Lomi Masterclass

Nadchodzi Lomi Lomi Master Class! Webinar dla lomi fachowców 😃 Webinar rakieta, dzięki któremu na nowo zakochasz się w lomi, co przełoży się na jakość Twoich masaży. Gwarantuję, że kiedy wprowadzisz poznane na webinarze triki do swojej praktyki, klienci momentalnie poczują różnicę i będą jeszcze bardziej zachwyceni czasem spędzonym pod Twoimi rękoma. Podczas prawie dwugodzinnego spotkania online, otworzą się przed Tobą nowe możliwości terapeutyczne. Bo czasem tak wiele zmienia, niewielka korekta ustawienia nóg przy stole do masażu. Albo zamiast robienia dziesięciu ruchów, zrobienie dwóch, ale bardzo głęboko. Jak posiąść tę wiedzę wcale-nie-tajemną? Wystarczy rozgościć się na moim webinarze: w sobotę 29 maja o godzinie 9:30​ Bo „poziom zaawansowania” w lomi lomi tkwi nie w tym, jak długo masujesz, ale jak. Wstęp do webinaru płatny. Można zaklepać miejsce przechodząc tu: https://rozmasujto.pl/webinar-lomi-lo…

Automasaż jako narzędzie doskonalenia zawodowego

Nie sztuką jest zrobić jest „jakiś” ruch. Sztuką jest zrobić konkretny ruch i wiedzieć po co się go robi. Moja nauczycielka z Hawajów Susan Floyd mawia „nie ma pustych przebiegów”. Czyli kiedy masujesz, masuj „z sensem”, kiedy jesteś sam ze swoim ciałem, dotykaj, badaj, bądź ciekawy, ruszaj się świadomie. Mam to samo podejście, kiedy uczę techniki lomi. Każdy ruch jest po coś. Żeby uwolnić, albo żeby rozciągnąć, albo żeby ukoić, albo żeby zrelaksować, albo żeby odetkać. Żeby poczuć sens techniki, uczę automasażu.
Pierwszego dnia po prostu pokazuję technikę. Mówię, bierz swoje serce w ręce i na razie mechanicznie, krok po kroku uczymy się formy. Nie szkodzi, że krzywo, sztywno, ważne, żeby się nauczyć gdzie początek, środek i zakończenie. Dnia pierwszego kursu po prostu mi zaufaj, że dnia drugiego zrozumiesz po cholerę robisz to, co robisz. Dla mnie ogromne znaczenie ma sens ruchu, oszczędność energetyczna własnego ciała, skuteczność, bo w połączeniu z empatią, szacunkiem i skupieniem będzie miało terapeutyczny efekt.
Zależy mi żeby uczeń miał świadomość zasadności techniki, a nie wykonywał dany ruch tylko dlatego, że nauczyciel mu powiedział „to jest najważniejszy ruch w lomi”. On ma to czuć i rozumieć. Od tego jestem, żeby to dobrze wyjaśnić. I do tego jest nam potrzebny automasaż. Dziś wiem, że każdy ból mojego ciała był ważny. Bo dzięki niemu rozwinęłam automasaż i opracowałam swoją metodę rozumienia i czucia lomi.
Jutro ostatni dzień indywidualnego kursu dla Ani. Aż mi serce zabiło w zakochaniu, kiedy wczoraj powiedziała do mnie: „A może zrobimy jeszcze automasaż, bo mnie to wkręciło”. Nie musiała, chciała. Mogła już iść na obiad, swoje zrobiła, cześć, do jutra. No kurde, duma!

Każda sesja automasażu, robi z nas jeszcze lepszych masażystów. Każda sesja automasażu, pogłębia naszą technikę i sens poszczególnych ruchów. Ta wiedza nie jest wiedzą tajemną, dzielę się nią z każdym kto tylko chce słuchać 😉, kto ma ochotę pomóc swojemu ciału, albo kto sam jest terapeutą ciała, nie tylko masażystą. Dostępna cały rok, o każdej porze dnia i nocy na www.rozmasujto.pl.

Ps Chętnie robię też lomi korepetycje lub lomi masterclass dla praktyków. Dzień lub dwa owocnej pracy indywidualnej mogą zdziałać tyle, co kilka lat praktyki, bo ułatwiam życie 😎

Pomoce naukowe

Przyjechał w czarnym worku tuż po godzinie dziewiątej rano. Na klatce piersiowej miał związane ręce. Nie oddychał. Ciało miał poobijane. Jakby ktoś nim rzucał. Bezwładny jak worek treningowy. Ktoś wystawił go na sprzedaż. Jak rzecz. Kiedy go zobaczyłam, od razu musiałam kupić. Uwolnić. Dać drugie życie. Wiedziałam, że nie będzie łatwo przywrócić go do życia.
Na szczęście poszło szybko. Funkcje życiowe zostały przywrócone, w chwili, kiedy z moją kursantką Gosią położyłyśmy go na stole do masażu. Okazało się, że w jego trzydziestokilogramowym ciele mieszka ogromna wola walki i siły życiowe.
Był trochę jak śpiący królewicz, którego do życia mógł przywrócić jedynie dobry dotyk.
Życie lomi nauczycielki jest wdzięcznym zajęciem. Owszem, bardzo eksploatującym energetycznie, ale jednocześnie takim, które ładuje baterie mojej kreatywności. Mam wrażenie, że z roku na rok przybywa mi więcej cierpliwości, sposobów na przekazanie wiedzy i wydobywania z moich uczniów talentów. Daleko mi do Mistrza Jody, bliżej do misia Pandy z bajki, Kund Fu Panda. Ale uczenie jest tym, co taka Kawula jak ja lubi najbardziej.
Ostatni trening indywidualny był dla mnie bardzo wymagający. Musiałam znaleźć nowe sposoby, klucze i kody dotarcia do uczennicy. Musiałam odpuścić sobie bycie najlepszą nauczycielką, po to, żeby być wystarczająco dobrą, choć ciągle skuteczną. A kiedy przykładałam dłonie do obolałej od migreny głowy, odkryłam, że trudności mnie jedynie wzmocniły i uruchomiły wolę walki o jeszcze lepszy poziom uczenia tego terapeutycznego lomi.
Trzy dni później, w moim salonie, w czarnym worku pojawił się on. Tajemniczy Don Pedro. W poprzednim życiu był manekinem zapaśniczym, treningowym, dwunożnym do judo i zapasów. Dziś jest lomi asystentem i zgodził się służyć w imię dobrego dotyku.
Jutro będzie jego debiut w nowej roli. Trzymajcie za chłopaka kciuki.

Ciało pod lodem

Wystarczy jeden zły dotyk, by na wiele lat zamknąć się na czucie. Jeden zły dotyk zabiera wiele lat terapii by odzyskać swoje ciało, by chcieć w nim znowu być. Jeden zły dotyk powoduje, że choćby pojawiło się setki dobrych dłoni po nim, ciało będzie wrogo reagowało na każdy dotyk. Ból układa się w ciele warstwami. Tworzy ochronny pancerz, pod który się nie zagląda bo tam jest ciemno, smutno, gęsto, martwo.
Za każdym razem, kiedy mam przywilej dotykania ciała, które doświadczyło przemocy, milknę. Po takiej sesji masażu po prostu słucham, rozumiem. Podziwiam ogromną siłę kobiet, które zaufały obcej kobiecie z Internetu i przychodzą.
Pozwalają mi dotknąć tego ciemnego, smutnego, gęstego i martwego kawałka. Choć przed masażem wcale nie zdradzają swojej historii, dopiero w trakcie czuję. Po złym dotyku zostaje zimno. Wiem, bo też miałam skute lodem ciało.
Ostatnie masaże są dla mnie rozmrażaniem Antarktydy i przykładaniem słońca o lodu. Pod warstwami twardego, jest miękkie i dobre, które bardzo tęskni za tą, która żyła tyle lat pod lodem.
Dziś mi smutno. Dużo lodu ostatnio dotykałam. Ale wiem, że w końcu i w tych ciałach zakwitną kiedyś piwonie.

Poza orbitą

Żyjesz sobie człowieku mniej lub bardziej spokojnie, wtem… Trafiasz na indywidualny kurs masażu terapeutycznego Lomi Lomi do Kawuli. I się zaczyna dziać.
Czasem jeszcze przed kursem, na pewno w jego trakcie, ale po to już trzymajcie buty bo mogą się zgubić przy przekroczeniu orbity znanego. Jest dużo opowieści o tym co się dzieje podczas i po masażu lomi. Jeszcze więcej jest opowieści o tym, co się dzieje po kursie, kiedy ktoś zapragnie się lomi nauczyć.
Można by pomyśleć, że to historie z mchu i paproci, albo z serii „a łyżka na to niemożliwe”, albo „przecież to tylko masaż, więc bez przesady”. Po prawie 14stu latach bycia lomi terapeutą mogę z pełną świadomością powiedzieć, że ten masaż wyzwolił we mnie gigantyczne pokłady energii, którą miałam w sobie zabetonowaną.
Chciałam umrzeć, byłam chora, nie miałam przyjaciół, bałam się ludzi, byłam jak kulka gałęzi walająca się po pustych ulicach na westernach przed pojedynkiem. I taka zawieszona na jednym oddechu, pojechałam na kurs lomi. Wróciłam podmieniona, jak nie ja, jednak nareszcie bardzo ja. Zaczęłam się śmiać, mniej mnie bolało, a suche zamieniało się w mięsiste liście.
Obudowałam się w siłę. Potrzebowałam jej do późniejszych zmian. Rozwodu, przeprowadzki, życia na własną rękę bez gwarancji zarobku, ufania sobie jako tej, która mnie wyżywi, ubierze, da dach nad głową, a może nawet kiedyś znowu się zakocha.
I wiecie co? W najgorszych chwilach, kiedy nie mogłam jeść ze stresu bo bałam się, że nie będzie mnie stać na rachunki i chleb, lomi mnie wyżywiło. Zawsze. Lomi wypchnęło mnie z klatki strachu przed światem, kazało się rozwijać, uczyć nowych technologii, gadać go ludzi, pisać, robić zdjęcia i nagrywać filmy. Lomi dało mi nowe ciało, nowych ludzi, nową miłość, nową rodzinę. Było i ciągle jest na tej drodze mnóstwo kamieni, są jaskinie zagubienia i sny o niepewności. Ale zawsze, ale to zawsze, z pomocą przychodzi mi lomi.
To więcej niż masaż, to więcej niż kurs masażu, to staje się stylem życia. Zwykłą codziennością, która wywala w kosmos i pozwala jeździć na zielonym słoniu 😉

Z bólem czy bez?

Jeden rok, 18 opakowań, 108 tabletek. Gdyby je nadziać na sznurek mogłyby robić za koraliki dżapamali. Tak jak mantra koi duszę, tak moje tabletki pomagają na migrenę.
Z bólami głowy zmagam się od mniej więcej 14ego roku życia. Przeszłam przeróżne badania, zjadłam niezliczoną ilość innych tabletek, rozwaliłam sobie przy tym żołądek. Dopiero od roku mam lek, który zazwyczaj działa. Jedna tabletka kosztuje mniej więcej 10 zł. Od prawie dwóch lat migreny pojawiają się u mnie albo raz na tydzień (i trwają 3-4 dni), albo dwa razy w miesiącu.
Z bólem gotuję, chodzę z psem na spacery, kocham, dbam o bliskich, masuję, uczę, piszę, rozwijam się, nagrywam i montuję filmy, spotykam się z ludźmi, czytam książki. Da się, choć nie jestem z tego powodu super szczęśliwa. Ciało nie jest moją super mocą, ani super wsparciem. Ale pewnie gdyby nie jego bóle i „niemożności” dziś nie zajmowałabym się dobrym dotykiem, nie uczyła tego innych, nie odkryła sekretów na łagodzenie bólu i nie nagrała kursu online automasażu jak sobie z tym ciałem pogadać, żeby bolało mniej (www.rozmasujto.pl).
Mogę powiedzieć, że przez ponad połowę roku ciało mnie boli. Czasem już nie wiem co dalej i krzyczę, a czasem po prostu robię swoje. Z bólem. Bo on w końcu mija. Od roku mam od neurologa tabletki, które pomagają na migrenę, a to duże ułatwienie. Natomiast nie mam żadnej tabletki na emocje. Na bycie mną, która tak często jest za bardzo, za mocno, która odbiera świat za intensywnie i nic na to nie może poradzić. Bo można się naczytać książek o energii, emocjach, asertywności, byciu sobą, a i tak coś się wysypie i nie zadziała, choć miało być tak fajnie, kiedy się wyrazi to, co się czuje.
Więc dziś wyrażam: nie zawsze miłość działa, nie zawsze mówienie prawdy działa, a stawanie po swojej stronie często kosztuje migrenę. Bycie sobą zawsze i wszędzie często mnie przerasta. I mimo skończonej terapii, bywa, że zgadzam się, choć nie mam ochoty. Niedługo będą moje 39 urodziny, a ja ciągle taka „niezrobiona”, pomiędzy, w niezaspokojeniu, nadmiarze i braku. Może to dobrze? Może tak właśnie ma być?
Tylko czasem sobie myślę cichutko jak dużo zdziałałam mimo bólu i to robi na mnie wrażenie… Ale czasem sobie też myślę, ciut głośniej już, ile bym mogła zdziałać, gdyby tyle nie bolało?