Zaznacz stronę
W drogę!

W drogę!

tumblr_o6m640E5wz1sp68iho1_1280

Zmiana. Słowo u niektórych wywołujące skrajne emocje. Ostatnio znajoma dusza zapytała czym dla mnie jest zmiana, z czym mi się kojarzy i jak mogę ją opisać. Zanim odpowiedziałam pomyślałam, idealny moment, przecież obecnie stoję w obliczu dość dużej zmiany, więc mogę na świeżo złożyć raport…

Zdziwiłam się samą sobą bo na zmianę reaguję dość spokojnie. W zasadzie zmiana zachodzi sama, a ja się jej nie opieram. Czasem pojawia się stres. Dużo znaków zapytania wiruje nad głową. Mnóstwo dróg do wyboru. Ale w środku spokój. Zaufanie. Bo czego się bać? Samego życia? No jakoś nie ;-).

Miesiąc temu powiedziałam oficjalnie, że wracam do Polski, do „mojej Gdyni”. Im bliżej terminu tym więcej pytań mi zadają: a czy się nie boisz, a dlaczego wracasz, a co z pracą, a co z mieszkaniem, a czy masz jakiś plan. Albo zdarzają się słowa: przykro mi, że ci nie wyszło, szkoda, że wyjeżdżasz, a nie jest ci smutno?

Kilka osób zareagowało zgoła inaczej: ale wspaniale, super możliwości przed tobą, świetnie, że się nie boisz, idealna okazja do rozwoju, ciekawe jaka przygoda teraz się rozpocznie dla ciebie.

Każdy patrzy ze swojej perspektywy. Ze swojej strefy komfortu. A ja zadziwiłam po raz kolejny samą siebie. No bo zobaczcie: wielkich euro nie przywiozę, gabinet w Niemczech zamykam, zakończyłam relację, nie wiem gdzie będę mieszkała za półtora miesiąca i szukam intensywnie mieszkania w Gdyni, a sytuacja finansowa jest daleka od stabilnej. Można by powiedzieć, że mi „nie wyszło” i trzeba wszystko od nowa zaczynać. Ale moja prawda jest inna.

Jestem w drodze. Do ostatniego tchnienia. Doświadczam. Podejmuję decyzje. Za każdą z nich stoją określone konsekwencje, emocje, ludzie, sytuacje, możliwości. Ode mnie zależy jak zareaguję na to, co się dzieje, jak potraktuję zmianę, czy jako przeszkodę, czy możliwości. Czy ucieknę wystraszona czy stanę przed lustrem i powiem: No Kawula, toć razem już tyle lat… weź nie wariuj z tym stresem, podetnij trochę loki, odkurz swoje buty do salsy, kup psu nową piszczącą zabawkę i idziemy dalej!

Zdecydowanie stoję teraz przed nowymi możliwościami. Czuję zarówno ekscytację jak i spokojną falę zaufania. Nie wierzę w porażki. Raczej w przystanki na drodze, które zachęcają do refleksji i uelastycznienia się w umyśle. Zweryfikowania siebie samego. Pobycia w ciszy. Popłakania. Oczyszczenia. Naładowania akumulatorów. A kiedy podjeżdża pociąg z podniesioną ku słońcu lokowaną głową wchodzę do odpowiedniego przedziału.

Nie zaczynam od nowa. Po prostu kontynuuję życie nieprzerwanie. Raz jestem tu innym razem tam. Wyciągam wnioski. Uczę się siebie w nowych sytuacjach. Daję sobie wsparcie jakiego potrzebuję. A kiedy smutek przyciśnie szaleję z psem i biegamy po mieszkaniu z kolorowymi balonikami. Czasem przyjdzie mi głośno zawyć ze złości, a czasem zamilknę z zadumie. Bywa, że wątpliwości ogarniają i niepewność jak ułożyć jeszcze nieułożone. Odżywają tęsknoty i zacierają radośnie ręce bo na horyzoncie spełnienie niektórych pragnień się pojawia. Oczy błyszczą i od wzruszeń i od radości. Nie ma pożegnań i nie ma powitań bo nic się nie kończy. To naturalna kontynuacja życia. Jest mi świadomiej niż dwa i pół roku temu. Luźniej w ciele i duszy.

Ale wiecie co jest najważniejsze w tym wszystkim? Jedna niezmienna…. Mój bezustanny zachwyt i nieustająca ciekawość życia!

Do zobaczenia w drodze! Poznacie mnie po lokach podskakujących w rytmie salsy 😉

Spotkanie po latach…

Spotkanie po latach…

DSCN4933

– Czy polubiłbyś/polubiłabyś siebie, gdybyś spotkał/spotkała siebie?

Dziś mogę śmiało powiedzieć, że jasne! I dałabym się zainspirować i zmotywować i ponieść hen z marzeniami ku ich realizacji. Gdyby Agnieszka z „wtedy” spotkała siebie z dziś chyba by się trochę wystraszyła i popukałaby się w czoło gdyby usłyszała co ta Kawula wygaduje? Jak to można być szczęśliwym? Jak to można kreować swoje życie? Jak to można cieszyć się z drobnych rzeczy? Jak to można przestać narzekać? Jak to można przestać się krzywdzić? Jak to można mówić nie? Jak to można mieć zdrowe relacje rodzinne? Jak to można mieć zdrowe ciało? Jak to można chcieć żyć? Jak to można lubić siebie?! I do tego być z tego zadowolonym?! Herezje jakieś! Co ona wygaduje, przecież nie ma depresji, jest zdrowa, ładna, uśmiechnięta, nie musi jeść różnych tabletek na te wszystkie dolegliwości, które mam ja, wszystko się jej układa, a ja muszę zmagać się z ograniczeniami ciała, łykać antdepresany i leki na nadciśnienie, a chodzenie na fitness nawet kilka razy dziennie nie daje absolutnie niczego poza narastającą frustracją. Łatwo jej tak mówić, bo ma takie fajne życie, fajnych ludzi dookoła, fajną pracę i fajnego psa! Ja też chcę!

Ale Kawula „z dziś” nie przejmowałaby się szamotaniną Agnieszki z „wtedy”. Nie mądrolowałaby się, nie radziła niczego, nie podsuwała żadnych książek ani filmów. Zaproponowałaby pogapienie się wspólne na fale, albo kawę w cichej kawiarence (bo to obie Kawule lubiły od zawsze).

I zapytałaby: – Aguś, czy Ty naprawdę chcesz zmiany w swoim życiu?

I usłyszałaby w odpowiedzi: – A myślisz, że cierpię teraz na swoje własne życzenie? Że to tak fajnie budzić się z bólem i w moim wieku nie móc wejść na piąte piętro bez zadyszki? Myślisz, że to takie fajne non stop czuć smutek, beznadzieję, żyć za szklaną szybą i jedynie obserwować to co się dzieje TAM?

Odpowiada jej milczenie pełne obecności…

– No i dlaczego nic nie mówisz?

Cisza też jest odpowiedzią.

Patrzy mi w oczy w oczekiwaniu, w napięciu. Milczę dalej. Łagodność na mojej twarzy, przestrzeń w ciele, spokój w sercu… Niczego nie robię, samo się robi…

– Ty jesteś jakaś inna… – słyszę po chwili. – Przy tobie mogę się trochę rozluźnić i nie czuję żebyś mnie oceniała. Jak to możliwe, że jesteś mną z „potem”? Jak to możliwe, że tak bardzo mogę się zmienić? Jak to się stanie, że ktoś patrząc w moje oczy poczuje to, co ja czuję teraz będąc z Tobą? Co mam zrobić?

– Podjęłaś decyzję, że chcesz zmiany… Zaufaj mi… Wszystko przyjdzie w odpowiednim momencie. Krok po kroku. Człowiek poprowadzi Cię do człowieka. Spotkanie do spotkania. Okazja do okazji. Kłębek z wełenką życia doprowadzi Cię do tego, gdzie jestem TERAZ, a potem razem pójdziemy do kolejnego TERAZ i znowu się trochę pozmieniamy…. Gotowa?

– Nie wiem, boję się, to wszystko jest takie nierealne i zbyt piękne żeby było prawdziwe. No bo jak to tak można… zmienić się aż tak?!

– Aguś, sprawa jest prosta, czy chcesz?

– Chcę! – pada odpowiedź może i z lekka zdesperowana, ale pełna nowej nadziei.

– W takim razie wyjdź z kawiarni i zobacz dokąd poprowadzi Cię kłębuszkowa nitka. Po prostu idź. Krok za krokiem. I dojdziesz. A potem pójdziemy dalej. Do samego końca. A potem się zobaczy ;-).

Obserwowałam ją jeszcze przez chwilę aż całkiem zniknęła mi z oczu. Jakiś czas później poczułam miłe poruszenie w sercu… To był moment, kiedy pierwszy raz trafiła na hawajski masaż Lomi Lomi Nui… I wiedziała, że znalazła właśnie to, co miała znaleźć i że moje słowa się zaczęly sprawdzać…

Uśmiechnęłam się do niej w sercu wysyłając jej porcję odświeżonej i soczystej nadziei. I choć wiedziałam, że spotkam ją dopiero za dziesięć lat, nie miało to żadnego znaczenia. Ważne, że dojdzie, gdzie ma dojść. A kiedy spojrzymy sobie ponownie w oczy, ona zdecydowanie będzie siebie kochała. Więc warto poczekać.

Na siebie zawsze warto…

[PS A teraz dowody na to, że „tamta” Kawula też istniała… Posiadam znikomą ilość swoich zdjęć bo wszystko powyrzucałam przy okazji zmian i porządków… Ale… na Internet zawsze można liczyć ;-)]

PRZED   (jeszcze z czasów pracy w Muzeum Historycznym Miasta Gdańska… akurat udzielałam wywiadu do Wyborczej o kolejnym znalezisku…)

z5745844Q,Agnieszka-Kawula---Kubiak-z-Muzeum-Historycznego-M

nadal PRZED… po publikacji pierwszej książki… Powinnam promienieć szczęściem bo to dzień premiery i spotkań z czytelnikami…

person

 

 

 

 

 

 

 

 

PO… dość świeże zdjęcie Kawuli, która naprawdę lubi siebie 😉

ja

Znaki, cuda i inne niespodziewanki

Znaki, cuda i inne niespodziewanki

DSCN5738Jakże często modlimy się o pomoc, o jakiś ZNAK, CUD co robić, jaką decyzję podjąć, w którą stronę ruszyć. Jak często otrzymujemy odpowiedź? Myślę, że za każdym razem, tylko nasz umysł jest tak zajęty myśleniem i stwarzaniem nowych problemów, martwieniem się i paplaniem, że nie zauważamy wskazówek, nie widzimy, że na każdym kroku jest jakiś anioł, który się nami opiekuje. I niekoniecznie jest to świetlista istota ze skrzydłami… Magia dzieje się zupełnie naturalnie tuż pod naszym nosem, a my jej często nie dostrzegamy.

Od razu przypomina mi się pewna znana opowieść o pobożnym człowieku, który modlił się do Boga o ocalenie z powodzi. Siedzi na czubku dachu swojego domu, dookoła woda. Prosi Boga o ratunek. Łodzią przepływali akurat sąsiedzi, którzy chcieli go zabrać, jednak człowiek odmówił, bo on czeka na znak od Boga. Podpłynęła tratwa z ratownikami na pokładzie. Cóż, człowiek odmówił, czekał na znak od Boga. Woda podnosiła się z godziny na godzinę. Na horyzoncie pojawili się strażacy na pontonie, chcieli go zabrać, ale nie, mężczyzna czekał na znak od Boga. A woda wyżej i wyżej, a wszyscy ratownicy zniknęli z pola widzenia. Pojawiła się kłoda. Mężczyzna i jej się nie uchwycił. Czekał na znak od Boga. W końcu bardzo się rozzłościł, stracił nadzieję na ratunek, w ostatniej chwili uchwycił się komina bo woda by go zmyła. W myślach przeklinał Boga: „Całe życie Ci poświęciłem, byłem oddanym wiernym, a teraz w godzinie próby opuściłeś mnie Boże!” I otworzyły się niebiosa, i Bóg przemówił: Czekałeś na znak ode mnie. Zesłałem ich wiele specjalnie dla Ciebie: łódź, tratwa, ponton, kłoda. Okazałeś się zbyt zaślepiony by dostrzec jak wiele możliwości ci zsyłam.

Czekamy na COŚ wyjątkowego i spektakularnego, a pod nosem mamy wszystkie odpowiedzi. Wystarczy chcieć je zobaczyć i usłyszeć. Ostatnio dużo tych znaków. To takie drobiazgi zapewniające, że choć wydawać by się mogło, że wszystko się wali w moim życiu to jest opieka czegoś Wyższego, jest troska o moje dobro. Są słowa otuchy i rady, kiedy wątpliwości się kłębią i wcale nie padają z ust przyjaciółki. Ot, miałam taką magiczną historię w dwa tygodnie po kilkumiesięcznym pobycie w Indiach.

To był dzień mojej przeprowadzki do nowego mieszkania. Czekałam w kawiarni z aromatyczną kawą i laptopem na znajomych, którzy mieli mi pomagać. Kilkanaście minut oddechu przed wysiłkiem. Wiele miałam myśli w głowie. Właśnie żegnałam kolejne miejsce i ruszałam do nowego. A to ostatnimi czasy dość często mi się zdarza. Zastanawiałam się, jak sobie poradzę, czy to już koniec „tułaczki”, że bardzo bym chciała mieć chwilę oddechu. I kiedy już powoli się zbierałam, niespodziewanie dosiadł się do mnie starszy mężczyzna. Zapytał czy może, zgodziłam się: – Właśnie się pakuję, ten stolik będzie już wolny – odpowiedziałam. – Och, to nie tak, nie chcę Pani przeganiać, po prostu czekam na kogoś, a tu jest duże okno, może mój towarzysz szybciej mnie znajdzie, będę mógł go przywołać. – Ależ naprawdę muszę już iść. –A idzie Pani do empiku? – Do empiku? – zdziwiłam się. – Nie, czekam na przyjaciół, właśnie się przeprowadzam, już jadą, więc pójdę. – Proszę zatem iść do empiku i kupić książkę „Ta kobieta. Wallis Simpson”. Pani jest kobietą, może Panią zainteresować. – Tak? A dlaczego? – zaciekawiłam się. – Bo to historia o niezwykłej kobiecie, dla której sam król angielski zrezygnował z tronu. Cóż ta kobieta w sobie miała, że tak silnie wpłynęła na władcę, a co za tym idzie na losy całej Europy!? Z recenzji wynika, że znała tajniki sztuki miłosnej i może tym skusiła władcę. Naprawdę ciekawa historia. – Wie Pan, ja wierzę w wewnętrzną siłę i intuicję nie zaś kult ciała i seksu. – To muszę coś Pani powiedzieć bo przemiło mi się z Panią rozmawia. Proszę swoje skarby skrywać głęboko, nie afiszować się ze swoją inteligencją, nie pysznić, nie górować nad innymi. Proszę znać swoją wartość i robić swoje, a dużo łatwiej Pani osiągnie cele.

Zadumałam się. Podziękowałam. Telefon zadzwonił. Znajomi już czekają na mnie pod domem. Żegnam się z panem. Zatrzymuje mnie. Ubrana słucham. – I jeszcze coś Pani powiem. I to wszystko za darmo ode mnie dla Pani w prezencie – śmiejemy się. – Bo przez życie to należy iść rozpychając się łokciami, ale z czapką zawsze uchyloną, kłaniając się pokornie. – Wmurowało mnie, zadumałam się jeszcze bardziej i uśmiechnęłam od ucha do ucha. Skąd wiedział, że ciężko mi przychodzi to rozpychanie się? Skąd wiedział, że potrzeba mi zachęty? Skąd wiedział, że ma użyć takich a nie innych słów by do mnie trafić i skąd wiedział, że to właśnie ze mną ma porozmawiać? A wszystko trwało najwyżej dziesięć minut. Żałowałam, że nie mogę posiedzieć z tym przecudnym aniołem, który okazał się emerytowanym profesorem Uniwersytetu Gdańskiego. Widać te dziesięć minut wystarczyło. Pokłoniłam się Panu, uśmiechnęliśmy się do siebie i pożegnaliśmy. Pożyczył mi jeszcze wszystkiego dobrego na nowej drodze życia, odwagi i szczęścia. I zniknęłam za rogiem.

Tego popołudnia coś we mnie wstąpiło, jakaś przeogromna nienazwana siła, dzięki której mogłam nosić naprawdę ciężkie torby mając przy tym wrażenie, że się z nimi unoszę. Przeprowadzka trwała dwie godziny (nie posiadam zbyt wiele i na szczęście wszystko mieści się w jednym samochodzie), a ja jak szalona nosiłam ubrania, sprzęt komputerowy, książki, garnki, przyprawy. I dziwili się znajomi skąd mam tyle siły, bo oni jacyś tacy klapnięci… A ja w sercu miałam obraz Pana profesora, anioła tego słonecznego październikowego dnia, który słowami napełnia moje ciało energią do działania długoterminowego, nie tylko przeprowadzkowego. Energią, która umacnia moje barki, przygotowuje łokcie do kolejnego etapu w życiu, gdzie już nie będę ofiarą, ale tą, która bierze sprawy w swoje ręce i idzie do przodu, pamiętając o kapeluszu pod którym mieszka Nienazwane.

Cudów miliony, drobinki, kruszynki, które składają się na naszą codzienność…

I często tuż przed upadnięciem na duchu przychodzi niespodzianka od losu… Moja Babcia opanowała do perfekcji sztukę pozytywnego zaskakiwania mnie. Gdziekolwiek jestem ona mnie znajdzie i przyśle paczkę… A to upieczone pierniczki, a to nawkłada świeżych orzechów z przydomowego drzewa, a to pyszną drożdżówkę, która po odświeżeniu w piekarniku jest przeboska… I zawsze złapie mnie w idealnym momencie kiedy zapomnę, że przecież codziennie może przyjść niespodziewane…

A w tym tygodniu przyszło… oj przyszło bardzo niespodziewane! I to od praktycznie obcej osoby! Pamiętacie akcję pocztówki? No to powiem Wam, że do dziś mam kontakt z pewnym przecudnym człowiekiem. I pocztówki sobie ślemy przeróżne. Kreatywne, sentymentalne, inspirujące, motywujące. Słowa zadumy, refleksji ubarwione naklejką albo specjalną pieczątką… Aż pewnego dnia otwieram drzwi listonoszowi i się dziwuję. Bo paczka. I nie od babci. I niczego nie zamawiałam. I nazwisko nadawcy znajome… I tak się zadziwiłam. I tak się ucieszyłam. I wszystkie loki mi z radości podskakiwały! Paczka pachnąca to była i bogata w skarby z serca zrodzone! Fantazyjne mydełka vegańskie, ślicznie zapakowane, pachnące, dobrane jakby specjalnie na moje potrzeby. I niespodzianka numer dwa to tęczowe skarpety ręcznie robione! Ale JAKIE CUDO! No lepszych bym i ja nie wymyśliła dla siebie! Gdziekolwiek się nie wybiorę to one od teraz pojadą ze mną i koniec! Obcy człowiek sprawił mi radość tak wielką! A gdyby ktoś z Was miał ochotę komuś sprawić podobną niespodziankę to zachęcam przebardzo a gdyby ktoś mydełkowo też chciał zaskoczyć to zerknijcie tutaj (polsko-niemiecka strona)… Jakie to fajne, że ludziom się chce robić takie cudności!

I to cud, że mogę teraz siedzieć i to pisać. To cud, że siedzę na krześle, że piszę na stole, że mam komputer, że zjadłam na obiad zielone szparagi, że oddycham, że za oknem chłopaki grają na bębnach i śpiewają dzikie melodie. Dla mnie sprawy oczywiste są cudami.

Muszę się przyznać, że nie zawsze byłam nastawiona na odbiór znaków. Podobnie jak ów mężczyzna z opowieści czekałam na ZNAK, który będzie podpisany przez samego Boga, z datą gwarancji, ze lśniącym certyfikatem. Zmienił się mój umysł, nastroiłam samą siebie na odbiór, przestałam narzekać, a zaczęłam tworzyć świat w jakim chcę żyć. Krok po kroku, pomaleńku, cierpliwie. Bo fajnie jest być swoim własnym marzeniem.

Dzieckiem być

Dzieckiem być

DSCN5185

Ja to jednak jestem jeden wielki dzieciak! I uwielbiam to w sobie przebardzo! Do twarzy mi kiedy bawię się w chowanego w mieszkaniu z własnym psem i znikam za drzwiami albo w wielkiej szafie. Do twarzy mi biegającą po kałużach, najlepiej takich ciepłych tuż po letnim deszczu. Do twarzy mi z pluszowym jednorożcem i misiem Jonathanem, moi towarzysze w twórczej pracy i ożywianiu marzeń. Do twarzy mi z dmuchawcami unoszącymi się na łące. Do twarzy mi z rozpuszczalnymi gumami o smaku truskawki. Do twarzy mi z planami, które kiedyś wydawały się innym dziecinne, naiwne, bezsensowne, a dziś są moją rzeczywistością. Do twarzy mi z kwiatami we włosach i błyskiem w oku kiedy pojawia się tęcza na niebie.

Wierzę. Naprawdę wierzę w ludzi. Że mamy moc w sobie. Że życie jest darem. Że można WSZYSTKO przekroczyć. Że sama zarządzam własnym przeznaczeniem. Że ludzie są absolutnie fenomenalni.

Zachwycam się. Ostatnie dni po prostu zachwycam się tym, co człowiek potrafi stworzyć, jaki jest kreatywny, jak piękną jest istotą jeśli zechce wybrać SIEBIE.

I dziecięca wiara doprowadziła mnie do miejsca, w którym naiwność jest siłą, fantazja stwarza ogrom możliwości, a marzenia te z głębi głębin zakwitają w codzienności.

Wzruszam się. Od paru tygodni oglądam serial „Once Upon a Time”. Magia, czary, księżniczki i takie tam sprawy pomieszane w smacznym koktajlu, którym moje wewnętrzne dziecko się rozkoszuje. Tu nawet potężna zła królowa może wybrać inaczej, może się zmienić, może być dobra i dostać drugą szansę. Tu siła miłości i czystego serca stwarza cuda. Tu podziały przestają istnieć kiedy działa się w sprawie większej niż własny kawałek nosa. Może to i naiwny ten serial, ale mnie dobrze robi na serce i duszę. To tak jakbym sama go nagrała! Tu są wszystkie dziwne naiwno-dziecięco-sentymentalne sprawy, że aż niemożliwe i mdło słodkie, a jednak przynależę do tego świata. Tu bohaterowie sięgają po siebie, przechodzą metamorfozy, wychodzą poza własne schematy, kreują przeznaczenie.

Przez wszystkie lata mojego życia różnie było z tym moim dzieciakiem. Ale był zawsze, nawet w najciemniejszych zakamarkach mnie samej, zawsze przypominający: hej, Kawula, popatrz w górę, jaka piękna tęcza. Kawula patrzy i zamiast jednej widzi dwie i znowu wszystko się robi jasne, choć przecież „problemy” wcale magicznie nie znikają.

Doświadczam. Może dlatego, że wierzę? Moje życie jest naprawdę magiczne. Obserwuję jak tysiące puzzli układa się w jeden wielki obraz. Niedawno dołączył do mozaiki jeden puzzelek. Wspaniały. Wymarzony. Idealny. Cudowny. Szalony. Nie mogę przez niego spać z ekscytacji. Rozsadza mnie dobra energia z radości. Śmieję się praktycznie cały czas. I zachwycam się jeszcze bardziej, jak to wszystko miało SENS. Że musiałam czekać tak długo żeby wszystkie elementy się poukładały właśnie tak a nie inaczej. Żeby rzeźba zaczęła przypominać figurę, którą noszę w sercu od tylu lat. Jeszcze nie będę zdradzała szczegółów, ale mogę powiedzieć tyle: Wyobraźcie sobie Kawulę podróżującą po świecie, w Aloha samochodzie wypełnionym po sam dach rozmedytowanymi misiami, obklejonym kolorowymi hibiskusami, z psem obok, z muzyką w uszach i dzieciakiem w sercu, które cieszy się, że żyje swoim własnym marzeniem…

O ileż lżej się żyje mając za kumpli dzieci, machające ogonami psy, jednorożce podpowiadające kolejne bajki do snucia i wiarą, że wystarczy dotknąć czegoś swoją świadomością i to się przemieni…

Niedawno ktoś napisał mi, że ja to mam klawe życie. I miał rację. Ale prawdziwe szaleństwo dopiero nadchodzi! Nie wiem czy wtedy nie zamienię się w kolorowy balonik i nie odlecę hen hen hen wysoko, gdzie spełnione marzenia siedzą na chmurach i machają nóżkami beztrosko.

Nie przestawaj wierzyć, zachwycać, wzruszać się, doświadczać.

Bądź swoim własnym marzeniem 😉

Weź życie w swoje serce

Weź życie w swoje serce

 

DSCN3963

Długo nie pisałam. Jak na mnie, przeszło miesiąc, to naprawdę długo. Nie żeby mi się nie chciało. Nie żebym nie miała o czym. Po prostu nie pisałam bo zajmowałam się sobą. A że głupot i ściemy pisać nie ma co i takiego bla bla bla, wolałam pomilczeć. Zapakowałam siebie i psa do pociągu i ruszyłam do Polski na dwa tygodnie do Doroty Piotrowicz i Suryt. Zakopałam się w sobie. Zbierałam różne kawałki swojej duszy. Szukałam w wielu zakamarkach wszechświatów ciekawych. Znalazłam ile się dało, Dorota pomogła. Pies się zbytnio całą akcją nie przejmował bo był w psim raju. Poskładana na nowo wróciłam. Do tego, co zostawiłam, do tego co miało nadejść, do tej wersji siebie za którą już długo tęskniłam.

Nieustannie porusza mnie proces zmian. Jestem ciągle zaskakiwana przez samą siebie. Gdzieś po drodze zagubił się strach, a w serce wlała się odwaga do bycia sobą jeszcze bardziej. Bo można bardziej. I tak jest teraz. Wszystko po staremu, ale jednak inaczej. Od nowa. Głębiej. Ciszej. Z przestrzenią, której nie da się zdefiniować. Bez pytań. Jest we mnie zgoda na to by działo się wszystko to co ma się dziać. Przykleiłam się do siebie. Tak mocno jak tylko można. Wzmocniona sobą. Swoją prawdą, której się nie wstydzę, której nie zaprzeczam, którą żyję. I łatwo mi z tym, i lekko, i po swojemu.

A w życiu manifestuje się nowe.

Wczoraj byłam na spotkaniu z mężczyzną, z którym nie zamieniłam przez prawie dwa miesiące ani słowa. Chodziliśmy razem na ten sam kurs niemieckiego. Ani słowa… Aż do czasu kiedy mi się przyśnił. Przyniósł mi w darze trzy książki i powiedział: tu znajdziesz wszystkie odpowiedzi na swoje pytania…

Dwa dni po tym śnie odeszłam z kursu ciągle nie przemówiwszy to niego ani słowem. Jednak duch męczył mnie i męczył, aż po 3 tygodniach napisałam pocztówkę, koleżanka przekazała, ja wyjechałam do Polski, a po miesiącu usiadłam z nim we włoskiej kawiarni w Iserlohnie i rozmawialiśmy. Długo. O wszystkim. Po niemiecku, po angielsku, jak się dało kleiliśmy myśli z głębi dusz. I dostałam prezent, książkę Osho o cichym umyśle, po angielsku…

Uwielbiam swoje życie. Prowadzi mnie do takich miejsc we mnie o jakie się nie podejrzewałam. Ale chyba właśnie tak się dzieje, kiedy weźmie się życie w swoje serce. Tak, serce, nie ręce. Bo w środku nas jest wszystko. Nie trzeba szukać daleko, nie trzeba jechać nigdzie, nie trzeba nawet nic robić. Jedynie słuchać tego co w środku.

A kiedy zdarzy się, że nie słyszysz nic, kiedy jest zupełnie cicho, to znaczy, że odebrałeś wiadomość…

 

Po swojemu

Po swojemu

mata

Nie ma jednej odpowiedzi. Nie ma jednej drogi. Nie ma jednego rozwiązania. Ale jesteś TY. Twoje życie. Twoje wybory. Twoje kroki na korytarzu kiedy wchodzisz do domu. Twój oddech w nocnej ciszy kiedy nasłuchujesz odpowiedzi. Twoje sny, które masz nadzieję, że się spełnią. Nasłuchałam się, że powinnam, że muszę, że trzeba, że nie da się inaczej, że mam talent, że go nie mam, że coś trzeba. Długo wierzyłam w świat, który był mi opisywany. Zaufałam, tym, którzy mówili, radzili, opisywali. Ale kiedy kończył się dzień i nastawał mrok, czułam. Czułam. Czułam, że coś jest nie tak. Że żyję, ale nie swoim życiem. Że popełniam czyjeś błędy, że spełniam czyjeś plany, że słucham nie swojego głosu. I choć dziś żyję po swojemu to bywają dni, kiedy zatrzymuję się po środku dnia i zadaję sobie pytanie: Jak ja się tu znalazłam? Czy tego naprawdę chciałam? A czego ja w ogóle chcę?

Nie ma odpowiedzi. Nie ma drogi. Nie ma rozwiązania. Ale jestem ja. Czasem trudno jest być mną. Buntowniczka. Idealistka. Kapryśna. Zmienna. Niecierpliwa. Słaba. Radosna. Swoja własna. Z nadzieją i bez. Jak to wszystko się mieści w jednej osobie… A jednak lubię tę Kawulę. Bo ona idzie, choćby kosztowało to nieprzespane noce, zdarte gardło, podpuchnięte oczy. (Może nie musi, ale u mnie czasem odbywa się ten teatr właśnie tak ;-)). Nawet jeśli sama. Nawet jeśli nikt nie rozumie. Nawet jeśli nikt nie wysłucha. Bo ważne, że mam zrozumienie dla samej siebie, a kompromisy to nie jest moja mocna strona…

Ostatnio zrewidowałam samą siebie. Prześwietliłam i wyplułam raport. Nie wyglądało to za dobrze. Ubrałam się w strój, który nie był mój. Któryś raz z kolei. O rety, ileż można… Oj można… Próbowałam wpasować się w „normalność”, która nie pasowała do mojej. Pomęczyłam się i pewnego dnia powiedziałam DOŚĆ. I nie wiem jeszcze jakie wiążą się z tym konsekwencje, ale czuję, że zwróciłam sobie samej wolność.

Wcisnęłam się do szkoły. Takiej klasycznej. Po kilka godzin dziennie. Nauka niemieckiego. I może nie byłoby tak strasznie gdyby… Z resztą to nie ma teraz znaczenia. Po prostu dwa tygodnie temu powiedziałam DOŚĆ. Spakowałam się cicho i w środku zajęć po prostu wyszłam wypisać się z kursu. Tak silnie poczułam, że właśnie w tamtej chwili, właśnie tak trzeba było…

I wróciło! I poczułam! Znowu kawałek mnie się zreperował. Znowu wskoczyłam na swoją drogę, z której paradoksalnie sama się wypchnęłam. Uwierzyłam innym, którzy mówili, że sama nie dam rady, że potrzebuję papierka, że tylko szkoła, że tak trzeba. I mieli rację. Ale ta racja pasowała do ich życia, nie do mojego. Dlatego odeszłam. A pierwsze kroki skierowałam do księgarni, kupiłam trzy książki po niemiecku i choćby ich czytanie miałoby mi zająć trzy lata, wiem, że potrafię sama i w końcu dopnę swego. Kiedyś nie potrafiłam wydusić z siebie jednego zdania po angielsku. Dziś czytam samodzielnie angielskie książki i blogi, rozmawiam i żartuję, poznaję ludzi. Nauczyłam się sama.

Polska dziewczyna mieszkająca w Niemczech czyta angielską literaturę ;-). Potrafię. Mam taką samodyscyplinę. Chcę. Mogę. Po swojemu.

Bycie mną czasem jest naprawdę trudne. Bo wiele razy usiłuję się dowiedzieć o co mi chodzi i za cholerę nie wiem bo moje postępowanie wydaje się być irracjonalne i bez sensu. A jednak kiedy ufam samej sobie żyje mi się mimo wszystko lżej.

Obecnie nie robię nic ambitnego. Oglądam serial Scandal i czytam nową książkę Elizabeth Gilbert Big Magic którą zamówiłam w oryginale już w maju, ale dotarła do mnie dopiero w poniedziałek… Zabieram ją z sobą w podróż… Bo tak czuję, że mam zrobić. Więc? W drogę! Swoją własną.

PS nie dajcie sobie wmówić czyjejś prawdy. Nawet mojej nie kupujcie (choć cieszę się, że czytacie ;-)). Szukajcie swojego głosu. On opowiada takie fajne historie… Słyszysz?