Zaznacz stronę

Gdyby moje ciało mogło mówić słowami, wtedy, w latach najtrudniejszych dla mnie, powiedziałoby: nie opuszczaj mnie, bądź przy mnie, potrzebuję Cię. Wiem, że ten głos jest we mnie również dziś. Udało mi się wypracować umowę: wiesz, teraz jest tak, bywa trudno bardzo, emocjonalnie, fizycznie, duchowo, ale jestem blisko, nie zawsze zadbam na czas o Twoje potrzeby, wiem, wynagrodzę Ci to.

I obietnicy dotrzymuję, czasem prędzej, czasem później, ale bezwzględnie dotrzymuję.

Często przepraszam samą siebie, jak małe dziecko: przepraszam, że Cię zawiodłam, że przeciągnęłam strunę, że stres przejął kontrolę, że zaniedbałam. Różnica polega na tym, że nie zdradzam ciała. I choć bywa mi bardzo trudno, już nie odwracam się przeciwko samej sobie.

W ogóle co to znaczy, że „ciało mówi”? Ano gada jak może… Bólem kolana, napięciem w karku, drętwieniem ręki, brakiem snu, ściśniętym żołądkiem, biegunką, dusznościami, płytkim oddechem, kompulsywnym jedzeniem, sięganiem po używki, atakami lęków, bólem kręgosłupa, mięśniami, które odmawiają posłuszeństwa, nogami, które nie chcą iść, stawami, które tracą elastyczność. To sygnały by się zatrzymać, wcale nie trzeba od razu czegoś z tym robić. Czasem wystarczy zauważyć ból i zadać sobie pytanie: czego nie mogę zrobić przez ten dyskomfort? W czym mi przeszkadza? O czym zapomniałem po drodze? Wystarczy przestać ignorować sygnały… A one się tylko nawarstwiają i rosną jak niechciane przykre obowiązki, z dnia na dzień powiększają się góry prania do prasowania, materiały do zrobienia na wczoraj itp…

Nie trzeba robić od razu rewolty w swoim życiu. Można wprowadzić małe zmiany, obiecać sobie: hej, wytrzymaj proszę jeszcze chwilę, wiem, że Ci trudno, ale zaufaj mi, idziemy w dobrą stronę… Tylko, że najczęściej jest właśnie odwrotnie. Brniesz w kolejne ściany. Napierasz na nie, przebijasz je, a tam następna, i następna, i jeszcze kolejna. Aż w końcu nie masz siły iść dalej i przysypuje Cię gruz życia. Myślisz, cholera, jak się tu znalazłem? Przestajesz lubić siebie, bliskich, swoją codzienność, a ciało najchętniej byś ukarał i wymienił na nowe, bo ono takie zdradliwe.

A przecież to Ty opuszczasz samego siebie. Raz za razem. Porzucenie boli, prawda?

Odbudowywanie zaufania zajmuje dużo czasu, a tak łatwo je stracić.

Ostatnie dwa lata były dla mnie trudnym wyzwaniem. Wróciłam z Niemiec, z psem, sama, zaczynając wszystko od nowa. Bez pracy, do mieszkania obcego, w którym żyłam przez pół roku w ostrym remoncie. Żyłam na adrenalinie, szczęściu z powrotu do ukochanej Gdyni, a zapach morza był moim balsamem na połamane serce i rozsypane emocje. Szukałam, odbudowywałam, uczyłam się, wychodziłam, działałam oraz zajmowałam się moim psem, który okazało się, że też był w procesie zmian razem ze mną i wiele w naszej rutynie się zmieniło. Z miesiąca na miesiąc, zupełnie niepostrzeżenie mój świat zaczął się kurczyć, a wolność, którą tak się cieszyłam wcześniej, kuliła się we mnie. Zaczęło brakować mi miejsca na spontaniczne wyjścia (bo pies), na dalekie, samotne wędrówki (bo pies), na wyjazdy do koleżanek za granicę (bo pies), randki (bo pies). Czułam zmęczenie fizyczne (bo praca, bo pies). Byłam u kresu wytrzymałości fizycznej, ale ciągle dawałam radę. Płakałam, krzyczałam, zalewała mnie złość, jednak nadal było „jakoś”. Aż już nie mogłam dłużej być siłaczką. Powiedziałam: dość, potrzebuję pomocy, nie daję rady.

I nie, pomoc nie zjawiła się od razu na białym rumaku. Część przyszła naturalnie, za część potrzebuję zapłacić, część możliwe, że jeszcze nadejdzie. Ale właśnie wtedy rozpoczął się proces godzenia z sytuacją, zmianą w moim życiu, kompromisami na jakie potrzebuję pójść, rezygnacji z wielu spraw, odłożenia kilku ważnych pasji na czas bliżej nieokreślony i przeorganizowania priorytetów, pogadania z sobą brutalnie szczerze, przyznania się gdzie i jak często nawaliłam ostatnimi czasy. Trudno mi było zobaczyć co sobie sama robiłam. Chciałam dobrze… Pytanie dla kogo? Bo nie dla siebie…

Wiele spraw mnie gniecie, dużo stresuje, jeszcze więcej bym chciała odpuścić, ale nadal nie potrafię, albo mam jedynie momenty wypuszczania linek z dłoni. Boję się, bardzo często się boję, że nie przetrwam, że mój pies za miesiąc może nie dostać dobrej karmy, że znowu nie pojadę na żadne wakacje, że nie mam absolutnie żadnej gwarancji na to, że cokolwiek teraz robię przyniesie jakikolwiek efekt. Ale zmieniło się jedno, nie zdradzam siebie, nie opuszczam w tych najtrudniejszych chwilach, zwłaszcza kiedy moje ciało mówi: proszę, pomóż mi, daj mi chwilę wytchnienia, dziś poproś więcej osób o pomoc, połóż się, poczytaj książkę, oddychaj, pogłaszcz, bądź ze mną i posłuchaj bo mnie też jest z Tobą taką trudno…

Słyszę siebie. Nie od razu mogę zadbać o te najgłębsze potrzeby, ale one są słyszane i dzięki temu daję sobie ogromne wsparci. Ciało odwdzięcza się łagodniejszymi bólami niż kilka lat temu, głębszym oddechem, większą przestrzenią wewnętrzną. I choć wielu obietnic jeszcze nie mogłam spełnić to jest między nami pomost, którego już nie chciałabym spalić, na którym od czasu do czasu sadzę ulubione drzewa owocowe i rozstawiam wygodne hamaki…

Gdyby Twoje ciało mogło mówić, co by Ci dziś, właśnie teraz powiedziało?

Shares
Share This