Zaznacz stronę
Koniec kłamstw!

Koniec kłamstw!

dscn4931

Jak bardzo zmieniło się moje wnętrze. Czasem zatrzymuję się po środku dnia i patrzę do swego wnętrza i szukam… Szukam tej Agnieszki, która no właśnie… Płakała. Cierpiała. Miała żal. Żebrała. Miotała się. Błądziła po omacku. Co się zmieniło? WSZYSTKO.

Gdyby tamta Agnieszka spotkała tę dzisiejszą, zdecydowanie by się nią zauroczyła, ale też nie uwierzyłaby za nic, że może być właśnie tą Agnieszką, którą podziwia…

Fakty są jakie są

Często opowiadam moją historię. Ostatnio na Festiwalu Świadomej Pracy z Ciałem relacjonowałam w jakim stanie było moje ciało. Lubię mówić: dobrze, że mam świadków mojej zmiany, bo nikt by mi nie uwierzył. Antydepresanty, próby samobójcze, terapia, ból, choroby, niemożność, zdradzanie samej siebie, autoagresja, wielki bunt, niezrozumienie, żal, brak czucia. I jeszcze kilka innych spraw…

I może moja historia nie jest niczym wyjątkowym. Każdy ma jakąś. Nie ma co wartościować. Ja mam taką, ktoś ma inną. Ale skoro miałam jaką miałam, chcę wycisnąć ją na maksa i powiedzieć Ci: TO MINIE, czegokolwiek teraz doświadczasz, minie, Ty też przejdziesz wszystko, co jest do przejścia i dojdziesz i znajdziesz to, co jest do znalezienia. Może to trochę potrwać, a może wcale nie musi. Jest tylko jeden maleńki haczyk…

Ty i tylko Ty

Samo się nie zrobi. Ty to zrobisz. Tak, właśnie Ty! Jeśli czujesz, że czegoś Ci brakuje, że jeszcze nie tak, popatrz na swoje dłonie, podnieś je do twarzy, otul policzki, pogłaszcz głowę, muśnij oczy i obiecaj sobie miłość absolutną. I wcale nie musisz nigdzie wyjeżdżać. I nie musisz zaliczać żadnych warsztatów. Możesz znaleźć siebie po środku mieszkania, z dłońmi na swoich policzkach, patrząc sobie głęboko w duszę i słuchając, ale tak bez ściemy, nie że tylko to co wygodne…  Przestań siebie okłamywać. No chyba, że tak Ci wygodnie… Tylko wtedy nie marudź, że gniecie i boli. Bo będzie bolało bardziej i bardziej, aż pojawi się przepaść i od samej jej głębi sparaliżuje Cię…

Nie czekaj, działaj

Wiem, wiem, znowu mnie metafory ponoszą… Prosto i na temat? Nie musi boleć! Nie musisz cierpieć! Nie musisz się bać rewolucji życiowych! Co za ulga! Wystarczy, że przestaniesz siebie okłamywać. To tak jak z przeziębieniem… Czujesz te mikro symptomy i co robisz? Później… Później… A później tydzień z głowy a Ty zasmarkany. Czy może herbata lipowa, gorąca kąpiel, głębsze oddechy i… mija. Tak samo jest ze wszystkim w naszym życiu. Ile razy olewałeś te drobne znaki i podszepty, to nie dla Ciebie, zostaw to, idź inną drogą, zmień coś teraz, zrób coś, nie rób czegoś. Przecież wszystko GADA a u Ciebie jakaś głuchota permanentna… I właśnie dlatego jest trudno. A wcale nie musi…

I żeby nie było, życie nadal się wydarza, nadal pojawiają się emocje, nadal sprawy i spraweczki na chwilę mogą przygasić, ale przechodzi się je naprawdę łagodnie kiedy żyje się spójnie i zgodnie z sobą. Kiedy nie karmisz się kłamstwami. Kiedy nie przestawiasz wymówek z kąta w kąt.

Co wybierasz?

I czasem nie wiesz jak, i co, i którędy iść, i od czego zacząć. Ale jeśli czujesz, że COŚ JEST NIE HALO… No to wyjścia są dwa, albo sobie żyjesz tak dalej i nie dzieje się zmiana i cierpisz, albo kończysz z tym i robisz wszystko, ale to absolutnie wszystko, żeby zejść ze swojego krzyża. Mnie to zajęło w cholerę lat, jak widać właśnie tyle miało mi to zająć. Jedno wiem, droga jaką przeszłam, była dużo mniej bolesna niż tkwienie w beznadziei. Nie bój się tak bardzo ruszyć do życia jakim chcesz żyć… Naprawdę nie ma się czego bać… Dziś wiem, że bardziej bolesne byłoby pozostanie w stanie w jakim tkwiłam ledwo żywa, niż wyruszenie by coś zmienić z niewygodnym aczkolwiek nieparaliżującym lękiem u boku.

Przestań ściemniać!

Okłamywanie siebie boli… tak bardzo. Mnie bolało zbyt mocno, dlatego złapałam siebie za loki, posadziłam dupsko i codziennie, miesiącami, latami szukałam Kawuli w Kawuli. I kazałam jej wyśpiewać całą prawdę. Wyspowiadałam się przed samą sobą. Wybaczyłam wszystkie kłamstwa. Obiecałam już nigdy nie zapomnieć. Samą siebie wzięłam na świadka.

Muszę żyć z sobą do końca moich dni, dlatego dla mnie ważne jest jaką Kawulę widzę codziennie w lustrze i co ma mi do powiedzenia kiedy zasypiam…

A Ty? Co słyszysz? Co czujesz? Co widzisz? Czego doświadczasz? Jak Ci w Twoim życiu? I co możesz dla siebie zrobić, by było Ci lepiej?

Być dla siebie WSZYSTKIM

Być dla siebie WSZYSTKIM

koty

Sporo osób do mnie pisze, dzwoni, pyta. Znajomi i nieznajomi. Dzielą się. Szukają końca znaków zapytania. Hmmm… Nie mam odpowiedzi na większość z pytań, bo każdy ma swoją drogę. Przeszłam co było do przejścia, chętnie opowiadam co mi pomogło, ale nic nie wydarzyło się magicznie. To była praca. To jest praca. Moja własna. Czasem korzystam z pomocy kogoś, kto wie, kto się zna lepiej, czasem temu komuś płaciłam za to, że on wie. Czasem ktoś dzielił się ze mną po prostu. Ale robotę musiałam wykonać sama. Dziś moje myśli krążą wokół poczucia bezpieczeństwa na różnych płaszczyznach, więc zebrałam w mały woreczek to, co przyniosło życie ostatnich tygodni…

Gdzie jesteś?

Straciłeś pracę i wali Ci się świat na głowę. Rzucił Cię ktoś i gubisz grunt pod nogami. Ktoś powiedział coś niefajnego na Twój temat i już poczucie wartości spada. Komuś nie podoba się to, co robisz, jak żyjesz, jakich wyborów dokonujesz i zaczynasz myśleć, że coś z Tobą nie tak. Odwraca się od Ciebie rodzina i gubisz się totalnie… I leci kabarecik dalej…

A gdzie w tym wszystkim jesteś TY SAM DLA SIEBIE? Dlaczego swoje poczucie bezpieczeństwa budujesz na: pieniądzach, pozycji społecznej, poczuciu bycia przynależnym, na tym jak inni Cię postrzegają, na miejscu w jakimś ogólnie przyjętym szeregu?

A może do środka?

A kto powiedział, że MUSISZ tak jak wszyscy? A kto powiedział, że nie możesz czuć INACZEJ, po swojemu, samodzielnie? A kto powiedział, że to jest słuszne, a tamto nie?

A kto powiedział, że nie mogę trochę w bok, w mniejszej grupie albo samotnie? Dlaczego i jakim prawem ktoś ma decydować o mojej wolności?

A gdyby tak zająć się swoim życiem po SWOJEMU? Tak jak lubię, tak jak czuję, tak jak potrafię SAMODZIELNIE, a nie dreptać w utartych koleinach?

Dlaczego się męczysz?

No i co z tego, że trudniej? Chociaż wiecie co? Nie uważam, że jest trudniej. To wymysł jakiś! Wychodzenie z szeregu może być na początku dość niewygodne, bo zaczyna się detox od myśli, które nakazywały dopasowywać się do jakiegoś systemu. No tak, to bywa mało fajne… Ale w chwili kiedy poczujesz co TY lubisz, jak potrafisz, jak chcesz, jak możesz i co jest TWOJE i tylko TWOJE i zdecydujesz iść swoją drogą… Ach… przestrzeń nieograniczona. I życie nadal będzie się wydarzać wraz z wachlarzem czasem mało komfortowych okoliczności zewnętrznych, ale jeśli będziesz miał oparcie w SOBIE… Przetrwasz wszystko…

Nie musisz mi wierzyć, spróbuj sam i daj znać jak wygląda Twoje życie kiedy… Nie oglądasz się dookoła i nie martwisz co wypada, a co nie, nie czekasz na poklask zewnętrzny, nie oczekujesz od nikogo niczego, nie bierzesz życia tak strasznie serio serio. Kiedy jesteś dla siebie WSZYSTKIM i WSZYSTKIMI.

Uszczelnij się

Dlaczego oddajesz swoją energię i władzę nad sobą wszędzie dookoła?

Do niedawna działałam mniej więcej podobnie. Sporo mojej mocy było ulokowanej nie tam gdzie trzeba. Nie potrafiłam inaczej. Nikt mnie tego nie nauczył. W końcu zrozumiałam, w końcu poczułam, że coś tu jest nie halo! No bo nie może być tak, że tracę energię tylko dlatego, że ktoś mi coś powiedział, albo ktoś mi coś kazał, albo ktoś ma inaczej, no! A niech sobie inni mają po swojemu! Nie trzeba mieć od razu przymusu by kogoś przekonać do siebie samego, by ktoś nas zrozumiał, by ktoś za nas coś zrobił, by ktoś się nami jakoś zaopiekował. No nie bardzo. Bo to prosta droga do czołowego zderzenia z życiem. Kuracja bywa długa i bolesna, a czasem i kosztowna. Zaklej dziury wewnętrzne, wypełnij je sobą. To jest możliwe! Skoro mnie się udało… A naprawdę miałam więcej dziur niż babciny durszlak!

Być dla siebie WSZYSTKIM

Szukałam na zewnątrz. Bezpieczeństwa. Miłości. Radości. Szczęścia. Obfitości. Uznania. I nie wzięło się i nie oświeciło. Nie. To był proces we mnie trwający naprawdę wiele lat. Długą drogę przeszłam, długą jeszcze mam przed sobą. Ale zmiana jest ogromna. Mam siebie. Mam w sobie przyjaciela, rodziców, kochanków, bogactwa świata. Pewne pieśni są jeszcze uśpione i czekają na odpowiednie chwile na wybrzmienie, ale choćby nie wiem jakie tony dźwięczały, nie wgniotą mnie, nie zdmuchną siłą basów, nie przycisną. Bo MAM SIEBIE.

Bo i tak w finale dnia jesteśmy sami z sobą. Przyjaciele kładą się spać. Kochankowie także. Rodzina śni. Dzieci śpią. Zwierzaki śpią. A Ty, po środku nocy sam ze sobą. Jesteś tylko Ty. Najwspanialsze towarzystwo niezależne od nikogo ani niczego. Ciesz się nim, a kiedy dojdą do Ciebie inni, pomnożysz to, co już masz, a kiedy inni odejdą, nie odczujesz braku powietrza, bo oddychasz samodzielnie…

I tak mam wszystko!

I tak mam wszystko!

13839950_10208527472377386_1483053118_o

Na kilka tygodni przez kolejną przeprowadzką spoglądam na kartony pod ścianą. Puste na razie. Niedługo wypełnię je… No właśnie… Niewiele tego zostało. Głównie przedmioty związane z pracą czy to pisaniem czy to masowaniem. Reszta mieści się do dwóch niewielkich kartoników. Minimum niezbędne, a jeśli czegoś nie mam, znaczy, że aktualnie nie potrzebuję.

Nie moda a styl życia

Minimalizm może być modą podobnie jak weganizm i joga i medytacja itd… Bo piszą o tym, bo mówią, bo promują gwiazdy, bo piosenki śpiewają. A mnie to średnio obchodzi moda. Nigdy nie przepadałam za wędrówkami utartymi szlakami. Owszem, fajnie dać się zainspirować, ale jestem typem, który woli sam doświadczać i wybrać czy coś mi służy czy nie. I podobnie z tak zwanym minimalizmem. U Kawuli to po prostu życie. Żadne wielkie wyrzeczenia czy ideologia. Lubię mało, a i nawet wtedy czuję, że mam dużo.

Wolność. Przepływ. Przestrzeń.

Ach te graty…

Śmiesznie jest. Od miesiąca poszukuję mieszkania w Gdyni. Oglądam oferty, dzwonię, rozmawiam, pytam i… najczęściej się dziwię. Bo kiedy pytam czy można wynieść starą sofę, czy można pozostawić pokój pusty słyszę: no ale co ja mam z tym zrobić, przecież do piwnicy się nie zmieści! A na moje pytanie czy mogę sama gdzieś w bezpiecznym miejscu mebel ulokować pada: ale to przecież cenna szafa! Dębowa, rodzinna pamiątka! No szkoda mi jej, MUSI mnie pani zrozumieć!

No nie muszę… więc grzecznie się żegnam i wędruję do kolejnego ogłoszenia. Bo wierzę, że istnieją gdzieś ludzie, którzy nie są przywiązani do starych sof, dywanów, firanek i kredensów. Wierzę, że można tworzyć przestrzeń jasną, kolorową, wolną od przesytu, nawet jeśli to jest przestrzeń wynajmowana.

Pamiętam moje ukochane mieszkanie na Osiedlu Zielonym w Gdyni Redłowie. Pan Walerian był wspaniałym wynajmującym, bo z anielską cierpliwością wynosił z mieszkania po kolei wszystko o co go poprosiłam, aż zostały gołe ściany, które mogłam wypełnić dobrą energią ;-). I choć początkowo Pan Walerian się dziwił, że tak wynosi i wynosi, to w finale polubił to, co stworzyłam.
A było to takie kawulowe mieszkanko, w którym siedzi się na podłodze, kolorowe poduszki za przyjaciółki pośladków, tęczowe refleksy na ścianach wpadające na poranne cappuccino w słońcu. I moje małe było dla mnie wielkie…

To co przywiązane da się odwiązać

Ale nie zawsze tak miałam. Bo i nie wiedziałam, że można inaczej… Dopiero kiedy zaczęłam lepiej rozumieć siebie i czuć czego potrzebuję, co lubię a czego nie, odkryłam, że gniotą mnie meble, przedmioty, pamiątki. Owszem, niektóre sentymentalne bardzo, ale tylko kartony puchną i przekłada się je z kąta w kąt, w piwnicy półka za półką się zapełniają. Więc pewnego razu zaczęłam robić porządki. Odwiązywałam się przez przeszło kilka miesięcy od tego, co było dla mnie takie cenne, bez czego nie wyobrażałam sobie, że można istnieć, bo przecież to wszystko było mną, to wszystko miało swoją opowieść.

Więc odwiązywałam. Dziękowałam. Przypominałam sobie. Przeżywałam jeszcze raz. I albo odkładałam na jedną z kilku kupek: do oddania, do sprzedana, do wyrzucenia. Meble. Książki. Biżuteria. Ubrania. Listy. Prezenty. Jeszcze więcej książek (przeszło 2 tysiące… trochę tego było). A kiedy nie zostało już wiele odetchnęłam z ulgą i poczułam się lekka, odchudzona, oczyszczona, wolna.
Od tamtego czasu kilka osób zwróciło się do mnie o poradę w „sprzątaniu”. Godziłam się i zawsze z tą samą zadumą obserwowałam, jak bardzo ktoś był przywiązany do przedmiotów schowanych gdzieś na dnie szafy, których nie widział od 10 lat, ale przecież to takie WAŻNE!

Metoda na Aleksandra Wielkiego

No przecież do grobu tego nie wezmę… Więc? Czy to jest mi absolutnie niezbędne? Czy MUSZĘ to mieć? Czy mam gromadzić? Po co? I nie mam nic przeciwko przedmiotom. Od czasu do czasu wpadają do mojego życia skarby, oglądam je, głaszczę, cieszę się nimi, zakodowuję w pamięci serca a kiedy przychodzi czas, uwalniam i idę dalej.

Pamiętam jak dużo wolności przyniosło mi uwolnienie przedmiotów, które uważałam za najcenniejsze. Rekwizyty otrzymane od hinduskiego nauczyciela do codziennej praktyki, książki wyczytane co do literki, zdjęcia ukochanych dziadków, miś z dzieciństwa… To wszystko nie mieszka już ze mną fizycznie od kilku lat. Ale w pamięci nigdy nie było żywsze niż teraz…

Rozdając, bogacę się

Często ludzie się dziwili, bo przychodzili do mnie i mówili: ale masz fajne obrazki! Chcesz? Proszę, wybierz sobie!? Ale jak to… No po prostu, widać czas żeby poszły teraz dalej. No ale to kosztowało tyle pieniędzy! No i co z tego? Weź, a ja i tak dostaję wszystko, czego mi potrzeba ;-).
Nie mam problemu z oddaniem czegokolwiek. Bo nikt nie może mi niczego odebrać. Wszystko to, co najważniejsze już mam. Przedmioty są fajne, lubię je, sprawiają mi przyjemność, doceniam prezenty, uwielbiam sobie od czasu do czasu kupić coś bo czemu nie. Ale też wiem, że pewnego dnia może przyjść ktoś kto otrzyma ode mnie w prezencie, coś czym jeszcze parę dni temu się radowałam, a teraz może przynieść radość drugiej osobie.

Wolność. Przepływ. Przestrzeń.

Pakuję ostatnie rzeczy do kartonów. Sztuk trzy. Znowu zostawiam za sobą to, to się nagromadziło. Nie zabiorę wszystkiego. Nie potrzebuję. To co ma być, będzie. Kupię nowe, dostanę nowe, pojawi się odpowiednie…

PS

Ale żeby nie było, że też uzależnienie od minimalizmu i sztywność przekonań u Kawuli… Ostatnie dwa lata byłam wręcz „przymuszona” do życia w warunkach dalece odbiegających od ładu i minimalności… Więc wyszło ładnie, że się też przywiązałam do tej przestrzeni zewnętrznej i jak jej nie ma to nagle gniecie… No nie tędy droga. Bo niezależnie od warunków, to, co w środku, to poczucie wolności mogłoby być niezmienne.

Więc zabrałam się za porządki wewnętrzne, żeby zewnętrzne nieporządki mnie nie dotykały. Pokonałam kolejny bastion w sobie! Zajęło mi to sporo czasu i nie wiem czy do końca legły wieże, ale mnie zdecydowanie dobrze się oddycha nawet jeśli chaos. Na szczęście nie muszę testować siły własnego spokoju więcej bo już niebawem znowu zagości mało… 😉

[fot. Rafał Grądzki]

Być bogaczem!

Być bogaczem!

DSCN3853

Jestem bogata. Mój majątek jest przeogromny i nie jestem w stanie zmierzyć go niczym. Nie jestem w stanie wycenić, ani do niczego przyrównać. Kiedyś to, co dziś jest moim majątkiem, uważałam za coś męczącego, trudnego do zdobycia, czymś, o co trzeba zabiegać i walczyć w jego imieniu. Kiedyś wcale to a wcale nie chciałam być bogata i wolałam swoje puste cztery ściany, dosłownie… Przecież nikt mnie nie rozumiał! Był czas w moim życiu, kiedy cały mój majątek to były ściany mieszkania i ja sama po środku, zakleszczona we wnyki depresji, użalająca się, płacząca, cierpiąca.

Dar miłości

Jedyna osoba, która była dla mnie ważna, ta, którą uważałam za przyjaciółkę, odeszła zostawiając mnie z informacją: Aga, kocham Cię, ale dłużej nie mogę patrzeć na Twoje cierpienie. Dałam Ci wszystkie kontakty do najlepszych terapeutów, resztę musisz zrobić sama. Odchodzę z miłości do Ciebie.

Wtedy tego nie rozumiałam i jeszcze bardziej pogrążyłam się w depresji. Aż spadałam tak głęboko, że nie sposób było zobaczyć dna by się od niego odbić… Pół roku później byłam już w intensywnej psychoterapii i przez dłuższy czas otrzymywałam pomoc jakiej potrzebowałam. A potem? Potem byłam gotowa, żeby zacząć się bogacić.

Odnowiłam kontakt z Jolą. Podziękowałam jej za tę pomoc wtedy. Za niezwykły akt odwagi i miłości. Niedawno wspominałyśmy ten czas przy mrożonej kawie, śmiejąc się z mewy tańczącej na dachu samochodu: Aga, nawet nie wiesz jak bałam się Ci to wtedy powiedzieć, byłaś w takiej dupie… naprawdę się bałam, ale jednocześnie nie było innej rady, bo nie byłam w stanie Ci dłużej pomóc i mocno mnie obciążało.

A dla mnie to jedno z przełomowych wydarzeń, choć wtedy na takie w cale to a wcale nie wyglądało…

Przestań wierzyć w kłamstwa jakie sobie opowiadasz

Kiedyś nie przepadałam za spotkaniami rodzinnymi, nie lubiłam wielkich imprez, nie mogłam się odnaleźć w hałasie, wzajemnym przekrzykiwaniu. Męczyłam się bardzo. Osłabiało mnie to i pozbawiało energii. Mówiłam sobie, przecież jestem introwertykiem, my introwertycy tak mamy i najlepiej to samotność, cisza leśna i nasz wewnętrzny świat. Większą część życia właśnie w to wierzyłam… I to było jedno z większych kłamstw w jakie wierzyłam! Nie, ciągle nie jestem kobietą, która pierwsza pójdzie na imprezę i będzie duszą towarzystwa. Nadal uwielbiam szum fal, swoją samotność i wewnętrzną wrażliwość. Co się zmieniło? Znalazłam w tym swoją siłę. Uszczelniłam się. Nie wycieka mi energia, wręcz przeciwnie, w kontakcie z innymi ludźmi utrzymuję ją na wysokim poziomie, a nawet jestem w stanie zarażać inspiracjami ;-). To co było moją słabością, teraz daje mi siłę.

Kiedyś myślałam, że relacje to ciężki temat. Że trzeba się o nie starać, zabiegać, że dawać i dawać. Że ciągle ktoś od Ciebie czegoś wymaga i chce pełnej uważności. Jeśli miałam zaplanowanych kilka spotkań w tygodniu, na samą myśl było mi słabo i szukałam wymówek, żeby tylko nigdzie nie iść, albo coś odwołać. Wspaniale prawda? Zwłaszcza dla osoby, która prowadzi swój własny biznes i jest dziennikarzem i pracuje z ludźmi ;-). Świetnie! Ale tak miałam.

Rodzina chciała żebym kontaktowała się z nimi częściej, mówili, że mi nie zależy, że powinnam to i tamto. I faktycznie coś w tym było. I choć dookoła mnie zaczęły przybywać nowe osoby i  już nie miałam depresji i nie czułam tego ciężaru, mimo wszystko traciłam energię. Nie umiałam inaczej.

Zaczęłam więc szukać co jest „nie tak”, co mogę zrobić lepiej, o co w tym wszystkim chodzi? Chcę się czuć inaczej! I znalazłam… Osłabiało mnie żebranie. Podświadomie jęczałam o uwagę. O opiekę. O pochwałę. O docenienie. I choć można powiedzieć, że byłam „dobrym człowiekiem” i zawsze pomagałam innym i gotowa byłam zrobić coś dla kogoś ot tak sobie, to podświadomie chciałam tego samego, a kiedy nie dostawałam tak szybko jak oczekiwałam, balonik pusty… Trochę czasu mi zajęło uświadomienie sobie tej podwójnej i podstępnej gry podświadomości. Z chwilą kiedy przestałam w nią grać, zmieniła się jakoś moich relacji.

Daj sobie to, czego pragniesz od innych

I zaczęłam dawać sobie sama… Zaczęłam być tą osobą jaką chciałam żeby inni byli dla mnie. Karmiłam się zdrowo, piekłam ciasteczka, zabierałam na randki, na spontaniczne wyjazdy. Odpoczywałam tak jak zawsze chciałam odpoczywać. Mówiłam sobie wszystko to, co chciałam usłyszeć (a powiem szczerze, że momentami łzy się lały, zwłaszcza kiedy doszłam do punktu: Kawula, wybaczam Ci za… i tu litania spraw do oczyszczenia, wybaczenia, uwolnienia, codziennie od nowa, tak długo aż nie zostało już nic…). I lubiłam siebie  najpierw, zanim pomyślałam że lubię kogokolwiek innego… A jeśli sama nie mogłam sobie czegoś dać prosiłam innych, sama z siebie, nie oczekując aż ktoś się domyśli i przyjdzie mnie „uratować”. I zanim od kogokolwiek innego usłyszałam, że jest ze mnie dumny, najpierw uwierzyłam samej sobie i poczułam tę wewnętrzną dumę i radość i docenienie. Ale tak w samym centrum brzucha! Mocno! Prawdziwie! Bez ściemy! Nie że afirmacje i klepanie coś co w co nie chce ci się wierzyć.

Byłam cholernie zdeterminowana by przywrócić sobie SIEBIE. Dziś podtrzymuję złożoną obietnicę by być blisko siebie, by żyć swoją prawdę, by nigdy więcej nie zapomnieć. Teraz dawanie i służenie innym jest nieporównywalną przyjemnością do tej, którą czułam kiedyś.

Więcej niż pieniądze!

Towarzyszy mi wspaniałe uczucie obfitości z każdej strony! Jak bardzo byłam zamknięta na jej odczuwanie! Tyle o niej czytałam i zupełnie nie kumałam o co w tym wszystkim chodzi! Obfitość kojarzyła mi się ze sprawami materialnymi i nie potrafiłam zrozumieć nic więcej! Po drodze straciłam kilka relacji, , zawaliłam, oddaliłam się, powiedziałam wiele mało fajnych słów. Dziś większość z nich jaśnieje w moim życiu, co więcej są przetransformowane. Ale największa zamiana zaszła we mnie. Bo owszem, wszyscy wzrastamy, dojrzewamy, ale pewne zachowania ludzkie się nie zmieniają. Ot, kiedyś wkurzało mnie to, że moja mama mówi i mówi i mówi i nigdy nie zapyta co u  mnie. Czy coś się zmieniło? Tak, moje podejście do tego! Dziś uwielbiam opowieści mojej mamy! Bo ona dzieli się ze mną swoim światem, a co więcej jest szczerze zainteresowana moim! Ona jest taka sama, ale ja podchodzę do tematu zupełnie inaczej i mam szczerą chęć z nią rozmawiać. Ba! Nawet tęsknię za nią, a to było obce mi uczucie ;-). Niczego od niej nie wymuszam i nie narzucam i nie narzekam. I dostaję tak dużo zupełnie bez proszenia!

Miałam lata kiedy nie rozmawiałam z moim tatą, kiedy byłam pokłócona z mamą. Wszystko stało na ostrzu noża i wzajemnego niezrozumienia. Kiedyś rodzina była dla mnie niewygodnym tematem i uciekałam najdalej jak się da. Popełniłam sporo błędów.

Dziś… Siedziałam na balkonie w promieniach słońca i przez godzinę rozmawiałam z tatą przez telefon. Zazwyczaj praca, praca, praca i już mi się nie chciało ekstra czasu wygospodarować na rozmowy z kimkolwiek. Dziś siadam z kawą i rozmawiam. Albo odpoczywam w wannie i rozmawiam. Nadrabiam, pielęgnuję, podtrzymuję, daję. Wymówka, że nie mam czasu przestała działać. Zmieniłam priorytety, zrozumiałam. Inwestuję w największe oszczędności mojego życia, relacje.

W chwili próby takiej, jakiej obecnie jestem poddawana, widzę swoje bogastwo! Dookoła mam wspaniałe osoby! Odzywają się do mnie znajomości nawet ze studiów i chcą pomóc! Od obcych ludzi dostaję prezenty, albo ktoś robi dla mnie specjalnie tęczowe skarpety i wysyła paczką… Albo koleżanka która sama ma mnóstwo spraw na głowie, prezentuje mi swój czas i w moim imieniu ogląda mieszkania, w których mogłabym potencjalnie zamieszkać. Nawet były chłopak wysyła mi linki z mieszkaniami ;-). Dzięki moim dwóm klientkom, mogłam przez chwilę pomieszkać kątem w ich mieszkaniu, które było mi schronieniem. Przyjaciel mówi, że pożyczy samochód i przyjedzie po mnie przeszło tysiąc kilometrów i pomoże mi w przeprowadzce. Koleżanka daje mi kontakty do osób, z którymi mogłabym nawiązać współpracę. Kuzynka niedawno urodziła dziecko i mimo poważnej zadymy domowej ma czas żeby podesłać mi zdjęcie swojego synka, napisać kilka ciepłych słów i wyrazić chęć odnowienia relacji. Obcy ludzie znajdują chwilę, żeby wysłać do mnie list, pocztówkę, informację na FB, maila. Czasem jest to kilka zdań, czasem dużo, dużo więcej… Albo dostaję wspaniałe prezenty od przyjaciółek poznanych przez ostatnie lata mieszkania w Niemczech. Jedna kupuje mi tańczącą Hawajkę, a druga… zupełnie niezależnie Hawajczyka! A trzecia piecze specjalnie dla mnie kokosanki bo wie jak uwielbiam te w jej wydaniu i wpada na 5 minut żeby mi je tylko przynieść…

To bogactwo, do którego doszłam zaczynając naprawdę od zera.

Mądre inwestycje procentują

Dziś nie prosząc otrzymuję. Dziś daję nie prosząc.

Warto było. Ach jak bardzo było warto! Niektórzy budują imperium finansowe wiele lat. Ja zainwestowałam siebie w budowanie relacji. Zaczęłam od siebie, potem świadomie pracowałam nad tymi najbliższymi, z moimi rodzicami. No ładnych 15 lat z różnymi fazami i to dość nieprzyjemnymi. Dziś wypełnia mnie jedynie ciepłe, miękkie i puchate uczucie, kiedy myślę o rodzicach. Jakże drastycznie inne od tego jakie towarzyszyło mi przez te wszystkie lata. Co za ulga, jaki dar!

I może dlatego jestem gotowa zająć się teraz pozostałymi sprawami w moim życiu… Choć mam wrażenie, że reszta sama się już sobą zajęła i  nie ma powodu do zmartwień ;-).

Ja chcę tylko dalej robić swoje. Najważniejsze już mam. I nikt nie jest w stanie mi tego odebrać, i nie mogę tego przegrać, i nie mogę tego utracić…

Więcej niż motywacja

Więcej niż motywacja

DSCN5885

Dzień piąty podcastowego wyzwania „Słucham podcastów w ruchu”, a ja buzuję od inspiracji! Wręcz pączkuję i rozprzestrzeniam się wszędzie ;-). Nie wiem czy pamiętacie, ale podeszłam do akcji dość powściągliwie i w zasadzie prawie bym uznała, że: e, nie warto, przecież i tak słucham podcastów, nie lubię sobie robić selfie a w zasadzie to mi się nie chce i takie tam dziwne wymówki… Na szczęście w porę się ogarnęłam i zatrzymałam zanim zrobiłabym jedną z większych głupot… Ignorancja mogłaby mnie kosztować naprawdę wiele. Mogłabym nie trafić na Lisę Nichols… A to naprawdę byłaby katastrofalna strata! 😉

Zaniemówiona…

Trudno wprawić mnie w oniemienie. Daję się zainspirować, ponieść emocjom, wzruszam się i przeżywam. Ale oniemienie. Oszołomienie. Zaniemówienie. To zdarzyło mi się kilka razy w życiu. Mam na myśli takie wewnętrzne trzęsienia ziemi, które robią różnicę… Pamiętam jak dobrych 8 lat temu trafiłam na człowieka o imieniu Les… Tak. Brown się nazywa. Pamiętam do dokładnie, bo po wysłuchaniu jego filmiku „It’s Possible” płakałam jeszcze długo. Les swoją mową poruszył we mnie… no poruszył wszystko ;-). Słuchałam jego filmiku codziennie przez około miesiąc. Naprawdę, dzień w dzień… Mimo, że znałam każde słowo, każdy jego ruch, mimikę twarzy, nie miałam dość. Byłam głodna jego energii i tego co z sobą niesie.

Obiecałam sobie wtedy, że jeszcze nie wiem jak, ale chcę tego człowieka zobaczyć na żywo. Wyjazd do USA wydawał mi się dość absurdalny, no ale słowo się rzekło. I 8 lat później Les przyleciał do Polski, do Poznania… I siedziałam na widowni roniąc krokodyle łzy, dziękując sobie za determinację, za złożoną obietnicę i za jej dotrzymanie. Było warto…

Kolejnym trzęsieniem ziemi był dla mnie film „Sugar Man”. W zasadzie nie mogłam mówić o nim przez kilka dni. Poruszył głębokie pokłady mojej duszy i do dziś przypomina mi o tym, co ważne…

Właśnie znalazłam Lisę… I to istne tornado! Nie byłam w stanie utrzymać łez już od piątej minuty, a tu kolejnych kilkadziesiąt pozostało! Wow! Gdybym siedziała z tymi wszystkimi ludźmi w studio, chyba bym nie wytrzymała napięcia i albo bym pękła, albo zamieniła się w kulkę energii i odleciała ;-).

Dlatego dziś polecam Wam Lisę Nichols, która gości u Toma Bilyeu… I wiem, że miało być o podcastach, ale „Inside Quest” jest kanałem Youtube, ale nie mogłam się powstrzymać. I choć pozostaję nadal zaniemówiona i zroszona łzami, siadam i dzielę się, bo może i Was porwie w niezwykłą wewnętrzną podróż jej mowa…

Lekcje ze szkoły Lisy Nichols

I

Czy jesteś gotowy umrzeć dla życia, które Ci już nie służy? Czy jesteś gotowy totalnie uśmiercić poprzednią wersję siebie? Bez śmierci starego, nie narodzi się nowe. Jesteśmy zbyt uwiązani do tego kim jesteśmy, do ról, które znamy, do schematów, którymi poruszamy się przez życie. I nie ma w tym nic złego, jeśli właśnie to sprawdza się w Twoim życiu, jeśli właśnie to Ci służy, czemu nie…  Rób tak dalej… Ale jeśli nie… Czy jesteś gotowy opuścić WSZYSTKO i WSZYSTKICH i… Uratować samego siebie?

II

Lisa mówi: moim zadaniem jest lubić samą siebie każdego dnia! Bez extra lajków na FB. Lubić siebie w swojej niedoskonałości. Doskonałość nie istnieje. Doskonałość jest wymówką, żeby nigdy się nie pojawić na posterunku i nie podjąć wyzwania. Codziennie rano stawiam sobie te same pytania: czy lubisz siebie? Czy jesteś z siebie dumna? Codziennie… Zanim zapytam kogokolwiek innego… Ta droga jest samotna i przerażająca – dlatego tak wielu ludzi w nią nie wyrusza…

III

Jak doszła do miejsca, w którym jest obecnie? Znalazła ludzi, którzy mieli to, czego sama nie miała i żyli życiem, którego dla siebie chciała, którzy wierzyli w rzeczy, o których nie wiedziała i… była gotowa zostać ich uczniem… I… codziennie zabijała swoje ego. Dzień po dniu. Od nowa i od nowa… Latami…

IV

A z tymi słowami Was zostawię: duch chce tworzyć i nie obchodzi go Twoja przeszłość ni kłamstwa umysłu. Kiedy zbliżysz się do krawędzi Twój umysł zawsze powie Ci, żebyś się cofnął bo możesz spaść i się poranić. Bądź gotowy na tę grę umysłu i ducha, bo pewnego dnia po prostu musisz posłuchać swojej duszy. Większość ludzi stoi na krawędzi i patrzy jak inni latają. Obserwują profile na FB i oglądają innych życia zastanawiając się jak to jest skoczyć i w finale nie skaczą…

The end

Do jutra powinnam się jakoś ogarnąć. Ale gdybym jednak nie do końca to wybaczcie, bo aktualnie jestem po kolejnym ważnym dla mnie skoku i uczę się siebie od nowa…

Kocham… tak po prostu.

Kocham… tak po prostu.

13672532_1202050773158714_1572851932_n

I oto jest, kolejny tekst gościnny! Dziś trochę męskiej energii. Bartka poznałam… no właśnie, niech sam wyjaśni jak to się stało. Poniżej wszystko przeczytacie. Zapytałam jak mam go przedstawić. Nie udzielił mi jednoznacznej odpowiedzi bo stroni od etykietek i słów „branżowych” ;-). Obecnie doświadcza życia. Jest. W radości i kiedy chmury. Żyje. Dla siebie. I wędruje swoją drogą. I cieszy się nią. Jeśli macie ochotę z nim pogadać, z pewnością się ucieszy. Face Book zawsze do usług 😉

Fado Cafe… grudziądzka przytulna kafejka. Portugalska muzyka, pyszna kawa, smakowite, domowe ciasto. Południowy klimat parnego popołudnia sprzyja przelewaniu słów duszy w słowa materii. Wewnętrzna cisza, spokój, harmonia…

Pięć lat temu Cię poznałem. Na blogu u Macieja Bennewicza. Komentowałaś jego wpisy. Ciekawe przemyślenia, spostrzeżenia. Jak żyć, jak nie. Co ważne a co nie. Jakich wyborów dokonać, jakich nie. Lekkie pióro, cięty język.

Znalazłem Cię w sieci. Pisałaś do Czwartego Wymiaru, Hawajami się interesowałaś. Książką o swej wewnętrznej podróży do Indii się podzieliłaś i wiele zablokowanej energii podczas masażu Lomi Lomi uwolniłaś.

Byłaś inspiracją i wzorem…

Co zrobić? W którą stronę pójść? Odejść czy zostać? Wypić jeszcze jedną setkę przed snem czy zmienić coś w swoim życiu? To były moje pytania zadawane sobie pięć lat temu. Nieszczęście chodzące choć z pozoru szczęście. Maska założona w dzieciństwie. „Ustąp Bartek, jesteś starszy…, mądrzejszy…” Słowa mamy spowodowały załadowanie programu: „Gra w dobrego”. Usługiwałem wszystkim spełniając ich oczekiwania. „Kochajcie mnie!!! Kochajcie!!! Przecież jestem taki dobry!!!” krzyczałem ciągle.

Aby pokazać im jaki jestem wspaniały zacząłem biegać i z powodzeniem ukończyłem maraton 42.295 metrów. Po to, aby usłyszeć słowa pochwały. Aby udowodnić im, że jestem „coś” wart. Motywacja!!! Niech żyje motywacja!!! Po powrocie z biegu oczekiwałem gratulacji, owacji wręcz. A tu nic. Nawet słowa „fajnie, zrobiłeś to…” I znów frustracja…

Kilka pięknych, cudownych lat…

Spotkanych ludzi, wydarzeń, okazji, zmian. Niektóre ciężkie były bardzo!!! Brak kasy, brak perspektyw… Nie!!! Zawsze widziałem płonący ogarek. Był daleko, ale ja go widziałem. Ufałem, choć powodów było brak.

Rok temu, całkowicie spłukany usłyszałem o pewnym wydarzeniu/festiwalu w Borach Tucholskich. Poczułem , że muszę tam być. Wiedziałem to!!! Żeby tam pojechać, zastawiłem komputer i tablet w lombardzie…

I się zaczęło. Wewnętrzne odkrycia. Przemyślenia o cudowności życia, w którym to Ja jestem głównym bohaterem sztuki i zarazem jej reżyserem. Pokochałem Siebie, swoją Boską Istotę!!! Bardzo!!!

Jestem Wyjątkowy, Ważny, Piękny, Cudowny!!! I nie są to egoistyczne stwierdzenia, bo wiem, że Ty też jesteś Wyjątkowy, Ważny, Piękny, Cudowny!!!

Prowadzi mnie moja Intuicja, Serce, Wyższe Ja. Prowadzę Siebie sam w swej Istocie. Intuicja, Serce, Wyższe Ja to JA PRAWDZIWY, niczym nie ograniczony, kochający bezwarunkowo Siebie i Ciebie.

Kocham… tak po prostu…

Życie w każdym jego przejawie, bo jestem Wszystkim i Wszędzie. Jestem ŻYCIEM…

Nikomu nic nie muszę udowadniać, bo i po co?

Cieszę się z każdego oddechu, z każdego uśmiechu i każdej łzy. Zrozumiałem, że nic nie jest lepsze ani gorsze. Wcześniejsze cierpienia są dzisiejszą radością. Bez nich nie siedziałbym teraz w Fado Cafe…

Dziękuję Tobie, Agnieszko, kochana przyjaciółko…

Dziękuję wszystkim, dzięki którym miałem pod górę…

Dziękuję Wam, którzy mnie kochacie i Tym, których kocham JA…

Bartek