Zaznacz stronę
Zdrowie wyciskane wolnoobrotowo

Zdrowie wyciskane wolnoobrotowo

– Cześć, dobre były wczoraj?

– Rewelacja!

– Będziesz miał dziś ten z gruszką?

– Oj, gruszki nie ma, ale jabłko z pomarańczą mam świeże.

– To zrób trzy, przyjdę potem.

Andrzej z zawodu jest jubilerem. Przez dziesięć lat pracuje cierpliwie, dokładnie, bardzo dobrze, ale nie sprawia mu to takiej frajdy. Potem pracuje w salonie Fiata i choć nie ma pojęcia jak sprzedawać, szybko okazuje się, że jest najlepszy. W domu też wszystko robi sam. Pierze, sprząta, gotuje, naprawia. I tak od dwudziestu lat. Od dwóch lat wyciska DajGo, najlepsze soki naturalne w Gdyni!

Kuchenne rozmowy

– Od początku mam Ci opowiadać? Tej nocy, coś koło piątej, zamknąłem się w kuchni i wyłem do Boga. Krzyczałem: – Dlaczego pozwoliłeś na Holokaust, dlaczego ginie tylu niewinnych ludzi, dlaczego Ania zachorowała?! To był Szach-Mat dla Niego. Pozamiatane. Nie oczekiwałem odpowiedzi. A On chyba uznał, że skoro tak szczerze gadam, to najwyraźniej w końcu w Niego uwierzyłem. I odpowiedział: To nie ja zabiłem tych ludzi. Dałem ludziom wolną wolę i to ludzie zabijają ludzi. I to nie ja jestem powodem tego, że ludzie chorują na raka, tylko ludzie, bo o siebie nie dbają i się źle odżywiają.

Noc grozy

To było cztery lata temu. O pierwszej w nocy Andrzej słyszy huk. Początkowo pomyśli, że to syn Szymon, spadł z łóżka. Ale huk jest nieproporcjonalny do wagi dziecka. W łazience pali się światło. A w środku scena jak z „Archiwum X”. Ania, żona, leży w wannie, trzęsie się. Ma sine usta, oczy jej latają. Ma powykręcane ręce i nogi. Charczy, a piana idzie jej z ust. Pierwsza myśli: połknęła jakąś truciznę.

Pogotowie stwierdza osty napad padaczkowy. Tomografia głowy wykrywa: guz mózgu.

– I co? Dobry był ten jarmuż?

– Tak!

– Przynieść na koniec dnia jakieś nowe? Będę miał burak, marchew, pomarańcza.

– O super, to wezmę ten i dwa owocowe.

Zdrowie wyciskane

Od tego się zaczyna. Pierwszych siedem dni, kiedy Ania jest w szpitalu, Andrzej nie śpi. Czyta. Głównie angielskie opracowania światowych biochemików żywienia, na temat wpływu jedzenia na zdrowie i życie człowieka. Wcześniej unikał tematów raka. Bał się. Podskórnie przeczuwał, że zachoruje. Wyszło inaczej.

Stąd soki. Wyciskane wyciskarką wolnoobrotową. Świeże. Pachnące. Są impulsem dla ludzi. Żeby mogli w sklepie kupić sobie zdrowy sok niepasteryzowany. Żeby uzupełniali dietę o te wartości z warzyw i owoców, które są w jego sokach.

Andrzej początkowo wyciska w domu. Szybko okazuje się, że misja nie daje o sobie zapomnieć i w kwietniu 2016 roku wynajmuje pomieszczenie w piwnicy, na Hali Targowej w Gdyni. Po dwóch miesiącach przychodzi powódź. Traci wszystko. Zanim zacznie od nowa, musi odczekać pół roku. Czyszczenie, suszenie, przygotowanie Hali po powodzi potrzebuje czasu.

– Znowu krzyczę do Boga, dlaczego mi to robisz?! Dlaczego mnie opuściłeś?! – A On spokojnie odpowiada: – To nie ja opuściłem ciebie, tylko ty mnie. – Faktycznie. Nie byłem święty. Nie przestrzegałem Dekalodu. Zapominałem… Od tamtej pory wierzę i mam nadzieję, że z tą wiarą umrę.

– Witam, witam, zaraz zrobię świeży i przyniosę!

– Spokojnie, nie spieszy się, poczekam.

– Dzięki. Tak za godzinę będą gotowe.

– Mówię ci, tutaj na dół takie panie schodzą, że można zawału serca dostać. Ludzie myślą, a kto tam na hali pracuje, mięso i ryby się przekłada. A tu te kobiety osłabiają przecież! Całe szczęście, że po dwudziestu latach nadal jestem zakochany w mojej Ani!

Ciało

– Dziś jak kupisz najnowszego diesla, który ma dużo elektroniki i jest taki zajebisty, pojedziesz gdzieś do Pcimia Małego, zatankujesz kiepskiej jakości paliwo, samochód od razu odmówi Ci posłuszeństwa. A organizm człowieka potrafi cały czas funkcjonować, choć jemy tyle śmieci przecież. No, ale po pewnym czasie nie daje rady, robią się choróbska.

Od samego początku mówi, że soki to nie jest projekt biznesowy, a prozdrowotny. Żeby ludziom trochę otworzyć oczy, żeby wpłynąć na statystyki WHO, żeby nie były takie jakie aktualnie są. – To impuls do dyskusji, żeby zastanowić się przez chwilę co sobie sami robimy. Ale my nie mamy czasu bo musimy zasuwać, kupujemy gotową przetworzoną żywność i odżywiamy się byle jak, a w finale cierpimy. Z jednej strony ludzie nie mogą bez siebie żyć, a z drugiej tak o siebie nie dbają i siebie nie słuchają.

Cisza mimo wszystko

Dużo myśli o przemijaniu. Potrafi stać po kilka godzin dziennie. Myje warzywa i owoce. Obiera. Wszystko własnoręcznie. Wkłada do wyciskarki. Małej. Nieprzemysłowej. Sok przelewa do butelek. Zakręca. Nakleja naklejki. Przybija pieczątkę z datą ważności. Wkłada do lodówki. A potem osobiście wszystko rozwozi rowerem i roznosi.

– I nie mielę tych stresów w głowie, żona chora, kredyt do zapłacenia, a tu stomatolog, a tam paznokcie obciąć, syn do szkoły i tak dalej. To nas tak mocno rozprasza. Więc sobie myślę o życiu i przemijaniu. Myślę sobie, że idealna śmierć dla mnie to taka przy tej mojej wyciskarce.

-O, dzień dobry, myślałem o pani i przed chwilą właśnie zrobiłem świeże!

– Dziękuję bardzo, to mam dziś szczęście.

– Tak, minutę temu zakręciłem butelki i włożyłem do lodówki.

– Trzy poproszę. W tygodniu nie miałam czasu do pana zajść i do Żabki biegałam bo przecież jak to tak bez pana soku!

 

 

 

Po pierwsze edukować

Chce otworzyć fundację o przewrotnej nazwie „Lek na raka”, choć wie, że nie ma takiego lekarstwa. Promować ją będą babcie roznoszące soki, ubrane w jego koszulkę z wielkim sercem DajGo z przodu i dość ekscentrycznym napisem z tyłu: „Nam już nie pomoże, ale Wam jeszcze może”. Projekt jest już gotowy. A w nim dwa kluczowe cele: edukacyjny (spotkania, sympozja, wystąpienia ekspertów) oraz produkcja i sprzedaż soków po kosztach. – A kosztami będą choćby pensje dla pracowników, bo do prostych czynności, które teraz sam wykonuję chciałbym zatrudnić osoby niepełnosprawne. Kto wie, może będę je uczył medytacji?

PS Kto ma chęć poznać Andrzeja Dyakowskiego i napić się świeżych witamin, niech nie czeka i mknie na Halę Targową na Wójta Radtkego 36/40, znajdziecie go „w piwnicy” na stoisku 518, od godziny 12stej (wcześniej rozwozi soki po mieście). Ale w zasadzie wystarczy zapytać kogoś „na górze” większość dobrze zna Andrzeja ;-). Aha i to nie jest pijalnia soków, raczej „wyciskarnia”, ale każdy może liczyć na porcję wyciśniętego zdrowia w mniejszej lub większej ilości.

www.BioGdynia.pl

A w głowie tłumy…

A w głowie tłumy…

Zawsze dziwię się, jak jedna, nie tak duża przecież głowa, może pomieścić miliony myśli. Wydawać by się mogło, że to nic takiego. Przecież coś, co nie ma wagi, nie może być ciężkie. Więc dlaczego kiedy trzymam w dłoniach Twoją głowę czuję, tony? Głowa to nie kontener, którym bez końca można wozić te same myśli. Przetrzymujesz w nich rodziców, siostry, mężów, kochanków, dzieci, szefów, sąsiadów. Więzisz tych wszystkich ludzi, a potem zapominasz, gdzie położyłeś te cholerne klucze.

Przyzwyczajasz się do zjaw sunących korytarzami głowy. Trochę Ci przeszkadzają, czasem budzą w nocy, czasem odbierają ochotę na spacer, jogę czy spontaniczny taniec. Zamiast poszukać w końcu klucza, wybierasz przyzwyczajenie. Coraz cięższą głowę przykładasz do poduszki, coraz trudniej Ci ją z niej podnieść. Coraz bardziej odkładasz życie na potem. Karmisz swoich więźniów słowami, których nigdy nie wypowiedziałeś bo… Podajesz puchary pełne łez, które nigdy nie miały szansy popłynąć bo… Przekarmione, tłuste myśli rozpychają się po głowie. Uciskają boleśnie skronie. Utykają w potylicy. Unieruchomione tyją, twardnieją, stopniowo kurcząc światło życia. Niewypłakany smutek gęstnieje, ropieje i rozsadza zatoki.

Najtrudniej wytrzymać z więźniami kiedy jesteś sam. Obijają się o ściany umysłu. Myśl dotyka myśli, oblepiają się wzajemnymi żalami, lękami, krzywdami. Rysują na swoich wykrzywionych twarzach wojenne znaki, przygotowując do ataku. Nie oszukasz ich włączonym serialem czy kolejnym programem telewizyjnym. Mgła osamotnienia ciągnie swój chłodny welon po Twoim czole, napina skórę głowy, zagląda w oczy. Masz dość. Zakładasz metalowy hełm. Myślisz, że wytłumi, że raz na zawsze wszyscy się uduszą z braku powietrza. Ale zapominasz… Ty uwięziłeś, Ty możesz uwolnić. Przyłóż dłonie do skroni, ostatni raz wysłuchaj wszystkich historii i  pozwól im odejść…

Zapach wolności

Jej skóra pachniała kokosem. Była jak idealnie dojrzałe mango. Takie, którego sok spływa do łokci a włókna utykają zawadiacko między zębami. Takie, które je się nad brzegiem oceanu, na ciepłym piasku i patrzy na zachodzące słońce.

Śmiała się jak nastolatka, która ma wszystko przed sobą i właśnie planuje podróż w nieznane.

Przyszła po wolność i radość. Nie potrzebowała wiele. Już stała na klifie, tylko nie wiedziała jeszcze jak skoczyć.

– W moim wieku to może nie wypada? No wiesz, wszystko zaczynać od nowa, mieć śmiałe marzenia i tak bardzo się w życiu zakochać…

Ech… wiele takich historii usłyszałam – pomyślałam. Jak dobrze, że się pomyliłam. Wzięła wszystko, co popłynęło. I była gotowa na więcej.

W trakcie masażu lęki pękały jak kolorowe bańki. Mięśnie poddawały się dotykowi. Skóra poszerzała oddechem. A ona unosiła się kilka metrów nad stołem. Tak jakbym masowała ją puchem. Jakbym otulała jej ciało doskonałym aksamitem.

A pod koniec sesji ciepły wiatr zdmuchnął jej lekkie ciało i zabrał do miejsca, gdzie mogła marzyć jeszcze odważniej i kochać tak jak nie wiedziała, że można.

Jej śmiech wypełniał pokój jeszcze na długo po tym, kiedy wyszła. Zachęcał. Kusił. Poddałam się. Wziął mnie za dłoń, poprowadził do łazienki. Pod gorący prysznic. Potem wsmarował w moje ciało olej kokosowy i upaćkał soczystym mango moje policzki.

Więźniowie w mięśniach

Pręt za prętem wbija się w ciało. Głęboko. Przez lata budujesz rusztowanie dla mięśni. Bo tego, co wbite, nie wyjmujesz, lub nie chcesz wyjąć, albo jeszcze nie wiesz jak. Wadzi czasem mniej, czasem bardziej. Uczysz się z tym żyć.

I tylko od czasu do czasu zastanawiasz się jakby to było poczuć życie poza klatką. Jakby to było powyciągać te wszystkie pręty? Jak żyć bez nich i czy się od razu nie rozpadniesz?

Trzymasz w mięśniach wielu więźniów. Rodzinę, znajomych, przyjaciół. Więzisz sytuacje. Pod kluczem siedzą słowa z kolcami i spojrzenia śnieżnych kul. Przykute łańcuchami rany torturujesz jedną kroplą krwi, ciągle tą samą, dźwięczącą, ciężką jak walizka pełna wspomnień. Tunelami ciała latają widma spraw przeszłych. Drażnią skronie, pulsują w potylicy, napierają na gałki oczne. Niewypowiedziane słowa uderzają o krtań kolczastą maczugą. W stawach trzepocą włochate ćmy lęków: iść, nie iść, zawrócić, a może jednak pobiec…

Twoje wewnętrzne więzienia są przepełnione, a Ty i tak dokładasz coś nowego. Ciało pęcznieje, rozpycha się bólem o metalowe ograniczenia. To, co miało być Twoim schronieniem, staje się klaustrofobiczną klatką. Boisz się otworzyć wrota. Bo kim będziesz bez swoich więźniów? Z nimi ciężko żyć, ale przynajmniej wiesz jak…

To, co przeżyłeś, jest Twoją historią. Ona nigdzie się nie wybiera. Ale nie musi ciążyć. Nie musi boleć. Nie musisz jej bronić.

Wróć do oddechu. Nie szukaj poza ciałem. Tak, w klatce jest cała wolność jakiej potrzebujesz. Nie musisz iść daleko. Może tylko tyle co na najbliższą kanapę, albo wygodny fotel. Oddychaj. Niby nic… Ale proszę, przekonaj się jak dużo…

PS Oraz zawsze możesz przyjść na masaż Lomi Lomi Nui, to skuteczny wyciągacz prętów z ciała 😉

Był sobie chłopiec…

Był sobie chłopiec…

Miał trzynaście lat i razem ze swoją starszą siostrą przeżywał właśnie rozwód rodziców. Jego mama regularnie przychodziła do mnie na sesje Lomi Lomi Nui, więc historia nie była mi obca. Kiedy poprosiła mnie o masaż dla syna, zgodziłam się, ale tylko pod warunkiem, że on sam by tego chciał. No chciał i to bardzo, bo jak się okazało to on pierwszy znalazł Lomi dla swojej mamy!

Był podekscytowany i miał mnóstwo pytań. A co będzie czuł, a czy to boli, a czy będę słyszała jego  myśli, a czy zacznie się potem lepiej uczyć, a czy smutek zniknie, a czy będzie się mu lepiej oddychało, a co to znaczy energia, a gdzie mieszka dusza, a czy wierzę w reinkarnację, a czy zobaczę jego duszę, a dlaczego zajęłam się masażem, a jak to jest czytać czyjeś ciało…

Zanim przeszliśmy do samego masowania, odpowiadałam na jego pytania. Nie zadowalał się płytkimi odpowiedziami. Zmuszał do wyjścia poza standardowe wyjaśnienia. Tam, gdzie zabrakło mi odpowiedzi pytał: Jesteś pewna? Coś mi się wydaje, że wiesz… I trochę wiedziałam, a trochę nie. Kilka pytań zostało ze mną jeszcze na długo po naszym spotkaniu. A na kilka sam udzielił mi odpowiedzi…

Poruszyło mnie to chude, chłopięce ciało, które masowałam w czerwcowe przedpołudnie. Takie małe, a już pełne opowieści. Usłyszane przypadkiem słowa dorosłych, ostrymi zakończeniami podczepione w trzustce. Napięcie między rodzicami i wyprowadzka ojca zwinęły się na ramionach w kłębek. – Nie zostawiaj mnie – odbijało się od wewnętrznych ścian głębokiej studni w jego ściśniętych jelitach.

A mniej więcej połowie masażu mignął mi rąbek pomarańczowego materiału i uśmiechnięta, łagodna twarz tybetańskiego mnicha.

Kiedy wsunęłam moje ręce pod plecy chłopaka i zatrzymałam na kilkanaście sekund między łopatkami, poczułam jak łagodnie oddaje moim dłoniom swoje dziecięce troski. Westchnął. Wzruszył się. A ja razem z nim.

– Nauczysz mnie medytować? – zapytał po masażu.

– O! A dlaczego?

– Bo jak mnie masowałaś to widziałem takiego mnicha w pomarańczowym ubraniu. Powiedział mi, żeby Cię poprosić i że to mi pomoże.

– Aha… – uśmiechnęłam się. Teraz to ma sens…

– Też go widziałaś prawda? – przed spojrzeniem tego dzieciaka wiele nie mogło się ukryć.

– Chodź – wyciągnęłam do niego dłoń – pójdziemy popatrzeć trochę na chmury na niebie. Taki ładny mamy dzień…

Pamięć

Gdybyś miała możliwość zachować tylko jedno wspomnienie, co by to było? Trafia mnie pytanie zadane po angielsku.

Przymykam oczy. Przez chwilę umysł przewija klatki ze zdjęciami, ludźmi, przedmiotami, miejscami. Tymi wszystkimi fascynującymi doświadczeniami, które nie raz pozostawiały mnie bez słów, z sercem roztopionym i nienazwanym zachwytem. Ale to nie to. To też nie to. Bez tego też mogłabym żyć. I to, gdyby miało odejść, pożegnam. Tamto ważne, ale nie aż tak. Żaden przedmiot. Żaden człowiek. Nawet mój pies… (więcej…)