy, nie tylko w chorobie czy rekonwalescencji. Że ciało może być miejscem budowania odporności – fizycznej i psychicznej – zanim jeszcze coś się wydarzy.
W tym tygodniu wysłałam na konkurs ostateczną wersję innowacji społecznej: „Dotyk troski w opiece nad seniorami”. To inicjatywa edukacyjna, której celem jest poprawa jakości codziennej opieki nad osobami starszymi i chorymi poprzez wdrożenie delikatnego, uważnego, troskliwego dotyku w prostych czynnościach opiekuńczych i pielęgnacyjnych. To projekt, który dojrzewał długo i powstaje dzięki słowom jakie wielokrotnie słyszałam podczas mojego wolontariatu w domach seniora: „Już mi nic nie pomoże, ale jak mnie pani tak dotyka, to chociaż czuję się jak człowiek”.
W lipcu dowiem się, czy ten projekt dostanie zielone światło i fundusze na jego realizację. Ale już teraz wiem, że jest bardzo potrzebny. I że nie powstałby bez tych wszystkich spotkań z „moimi” seniorami, którzy zmieniali sposób, w jaki patrzę na opiekę i dotyk i masaż lomi lomi.
Jeśli wszystko się powiedzie, od września rozpocznę też nowy etap i autorski projekt badawczy: „Dotyk troski i opiekuńczy masaż. Interwencja niefarmakologiczna w opiece nad osobami przewlekle chorymi, niesamodzielnymi i u kresu życia.” Teraz opracowuję metodologię i wszystko nabiera fachowego kształtu.
Złożyłam też dokumenty na kolejny kierunek studiów w Poznaniu, z prehabilitacji multimodalnej. Będzie to trzeci kierunek podyplomowy, po geriatrii i terapiach wspierających w onkologii. To wybory z potrzeby rozumienia więcej, jeszcze lepszego wspierania moich pacjentów, ale też przyjemności z nauki tak po prostu.
A jutro nagrywam webinar dla lomi masażystów, trzeci, ostatni z serii. W sumie ponad 6 godzin nagrań – o Lomi Lomi w praktyce terapeutycznej. O pracy z bólem, napięciem, ciałem w chorobie, także tej nieuleczalnej.
Czasem myślę, że to wszystko – te studia, projekty, badania, masaże – to jeden wspólny ruch. Od niepewności – do sensu. Od intuicji – do ugruntowanej wiedzy. Od ciała – do człowieka.
Czasem zastanawiam się, czy wszystko to ogarniam. Czy to nie za dużo. Czy nie robię czegoś „nie tak” bo już byli tacy, którzy zasiali we mnie więcej lęku niż mocy i dali mi odczuć, że to moje „czary mary” to nie bardzo w „prawdziwej” medycynie. Ale potem przypominam sobie, że nie trzeba być gotową na wszystko, żeby zacząć. Czasem wystarczy być w procesie. Zacząć z tym, co się ma pod ręką. Nie znać wszystkich odpowiedzi, ale nie bać się zadawać pytań. Bo może to właśnie pytania, nie odpowiedzi, są początkiem zmiany.
A tymczasem jadę zadbać o siebie do mojej uczennicy, która zaopiekuje się moim ciałem właśnie masażem lomi lomi. Bo szewc bez butów nie lubi chodzić 😉 Mam cudowne dziewczyny, które pięknie o mnie dbają.
PS oraz spokojnie, mam też czas na czytanie książek (nadal mają branie romanse historyczne i do łask wróciły kryminały 😉), robienie dżemu z truskawek i malin, wąchanie deszczu przed i po burzy, nacieranie się olejkami aromaterapeutycznymi i fachowe dbanie o trochę poturbowany ogólnie pojęty dobrostan.
