Zaznacz stronę
Historia pewnego nasionka…

Historia pewnego nasionka…

DSCN3968Dawno, dawno temu, za siedmioma morzami, siedmioma górami i siedmioma oceanami, było sobie małe nasionko. Tak naprawdę pozbawione życia. Ot, suchy kawałek czegoś. W zasadzie to nawet nie wiadomo było co z nim począć, bo gdzieś się zagubiła ulotka co z niego może wyrosnąć. Wielu się nad nim głowiło, prowadziło wielkie dysputy ogrodnicze, oglądało pod lupami i obracało w blasku słońca. Aż pewnego dnia pojawiła się leśna rusałka. Uśmiechnęła się figlarnie do mądrych głów i powiedziała:

– Nigdy nie odkryjecie co z niego wyrośnie jeśli go po prostu nie zasadzicie.

– Ale gdzie je zasadzić? Gdzie najzdrowiej? Najoptymalniej? Gdzie będzie miało odpowiednią ilość słońca, no i jaką tak naprawdę jego ilość potrzebuje? A co z wodą? No to też nie wiemy, czy nad rzeką, czy na pustyni. A jaka ziemia? No przecież ziemia taka ważna! To poważna sprawa, trzeba wziąć pod uwagę wiele różnych czynników! To bardzo poważna decyzja!

– Zamiast tyle się głowić, po prostu je zasadźcie, o tu, w tym miejscu, na tym wzgórzu, między tą zieloną trawą, gdzie ścieżynka leśna z miejską się splata.

Och wielkie wywołała poruszenie propozycja rusałki, która tak całkiem nieroztropnie chciała z małym ziarenkiem postąpić. Ale po kolejnych naradach siwe głowy podjęły decyzję: Zasadzić, tu i teraz. Na tym wzgórzu, gdzie ta trawa, leśna ścieżynka i miejska obok niej.

Bardzo się bali, oj bardzo. Wykopali mały dołek, z lękiem popatrzyli na nasionko. Jak ono sobie poradzi w tej ciemnej ziemi? Czy się przebije na światło? Czy wody mu starczy? Czy ciepło mu będzie? Z troską wyściełali dołek wyschniętą trawą, żeby ziarenku miękko było. Wlali trochę wody, żeby miało co pić. Przykryli pulchną ziemią, żeby miało co jeść.

I poczuli się dziwnie szczęśliwi. Ich ziarenko w końcu było tam, gdzie być powinno. Ale czy na pewno?

Po pewnym czasie, kiedy nic nie kiełkowało, ani nawet tyci tyci zielony kiełek się nie pojawił nad ziemią, zasępili się uczeni. Jeden drugiego począł oskarżać o lekkomyślność i głupotę zwykłą, że tak zaszaleli nieodpowiedzialnie. Zupełnie wbrew ich naukowej naturze. Żeby zwykłej leśnej rusałki posłuchać i tak po prostu nasionko zasadzić. Podjęli decyzję, że należy ziarenko natychmiast odkopać i uratować, a potem zdecydować o dalszym jego losie. Pobiegli na wzgórze, gdzie trawa szumiała, a ścieżyna leśna z miejską się stykały. Odnaleźli miejsce, w którym tak lekkomyślnie zakopali nasionko. I już jeden z nich nachylił się, żeby rozkopać ziemię, kiedy zobaczyli rusałkę. Jak śmiała się tu znowu pojawiać!? Czyż nie uczyniła wystarczająco dużo złego?

– Czego tu panowie szukacie?

– Niewiasto leśna, omamiłaś nas! W mądrych głowach namieszałaś! Już się nie nabierzemy po raz drugi! Przyszliśmy z odsieczą, nasze nasionko ratować trzeba! Kto wie, czy ono tam pod tą ziemią jeszcze żyje?! Pewnie już całą wodę wypiło, a sianko już grzać przestało. Biedaczysko się tam zmarnuje i już nigdy nie odkryjemy jaki miało potencjał i co z niego powinno wyrosnąć! Trzeba przeciwdziałać, póki jeszcze możemy, może nie jest za późno!

– Ale czyż nie byłoby rozsądniej wstrzymać się jeszcze trochę? A co jeśli ono całkiem bezpieczne powolutku się otwiera i nieśmiało rozeznaje w nowym środowisku?

– Nie, musimy wykopać!

– Ale zdajecie sobie sprawę z tego, że jeśli to uczynicie, możecie je zabić? Że już nie można go po raz drugi zasadzić?

Och, znowu nastało wielkie poruszenie na wzgórzu, pomiędzy trawą, gdzieś gdzie droga leśna z miejską się tulą do siebie. Faktycznie, rusałka może mieć rację. A co jeśli? No co jeśli to prawda? Co jeśli? Panowie?!

I jednogłośnie zdecydowali jednak pozostawić nasionko w spokoju w ziemi. Z drżącymi sercami i na starych już nogach zeszli ze wzgórza, zostawiając za sobą, trawę, dwie dróżki i rusałkę.

Mijały lata, a oni nie mieli odwagi zmierzyć się ze swoją decyzją. Bali się tak mocno, że w chwili szaleństwa zabili nasionko! Odebrali mu szansę na godne życie w odpowiednich dla niego warunkach! Pisali mądre rozprawy naukowe, stawiali wiele jeszcze mądrzejszych hipotez zyskując sobie aprobatę najmądrzejszych naukowców. Rozprawiali co mogło z nasionka wyrosnąć, jeśli w ogóle coś… Strasznie ich sumienia męczyły. Aż znowu zjawiła się ta leśna rusałka.

– I nad czym znowu rozprawiacie o wielcy tego świata?

– Nad losami naszego nasionka, lata temu zasadzonego tak lekkomyślnie…

– A czy nie lepiej będzie iść i przekonać się na własne oczy?

– Jak to IŚĆ i się PRZEKONAĆ? To przecież zbyt wielkie ryzyko! A co jeśli odnieśliśmy porażkę i już do końca dni przyjdzie nam żyć z jarzmem tak ciężkim, jak ciężka była ziemia przykrywająca nasze nasionko?

– A co jeśli odnieśliście sukces?

– No faktycznie, nie pomyśleliśmy o tym…

I poszły mądre siwe głowy na wzgórze. A kiedy doszły na miejsce dostrzegły, że tam gdzie trawa, rośnie przeogromny dąb, a jego korzenie lawirują odważnie między dwiema ścieżkami, tą leśną i miejską. I nie widać ich początku ni końca. Uradowali się przeogromnie! I krzyczeli coś o eurece. I wymachiwali rękoma. I kręcili ze zdumienia siwymi głowami, gdzie już łysina spora. I pobiegli ile sił w starych nogach do laboratorium, gdzie w szufladkach pochowane inne nasionka bez tożsamości. I poczęli je sadzić na innych wzgórzach, między inną trawą i innymi ścieżynkami. A ich koledzy wielcy naukowcy, kręcili głowami w niedowierzaniu, że tak to można na starość oszaleć i z mędrca teoretycznego dojść do szaleńca doświadczalnego.

Rusałka zaś przyglądała się temu wszystkiemu z błogim uśmiechem na rumianej buzi, przeskakując z jednego drzewa na drugie.

Iść?

Iść?

DSCN3358

Ludzie się mnie boją. Kiedy mnie widzą truchleją, płaczą, załamują ręce, kopią, czasem krzyczą albo się złoszczą, a czasem siadają i czekają, jakby czekali aż zniknę. Najczęściej jednak odwracają się ode mnie z pogardą i odchodzą. Nie chcą mieć ze mną nic do czynienia. Czasem zduszą na mnie papierosa, wypiją tuż obok piwo, pokręcą nosami, obsikają. Myślą, że tak mogą sobie ulżyć i że się tych ich zachowaniem przejmuję. Nic z tego. Choć szczerze mnie nie znosisz, jestem tu dla ciebie i nigdzie się nie ruszę… Jeśli ode mnie odejdziesz, znajdę cię, jeśli uciekniesz pojawię się tuż za zakrętem… Możesz polecieć na Księżyc, tam też będę. Kiedy masz ze mną niezałatwione sprawy bywam gorszy niż komornik…

Wyglądam różnie. Naprawdę to wszystko zależy od tego kto się do mnie zbliża. Z daleka widzę zarys sylwetki, wyczuwam lekkość bądź ciężar kroków, woń tak charakterystyczną jaką może wydać z siebie ktoś, kto się boi… I w zależności od natężenia zmysłowego odbioru dopasowuję się do potrzeb tego, który niedługo stanie przede mną. Wiem co jest dla ciebie najlepsze. Naprawdę… Jednym stawiam wysoko poprzeczkę tak, że często nie mogą dostrzec co jest za mną, innym uchylam rąbka tajemnicy i kuszę fragmentem ogrodu, który kiedy tylko się w niego wejdzie ujawnia mnie kolejnego…

Mogę policzyć te jednostki, które zdecydowały się mnie przekroczyć, a kiedy było już po wszystkim, wracały i dziękowały, że tu byłem, właśnie w tym punkcie ich życia. Że zrozumiały po co byłem… I możemy chwilę porozmawiać jak równy z równym… Niestety, tylko raz na jakiś czas trafia się ktoś, kto krzyknie: – Tyś mi przyjacielem! A wtedy rozstępuję się, rozpływam, by mógł przeze mnie przejść po to, co skrywam za plecami… Słodki nektar zwycięstwa, poszerzonej percepcji, odpuszczenia, poddania się… Jestem naprawdę hojny… Nie szczędzę promieni słonecznych.

Cześć jestem twoim Progiem. Twoim Problemem. Twoim Zmartwieniem. Czy starczy ci odwagi by mnie przekroczyć?

Jest jak jest i jest okej

Jest jak jest i jest okej

DSCN3869

Wszystko jest w porządku takie jakie jest. Poranna sztywność ciała i pierwsze oddechy je budzące. Suficka muzyka w porannej modlitwie  i pokorny szum trawy znoszącej kolejny wybuch gorąca. Podróż do miasta obok. Cisza spokojnego serca. Łzy wzruszenia kiedy uwalnia się kolejnych wewnętrznych więźniów i patrzy jak przemienieni w piękne ptaki lecą wyżej i wyżej, aż całkiem znikają w chmurach. Radość z drogi, która nie ma początku ani końca. Wdzięczność ze spotkań tych przypadkowo-nieprzypadkowych. Wędrówka przed siebie, gdzie ludzie, gdzie ich brak, gdzie cisza, gdzie dźwięki, gdzie ja, gdzie woda w centrum miasta i nogi w niej schłodzone. (więcej…)

Bezimienna

Bezimienna

cień

Gdynia. Chodnik. Skrzyżowanie ulicy Legionów z Redłowską. Zwykły dzień, jakich wiele w naszym życiu. A jednak…

– Mamo, a czy jak będę dorosła to będę pamiętała swoje imię? – pyta około pięcioletnia dziewczynka.

– A teraz nie pamiętasz? – dziwi się matka?

– No nie zawsze… A czy to takie ważne by znać swoje imię? (więcej…)

Życie

Życie

roslinka

Im bardziej jestem żywa, tym większe mam wrażenie, że umieram i wcale mnie to nie martwi. Każde poranna przebudzenie to kolejne narodziny. Czasem w bólu, czasem w lekkości bytu wynurzam się.  Każda wędrówka ku nocy to nowa śmierć. Rano budzę się inna, wyłaniam się z niebytu, noc wypluwa mnie ze swego czarnego łona i wraz z lepkością mgieł na łąkach, rodzę się. I zanim otworzę oczy, mija chwila w której jestem bez pamięci. Z trudem przypominam sobie kim jestem, jakie mam obowiązki, że trzeba jeść, myć się, spotkać z kimś, coś zrobić, a czegoś zaniechać. Każdy poranek daje mi nowe ubranie uszyte specjalnie na potrzeby tylko jednego dnia, danej chwili. Jutro z nich już nic nie pozostanie. Zbędne szaty rozpływają się, unoszą na wietrze, wolne gdzieś lecą, a ja nie boję się chwilowej nagości nim nowy dzień ubierze mnie na nowo… (więcej…)

Chleba naszego powszedniego

Chleba naszego powszedniego

DSCN3216

Moja pamięć jest wybiórcza. W zasadzie wiele z mojego życia nie pamiętam. Próbowałam odblokować, próbowałam unieść zapadki, próbowałam odczarować. To co tam, jest tam. Teraz jest teraz. Terapia dużo mi dała. Ale nie wróciła mi pamięci. Mieszkają w niej tylko fragmenty mojego „tamtego” życia. Tego sprzed wielu wielu lat. To tak jakbym śniła i zapominała sen zaraz po przebudzeniu. Żyłam, ale nie wiem gdzie, no bo skoro nie pamiętam… Od kilku lat jest inaczej i mogę wręcz z detalami odtworzyć niemal każdy dzień. Może to dlatego, że odzyskałam siebie w pełni? Że cała jestem zanurzona w swoim życiu? Może… Któż to wie? (więcej…)