Zaznacz stronę
Aloha myśl w poniedziałek

Aloha myśl w poniedziałek

Ufaj. Jak? A czy jako płód cokolwiek wymuszałeś?

W łonie matki po prostu byłeś, poddawałeś się procesowi wzrastania, formowania, z ufnością pływając we wnętrzu naturalnego rytmu, który wie kiedy i co ma się zjawić. Więc wróć do początku, do łona, do tej pierwotnej jakości i ufności…

Aloha myśl w środę

Aloha myśl w środę

Jeśli uważasz, że lubisz dawać… 

Cóż… 
Podaruj komuś coś, co jest dla ciebie naprawdę ważne. 
I zobacz co się wydarzy…

Jeśli szukasz, znajdziesz

Jeśli szukasz, znajdziesz



Szukasz swojego miejsca. Wędrujesz tu i tam, a czasem jeszcze dalej. Nie masz mapy, bo przecież nie wiesz, gdzie jest to, czego szukasz. Jak znajdziesz, poczujesz, że to jest to. I możesz pytać po drodze innych o drogowskazy, i usłyszysz rady, i jedyne co wiesz, że musisz zrobić to szukać dalej, bo to czyjaś prawda, a nie twoja. Więc idziesz. Czasem myślisz, że potrzebujesz odpowiednich warunków do tego by się wyciszyć, by względną równowagę względnie wewnętrzną złapać. Więc wędrujesz tu i tam, a czasem jeszcze dalej. Dźwięki bez liku mijasz. I czasem poprosisz kogoś by zagrał coś, i czasem on gra, ale wiesz, że to nie to, że szukasz czegoś czego nikt inny wygrać nie zdoła, tylko jeszcze nie słyszałeś, więc nie wiesz dokładnie o co chodzi, ale jak usłyszysz, poczujesz, że to jest to.

Szukasz swojego talentu. Wędrujesz tu i tam, a czasem jeszcze dalej. Przyglądasz się jak z pasją inni tworzą, że to płynie, że coś ich wewnętrznie napełnia, nakręca, napełnia i ty też byś chciał, ale wiesz, że to nie twoje, że to ich, że ty masz gdzieś swoje, tylko jeszcze nie wiesz gdzie, ale jak znajdziesz, będziesz wiedział, że to jest to. Miłości też czasem szukasz, czasem trwa to parę lat, a czasem całe życie. I poznajesz tego i owego, rozmawiacie, śmiejecie się, kochacie skąpani w słońcu, gdzieś i po coś idziecie, ale czujesz, że to nie to, że jak to znajdziesz, będzie pewność, że to jest to. I czasem chcesz tego wszystkiego na raz. Tak bardzo chcesz teraz już dziś… I dość tej niepewności. I dość tej tułaczki. I dość wędrowania. Ale ty wiesz, że czasem właśnie tak trzeba. Iść. Pytać innych. Smakować. Słuchać. Doświadczać. Mieć znaki zapytania. Gubić się. Oddalać. Przyglądać. Właśnie tak… Bo przyjdzie taki dzień kiedy usiądziesz zmęczony marszem, weźmiesz głęboki oddech, popatrzysz w niebo, zamkniesz oczy i… Poczujesz, że właśnie tu gdzie się zatrzymałeś jest twoje miejsce, że równowaga utrzymuje się w swej względności właśnie tu, że dźwięk, którego poszukiwałeś jest tu i wybrzmiewa wewnętrzną orkiestrą, że płynie w tobie nieprzerwany strumień mocy, który może wykreować wszystko, że kochasz, właśnie dziś i właśnie teraz i to jest właśnie TO.

Szukasz. Znajdujesz. Masz TO. Idź. Nie poddawaj się. Błądź. Odnajduj. Ale pamiętaj by na chwilę przysiąść TU w TYM. Wziąć głęboki oddech i zobaczyć, że to za czym wędrujesz, jest w TOBIE i szło z tobą krok w krok. Dzień odpoczynku przyjdzie naturalnie. Będziesz wiedział, że to właśnie dziś, że tu, że sam lub z kimś. Odpowiedni moment sam cię odnajdzie, a ty wiesz, że jedyne co masz zrobić to poddać się tej chwili… A kiedy znajdziesz… No wtedy nikt, ale to absolutnie nikt i nic nie będzie ci w stanie tego odebrać. I podejmiesz wszystkie kroki by dochować temu wierności, by pielęgnować, by kochać. Bo poczujesz, że TO jest właśnie TO i warte było wędrowania…

Alchemia prostoty

Alchemia prostoty



Kiedy los zegnie Cię w pół, nie udawaj silniejszego niż jesteś. Pozwól się zgiąć zgodnie z kierunkiem jaki wyznacza życie. Bądź pokorną trzciną, w zielonym wygięciu znajdującą wygodę, poszerzającą swoją elastyczność. A kiedy będziesz już tak blisko ziemi, że bliżej się nie da, nie próbuj walczyć i za wszelką cenę podnieść jak najszybciej. Faktura twojej formy sama się wyprostuje w swoim tempie. Wiatr przygniecie, wiatr podniesie, wiatr wyrwie z korzeniami, wiatr przeniesie dalej, wiatr zatańczy swój taniec jak Shiva niszczyciel. Daj się porwać, poddaj, opadaj niżej i niżej, swobodnie, obserwując jak twoje ciało opada, a ty schodzisz głębiej w siebie by tam chwilę pobyć i podziwiać to co skryte poniżej poziomu, który już poznałeś. Daj się ponieść życiu w nowe regiony siebie samego. Nie walcz z niewygodą. Zatrzymaj się nawet jeśli właśnie wybucha wulkan. A może zwłaszcza wtedy… Weź trzy głębokie oddechy, a zdziwisz się, jak szybko twoje wewnętrzne warstwy zaczną się rozluźniać, a w miejscu napięcia pojawi się nowa przestrzeń.

Bez miękkiego wnętrza małży nie narodziłaby się siła perły. Pozwól sobie na słabość, a zobaczysz jak szybko minie transformując się w moc o jaką się nie podejrzewałeś.

Spoglądam na spokojną taflę jeziora. Trzcina szumi przekazując cenne lekcje. Zginam się tak nisko jak i ona. Obserwuję to, co przy ziemi. Nisko niziuteńko. I tak nagle jak zawiał wiatr przygniatając tak nagle porywa ku górze i niesie hen ku rzęsom słońca zaczepiając po drodze lokalne ptactwo. Nigdy nie wiesz kiedy gdzie i jak może się wszystko zmienić. Czasem tak nagle. Czasem tak po prostu. Czasem tak naturalnie. Nie wiesz, więc po co stawiać opór…

Nogi idą nowymi ulicami nowego miasta. Daję się im prowadzić. Nie mam ochoty nigdzie dojść. Po prostu cieszę się wędrówką po nieznanym. Prostota dnia jest tym wszystkim czego mi teraz potrzeba.

Proste słońce świeci. Prosty wiatr wieje. Proste drzewa szumią. Proste ptaki lecą. Prosta trzcina faluje. Prostym powietrzem oddycham. Bez oporu. Bez buntu. Bez oczekiwań. Bez wszystkiego i ze wszystkim jestem. Na dziś to wystarczająco dużo…

Wewnętrzna kontemplacja

Wewnętrzna kontemplacja

Jestem teraz drewnianą szkatułką, która kontempluje samą siebie od środka. Szkatułkowa ciemność wie, że istnieje świat na zewnątrz, bo czasami czyjaś ręka podnosi wieko i wpuszcza fragmenty tego, co po tamtej stronie. Czasem coś do środka wkład, a to papier, a to pierścień, a to piórko. Ciemność na chwilkę się rozprasza, a cztery kąty wnętrza i denko zyskują nową perspektywę. Ciekawe co następnym razem zobaczę?
Pierwsze otwarcie to powiew niezwykłości. Och, jak pięknie jest na zewnątrz, tyle nowego i wcale nie z drewna zrobione, wcale nie ze ściankami, wcale nie kwadratowe! 50 otwarcie przynosi okrzyk: Och, jak cudownie jest podziwiać światło wpadające do wnętrza w chwili otwarcia. 100 podniesienie wieczka: Och ręka, która otwiera mnie na świat jest tak cudownie miękka, tak długo w zamknięciu tkwiło pudełko, że oniemiało na widok błękitnej pary oczu wpatrujących się w denko. 500 otwarcie to niecierpliwe wypatrywanie co nowego wpadnie do środka i spocznie na spokojnym dnie. Drewniane pudełko bardzo lubi przecież nowe przedmioty i z namaszczeniem analizuje je z chwilą kiedy wieczko opada. Och, jak cudownie jest wypełniać się nowym i nowym i trzymać je w sobie aż nowe stanie się obeznane. Och, jak bolesne są rozstania z każdym odpoczywającym na dnie przez lata przedmiotem. 1000 otwarcie to pytania co wpadnie lub z czym przyjdzie się rozstać. 5000 otwarcie, świat na zewnątrz staje się mało ciekawy, wpadające do środka rzeczy ciągle te same, sentymentalne słowa, słodkie fotografie i zmieniający się na nich ludzie, muszle, pukle włosów, pierścionki, pocztówki z dalekich krajów, kamyki. Wnętrze robi się już takie ciasne, aż pęcznieją drewniane ścianki i już ledwo widać ciemność.
10000 otwarcie i dobrze znana ręka sięga do środka i… wyjmuje wszystkie przedmioty, jeden po drugim, a z niebieskich oczu sączy się słona woda. Powoli drewniane pudełko odzyskuje swoją przestrzeń. I ze zdziwieniem stwierdza, że nie czuje żalu, kiedy staje się puste, i wcale nie myśli o tym co na zewnątrz, tylko z utęsknieniem czeka aż ręka zamknie wieczko. Nareszcie, upragnione klap! Czerń.
Drewniana szkatułka zanurza się w swojej cichej, drewnianej przestrzeni i już nie czeka na otwarcie. To nie ma znaczenia, nawet jeśli wieczko znowu się podniesie, a w raz z nim pojawi się ręka z jej właścicielem i jego światem. To nie ma już znaczenia. Drewniany wewnętrzny świat, drewnianej przestrzeni, drewnianej ciemności, drewnianego spokoju staje się niewzruszony na to, co na zewnątrz.

O planach, cierpliwości bądź jej braku i paru innych sprawach

O planach, cierpliwości bądź jej braku i paru innych sprawach

Miałam plan. Bardzo dobrze skonstruowany. Że tego i tego dnia ma się wydarzyć to i oto. Że w rok to i tamto. A po kilku latach to jeszcze więcej tamtego. Że… no ma być jako zapisałam, nakreśliłam. Kontrolny kompas w dłoni umieściłam. By iść. By widzieć. By nie stracić z oczu strzałki wskazującej kierunek. Ten, co to już obrałam przecież. I ruszyłam optymistycznie przed siebie. Wystarczyło kilka kroków w nieznane, by tuż za zakrętem plan zaczął się sypać. I łapałam rozpaczliwie każdy jeden punkt mojej egzystencji, komicznie podskakując, szarpiąc, ściskając kontrolną dłonią resztki tego, co zostało. Spociłam się, zmęczyłam okrutnie, więc usiadłam. Zadarłam głowę do góry i patrzyłam jak odlatują jedno po drugim, dobrze zaplanowane, zapisane, unormowane. Plany. Zostałam z niczym, a kiedy tak z tym niczym posiedziałam i zrezygnowaną nogą zaczęłam w piasku grzebać wzniecił się kurz. Zabulgotałam ze złości, że na co mi było to całe wychodzenie, że trzeba się było trzymać planu i tylko po swojej piaskownicy chodzić, a nie tak do cudzej ruszać. Głupia ty, oj głupia! Teraz masz, kurzu się nałykaj!

Siedziałam tak przez kilka dni, czy może już tygodni mojego życia i jedynie wzniecałam kurz. Coraz więcej kurzu. I wkurzałam się, że go więcej, że się wznieca, że nie opada tak szybko jak chcę, że bez sensu to wszystko, że za wolno, że miało być inaczej. No… tak jak zaplanowałam, że ma być. Aż któregoś dnia wkurzania się pod rząd, zmęczyłam się. Noga mnie rozbolała od tego kopania w piasek. Siły opadły. Więc położyłam się i robiłam nic. A kurz powoli opadał, opadał, aż opadł całkiem. I wtedy zobaczyłam kawałek drogi, taki tyni tyni bo tylko do zakrętu tuż za tym drzewem wielkim. Ciekawość usiadła na ramieniu i zaczęła szeptać, zachęcać, motywować: Idź dalej! Sprawdź co tam! Rusz śmiało! Eksploruj! Doświadczaj!
Wyrzuciłam mapy, sprzedałam kompasy, kupiłam dobre buty i z butelką wody ruszyłam przed siebie.
Nogi chcą iść. Nic mnie nie trzyma. Ja niczego nie trzymam. Wolę oszczędzać siły na drogę, po co trzymać coś czego i tak nie można zatrzymać?
Nie mam planu. Nie mam celu. Nie mam map. Z biletem w jedną stronę ruszyłam w życie. Tak cicho i niezauważalnie jak opadająca poranna mgła na gdyńskiej Polance Redłowskiej gdzie kiedyś gadałam ze wschodzącym słońcem…
I czasem w drodze znowu kurz się wznieca, tracę widoczność, percepcja przytłumiona. Więc zatrzymuję się. Cierpliwie (mniej lub bardziej ;-)). Czekam. Aż opadnie co ma opaść. Aż wyłoni się jasny obraz. Aż zobaczę gdzie dalej postawić krok. Bywa, że idę w zupełnie inną stronę niż dotychczas. Bywa, że znajduję na swojej drodze wielką skałę, której za nic nie można obejść, ale jeśli dobrze się jej przyjrzeć można w niej znaleźć pęknięcie i w nie wejść, by wyjść w nowej rzeczywistości. Bywa, że pełna otarć i siniaków zastanawiam się ile jeszcze… Bywa, że tracę cierpliwość i zaczynam kopać, a kurz wgryza się w oczy. Bywa, że jeden krok zajmuje całe lata. No bywa, bo przecież tak to jest już w życiu, że w nim bywa to i owo.
Choć droga bywa mało komfortowa, idę. Choć czasem cierpliwości mi brak by czekać, czekam. Choć przywykłam do siebie z teraz, porzucam ten hologram. Choć nie mam mapy ni planu, i tak rozkoszuję się podróżą.
PS A czasem zachodzę do kawiarni, gdzie podają mi brązowy cukier w torebce na której stoi napisane: Wrzuć na luz. Więc wrzucam 😉
PS Moje słowa dziś wylały się dość metaforycznie. Więc… W kilku żołnierskich słowach Jacka Walkiewicza, jednego z najbardziej cenionych polskich mówców i trenerów to, co Kawula miała na myśli ;-).

Obserwując życie mogę też powiedzieć, że czasami trzeba dojść do samego dna. Nie po to, żeby się odbić, ale po to, żeby zobaczyć taką wąską szczelinkę – przejście do innego świata. Aby coś zmienić trzeba pozwolić sobie na ogromny dyskomfort. Trzeba sobie pozwolić na zatrzymanie. Statek, który płynie do przodu czasem musi zatrzymać śruby, czyli stanąć, i potem kręcić nimi w inną stronę, by skręcić. Zmiana w biegu nie jest prosta. Zmiana to przecież jakieś rozstanie ze swoją tożsamością lub jej częścią i zrobienie miejsca na nową, której jeszcze nie znamy, którą musimy dopiero zdobyć. Czyli musimy po drodze przejść przez fazę, w której nie mamy żadnej tożsamości.