Zaznacz stronę
Wyjście z szafy

Wyjście z szafy

Jak zacząć? Jak się zmotywować? Jak?
Z każdego kąta Internetu krzyczy motywacja.

Mówią mi: jesteś wytrwała, odważna, konsekwentna. Jak to się robi? Skąd bierzesz motywację?

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, bo tak naprawdę nigdy nie potrzebowałam zachęty do działania. To czego potrzebowałam najbardziej to wyjść z szafy, w której się chowałam (dosłownie), kiedy świat zewnętrzny mnie przerażał, a ciało ściskał smutek, który momentalnie oblepiał ściany szafy i moje powyciągane, ciemne ubrania.
Potrzebowałam odwagi, żeby odezwać się na lekcjach, bo choć znałam odpowiedzi na pytania, wybierałam milczenie. Ze strachu. Potrzebowałam zrozumienia, dlaczego zadaję swojemu ciału ból, żeby cokolwiek poczuć? Potrzebowałam tego, żeby ktoś nauczył mnie emocji.

Miałam marzenia. Kilka z nich zrealizowałam. Smutek przyćmił je wszystkie. Nawet dziś, kiedy o tym myślę, przykro mi. Współczuję sobie tamtej. Miałam tyle powodów do świętowania. A ja trzęsłam się ze strachu, że to nie prawda, że ktoś przyjdzie i mi odbierze to, na co zapracowałam, że to mi się nie należy, że może jednak mogłam zrobić więcej.

Patrzę na rosnące w potęgę konta instagramowe ludzi, których cenię, patrzę na publiczność jaką dookoła siebie gromadzą, na ich sukcesy, które też same z nieba nie spadły przecież i myślę: cholera, może gdybym przez większą część życia się tak nie bała, byłabym w innym miejscu, może spałabym spokojniej, może pojechałabym na pierwsze od kilku lat wakacje, może byłoby mi trochę łatwiej.

Dziś wiem, że nie brakuje mi talentu, samozaparcia, szaleństwa i siły. Dziś strach nie związuje nóg i nie zatrzymuje w łazience z rozstrojem żołądka. Nie dręczą mnie koszmary i nie zgrzytam zębami. Wierzę w siebie coraz bardziej, choć nadal są dni, kiedy najchętniej schowałabym się w szafie. Zamiast tego robię kolejny masaż. Albo przeprowadzam z kimś wywiad. Albo piszę artykuł. Albo zjadam paczkę delicji o smaku jagodowym, trochę popłaczę, dużo przeklinam, jeszcze więcej narzekam, a potem staję na parapecie, który szumnie nazywam balkonem, oddycham tak głęboko, jak tylko w danej chwili potrafię i myślę: doszłam tu sama, po swojemu, przez większą część czasu zgarbiona, zawstydzona, w podartych spodniach i jednej parze butów. Utrzymuję się sama. Mieszkam w Gdyni, mieście moich marzeń. Mam kilka prac, które dają mi satysfakcję (choć nie zawsze pieniądze). Mam świetnych ludzi dookoła. Nie mam kredytu. Nie pożyczam pieniędzy. Nie mam długów. Czasem stać mnie na drobne przyjemności, a czasem na większe. Patrzę na to wszystko i to jest cholerny powód do dumy.

To moja motywacja. By iść dalej, po fajną sukienkę, nowe buty. Wyprostowana i mniej zawstydzona.

A Tobie, czego potrzeba, by zobaczyć siebie? Czy mogę Ci w tym pomóc? Znasz mnie już trochę, pytaj, pisz, proś, razem można więcej. Kiedyś tego nie wiedziałam, o ileż byłoby mi łatwiej. Dlatego jestem dla Ciebie. Wysłucham, wymasuję, a jak mi naprawią ekspres do kawy (cierpię już półtora tygodnia bez mojej maszyny!) to ugoszczę kawą. Dziś mam siłę, podzielę się. (I nie tylko dlatego, że zjadłam paczkę ciastek zionę energią, raczej dlatego, że ćwiczę z Qczajem, rozsadza mnie życie).

Wola zmiany silniejsza niż strach

Wola zmiany silniejsza niż strach

Poznałyśmy się rok temu. Obie byłyśmy wtedy w punkcie dużej zmiany. Ja akurat przeprowadzałam się z Niemiec do Gdyni, ona szukała w sobie odwagi by rzucić pracę i zająć się tym, co sprawi jej radość. Ja przyjechałam akurat do Gdyni pomasować moich klientów, ona znalazła mnie i powiedziała, że bardzo teraz właśnie Lomi Lomi Nui potrzebuje. Na nową drogę, na wzmocnienie, na oswojenie lęku przed zmianą, na dodanie sił by pójść w nieznane i się nie cofnąć.

Zamieszało się w rzeczywistości, zakotłowało, zabulgotało i… Dokładnie rok później spotykamy się u niej! Trafiłam na jej sklep internetowy i zapragnęłam balsamu do ciała o oszałamiającym zapachu mango ;-).  Witają mnie dwa koty, zwłaszcza Kot Leon taki bardzo psi uprasza się ciągle o głaski.  Zostałam ugoszczona zielonym koktajlem, który przyjemnie nie orzeźwił.  I jak to ze mną bywa, podpytałam co u niej, bo zmiana ogromna!  Z zaciekawieniem słuchałam  opowieści. Dużo się przez rok wydarzyło. Agnieszka prowadzi już swój sklep internetowy, dostała dofinansowanie na rozwój działalności i inspiruje ludzi do zdrowego życia. Ależ przyjemnie widzieć jak człowiek się zmienia i sięga po swoje marzenia. Kiedy ktoś mimo strachu idzie do przodu. Kiedy ktoś, mimo niepewności, podejmuje ryzyko i wybiera to, co mu w duszy gra.

A łatwo nie było… Poznajcie Agę Fiszer-Kosińską.

Agnieszka po studiach wyjechała na 7 lat do Stanów. Pracowała jako opiekunka do dzieci, a potem w hotelarstwie zaliczając różne szczeble „kariery”. Potem wraca do Polski, próbując się odnaleźć w rzeczywistości. Kolejnych 7 lat mija jej w Warszawie, nadal w pracy, która coraz bardziej męczy i stresuje. Ratunku szukała w bieganiu. Założyła nawet grupę „Wola biegania”, przez chwilę była też trenerką fitnessu.

– Ogólnie temat zdrowia zawsze był mi bliski, ale nie wiedziałam jak zająć się tym zawodowo. Byłam dość nieszczęśliwa, ale brakowało mi odwagi. Bałam się co na mnie może czekać poza strefą komfortu. Myślałam, że jak się przeprowadzę do Trójmiasta to będzie lepiej. Było o tyle fajniej, że miałam morze pod ręką, ale nadal byłam nieszczęśliwa i tkwiłam w pracy, która mnie strasznie stresowała i spalała.

Nic nie było w stanie mnie zrelaksować… Tak się złożyło, że mojej koleżanki z działu ojciec robił akupunkturę. Był kiedyś lekarzem, chirurgiem… I tak zaczęłam do niego chodzić. Ale to nie były zwykłe sesje… Czasem siedziałam u niego ze trzy godziny. A on na mnie najpierw nabijał na igły, potem jakieś bańki, muzyczka, a potem rozmowa terapeutyczna… Oj dużo mi to wtedy dało… Podsuwał mi też książki do czytania, a jedna, która mi zrobiła najwięcej dotyczyła właśnie odwagi… Potem trafiłam do Ciebie na masaż, a potem wyjechałam na tydzień w Bieszczady. Chodziłam po górach, medytowałam, modliłam się. Już naprawdę nie wiedziałam jak mam zmienić swoje życie i co robić. Wiedziałam jedno, że już nie wrócę do mojej pracy i nawet jakbym miała pracować gdzieś w sklepie za mniejsze pieniądze to już mi wszystko jedno.

Taka zrezygnowana trochę opowiadałam moje postanowienia koleżance: wiesz, co, będę pracowała sklepie, będę robiła zupełnie coś innego niż dotychczas i pomyślę co dalej. A ona na to: ale dlaczego masz pracować w sklepie u kogoś, skoro możesz sama założyć sklep. – No tak! Mogę! Potem rozmawiałam z kimś innym i mówię: Będę miała sklep, ze zdrową żywnością, suplementami, fajnymi kosmetykami. – No ale wiesz, sklep to duży nakład finansowy, duża inwestycja, może sklep internetowy? No i zaskoczyło! Jasne, że tak!

I tak przez  tydzień w Bieszczadach narodził się nowy pomysł. Już wtedy wiedziała też, że chciałaby studiować medycynę chińską. Znalazła idealne miejsce dla siebie i to w Gdańsku (TOMO  Trójmiejski Ośrodek Medycyny Orientalnej).

– To jest coś zgodnego ze mną. Bardzo do mnie to wszystko przemawia i chcę się tym też dzielić z innymi. Ogólnie to uczyłam się chińskiego przez rok. Pracując w hotelu miałam sporo kontaktów z Chinami. I ogólnie nie mogłam się z klientami dogadać mimo że rozmawialiśmy po angielsku. Gdzieś nasza komunikacja się rozmijała. No to pomyślałam, okej, zacznę uczyć się chińskiego. I tak zaczęłam poznawać tę kulturę. Oni w ogóle mają inną mentalność i myślenie… I wiele nieścisłości wynikało właśnie z tego…

Czy miewa jeszcze wątpliwości? Jasne… Bo te pierwsze kroki wymagają troski, wsparcia i dużo siły by nie zawrócić w utarte koleiny. A czasem to bardzo by się chciało po prostu zwiać!  Aga nie daje się podszeptom krytyka wewnętrznego i raz w miesiącu korzysta z biznes coachingu bo czasem ją  to wszystko przytłacza i nie wie do końca jak się w tym nowym odnaleźć.  Przyznaje, że łapała naprawdę duże doły.

– Za dużo siedziałam w głowie i za bardzo wierzyłam w te wszystkie mało wspierające słowa, które sobie mówiłam. Teraz uczę się, żeby nie być dla siebie taką krytyczną i pogłaskać się kiedy trzeba, pochwalić, położyć fajny balsam na czasem zestresowane ciało, dać sobie więcej luzu i dalej iść do przodu i realizować postawione cele. Bo ja się dopiero rozkręcam!

Ciekawość w zachwycie

Ciekawość w zachwycie

dscn6334

Czasem czuję się jak kosmitka, która z miłości do ludzi, ku niezrozumieniu pobratymców, postanowiła zamieszkać na Ziemi, by poznać, pobadać, zachwycić się jeszcze mocniej, zadziwić. I choć należę jednak do homo sapiens, nie przestają mnie fascynować moi znajomi i nieznajomi bracia.

Mamy tyle barw, odcieni, tonacji, akordów do wygrania. Każdy jest niczym osobny Wszechświat do odkrycia. Po jego orbicie krążą tylko jemu znane wizje, marzenia, smaki, przekonania. Co jakiś czas, gdzieś pomiędzy jego planety rzeczywistości, dociera sonda i zbiera nowe dane, jeszcze przez nikogo nie odkryte. A potem jeden człowiek się dziwuje jak ten drugi może to lubić, oglądać, czytać, nie jeść, pić, ubierać, czesać się… A ten drugi dziwuje się temu pierwszemu bo on ma przecież inaczej. To nie mamy wszyscy tak samo?

To niezwykłe jak każdy z nas jest zachwycający, idealnie stworzony, skonstruowany z takich, a nie innych atomów.

Wierzę, że każda jedna napotkana osoba mówi mi coś o mnie samej. Nawet jeśli jest to przypadkowo-nieprzypadkowe trącenie się łokciami w zatłoczonym autobusie, przekazujemy sobie jakieś informacje. Coś w sobie nawzajem uzupełniamy i nigdy nie dowiemy się co to było, po prostu pewnego dnia to odkryjemy i już z nami zostanie.

Kiedyś miałam taki pomysł, żeby każdy spotkał każdego, żeby ludzie z całego świata spotkali się, popatrzyli sobie w oczy, opowiedzieli swoje sny, opisali życia, wymienili tym, co w nich najlepszego. Nareszcie doszłoby do połączenia w jedną całość. W jeden twór, jeden umysł. I już nikt nigdy nie czułby się samotny ani oddzielony. Pulsujące źródło ludzkich wszechświatów pomieści w sobie miliardy maleńkich atomów.

Nie wiem skąd we mnie ten zachwyt. Jestem tak ciekawa tych, których mijam na ulicy, jak i tych, którym już w oczy patrzyłam. Tych, którzy już przeminęli i tych, którzy dopiero nadejdą. Każde spotkanie jest dla mnie nowe, pierwsze, świeże, pełne bogactw jakie niesie dana osoba. I choćby było to nasze setne wspólne picie kawy, dla mnie jest niewinne, świeżo urodzone, z nowymi smakami i wrażeniami. Jestem jak dziecko, które ukochało sobie jedną bajkę i może ją oglądać nieskończoną ilość razy. Zawsze coś je zaskoczy, poruszy, zaciekawi. Choć zna dialogi na pamięć, zakończenie jest zawsze zaskoczeniem, na które warto czekać.

W dniu, w którym przestanie mnie zachwycać ta kosmiczna mozaika misternie ułożona i kierująca się jedynie sobie znaną logiką, umrę (choć może tu wcale nie ma żadnej logiki tylko czyste jestestwo). A wtedy narodzę się od nowa by zacząć proces przypominania. A stąd już znowu „do zakochania jeden krok”…

Intensywnie, inspirująco i masażowo czyli Kawula w podróży

Intensywnie, inspirująco i masażowo czyli Kawula w podróży

 

sok IMG_0006Dwa tygodnie magii, która dla mnie już powinna być codziennością, tylko ze swojego magicznego powodu nie przestaje mnie zaskakiwać i zadziwiać. Ruszyła Kawula do Polski masować, odwiedzać, spotykać, być. Podróż to była bogata w przeróżne doznania i wirująca intensywnością. Rodzinne spotkania po latach, odnowione kontakty, babcina drożdżówka i jajka świeżo wyciągnięte spod kury. Pociągi. Autobusy. Pozytywne zmiany okoliczności przyrody. Dźwięk walizki toczącej się po kostce brukowej i jazda oszkloną windą. Garść inspiracji fotograficznych Rafała Grądzkiego i jego opowieści o Stambule w Sztuce Wyboru w Gdańsku. Zawirowała dusza z sufimi oj zawirowała!

Spotkanie z nieznajomym sprzed kilku lat, który stał się już mniej nieznajomy po kilku wypitych kawach i spontanicznym seansie filmowym w kameralnym kinie.

Chwile z przyjaciółką i wspólne szwendanie się po naszej ukochanej Gdyni, zjedzone lody, wypite piwo, nawet chipsy były i gapienie się na fale, i kawy, i dobre jedzenie, i milczenie, i gadanie, i mądrości, i głupoty, i ‘oglądanie’ meczu przez Whats App :-).

I spotkania Lomi Lomi Nui. Też takie po latach. I takie całkiem świeże, nowiuśkie. Uwielbiam takie wyzwania. Kilkanaście masaży w krótkim czasie. Nie przestaje mnie zaskakiwać moje ciało, jego poszerzające się możliwości i siła w nim drzemiąca. I nie ma zmęczenie fizycznego. I głowa odpoczywa w falującej medytacji. I pusto. I lekko. I nawet jeść się nie chce. Więc jeśli przerwa pomiędzy masażami wypadała to myk, na plażę, twarz ku słońcu wystawić, najeść się ciepła do syta. Oczywiście wypić cappuccino, zamknąć oczy, czuć, smakować, być.

Te dwa tygodnie przyniosły mi dużo więcej niż się spodziewałam. Zabiło serce, rozbłysły oczy, pogłębił się oddech, przybyła fala nowego. Marzenia podskoczyły radośnie, bo przyszedł czas realizacji. Plany zacierają ręce bo się poukładały. Dusza powiedziała „nareszcie w domu”…

Decyzje zostały podjęte i osadzone w centrum Kawuli pilnują bym nie pobłądziła.

Wracam. Do jeszcze pełniejszej siebie. Wracam. Do szumu fal i gdyńskiego wiatru dzielącego się trójmiejskimi wieściami o wschodzie i zachodzie słońca. Wracam. Do znajomych ulic i nowych miejsc na nich wybudowanych. Wracam. Do ludzi tych których znam od dawna, mniej dawna i tych, których dopiero poznam. Wracam. Do nowych wyzwań, nowej jakości, nowego mieszkania. Wracam. Do Trójmiasta. Cała Kawula i jej pies. Niedługo pożegnam Niemcy, dziękuję za wszystkie cenne doświadczenia i idę dalej. Domykam sprawy, otwieram, sprzątam, układam, ogarniam, a kiedy nie ogarniam czegoś, rozkładam ręce i siadam by samo się działo…

Nie było łatwo przez te dwa tygodnie. Myśli kołatały się po głowie wywołując niepotrzebne turbulencje bo w finale wszystko się pięknie wyklarowało i puściło wolne w przestrzeń przynosząc jeszcze więcej spokoju i wewnętrznego uśmiechu. Musiałam na chwilę zaniemówić by usłyszeć głośniej intuicję, która dodawała odwagi i mówiła: ‘Kawula, tyle razy dałaś radę, poradzisz sobie i teraz. Będzie dobrze, a nawet lepiej. Czy kiedykolwiek Cię zawiodłam?’.

Chwilę przed odlotem zjadam o 7 rano śniadanie w Loveat na dworcu głównym w Gdyni. Sałatka, smoothie egzotyczny i… tak! Cappuccino! I przeżuwam powoli. Łykam. Smakuję. Obserwuję ludzi. Mam czas. Nie spieszę się. Wszystko jest tak jak ma być. Ktoś obserwuje mnie. Podobno wyglądałam na zmęczoną. A może jestem w ciąży… Uśmiecham się na te nowiny. Zmęczona po końcówki loków, ale to takie pozytywne zmęczenie, kiedy wraca się do domu po dobrze wykonanej pracy i zasypia snem jakiego się jeszcze nie doświadczyło… W ciąży… A jakże! Nowy etap w życiu w końcu się rodzi! Dopijam kawę i ruszam na lotnisko.

W domu czeka na mnie czworonogie szczęście. Jego radość i głupawka przeplata się z pretensjami dlaczego tak długo mnie nie było. W końcu Gandhi się uspakaja. Leżymy na podłodze. Jego kudłata głowa na moim ramieniu. Równomierny oddech. Jego i mój. Opowiadam mu o wszystkich przygodach ostatnich dni. Słucha. Czuje. I jest gotowy na te, które przeżyjemy wspólnie ;-).

A w skrzynce na listy niespodzianki! Pocztówki, listy, słowa pełne ciepła, pozdrowień, nadziei, radości, marzeń. Ucieszyłam się niezmiernie! Obcy ludzie z różnych stron świata! Była Majorka, Wyspy Kanaryjskie, Hiszpania, Niemcy, Madera. Każde jedno słowo dla mnie cenne, łączące mnie subtelnie z kimś gdzieś, kto czuje podobnie, kto dziękuje za kawulowe inspiracje, kto ma marzenia, kto się boi, kto pokonuje coś w sobie, kto żyje tu i teraz. Ja to mam szczęście! Wiem wiem pisałam już o tym, ale to wspaniałe być swoim własnym marzeniem. Dziś jestem znowu bliżej siebie niż dwa tygodnie temu.

Tymczasem pora na cappuccino. Zaraz trzeba ruszyć do kolejnych spotkań i rozprzestrzeniania lomi magii ;-).

Puściło się, niech leci…

Puściło się, niech leci…

DSCN3869Przestałam. Puściło się. Uwolniło.

Dni układają się same… W niedziałaniu działanie… Nie wyruszając docieram. Na powierzchni umysłu tworzą się fale. Po zwojach mózgu podróżują myśli… W ciele rodzą się emocje. Dziś nie reaguję. Obserwuję.

… kurczę, czy to się uda, jak by tu zrobić więcej, lepiej, szybciej… – acha… to jest myśl… ufff… [myśl łaskocze mnie swoim sprytnym ogonem zakończonym mieniącym się haczykiem… tym razem się na niego nie łapię].

… oj boli… zmęczenie… pulsujące żyły… oj boli… – acha… to jest tylko wrażenie z ciała, niech sobie jest… ufff… [nie mam dziś ochoty na podróż tego typu, dziękuję, poczekam… wrażenie oddala się ode mnie z poczuciem porażki].

… dlaczego ona tak postępuje… wkurza mnie to… przecież tak się nie robi… – acha… to jest emocja… ufff… [nie moja droga, tak szybko jak się pojawiłaś, tak szybko możesz iść w swoją stronę, tym razem nie skorzystam, tym razem nie potrzebuję cię do niczego… emocja rozpływa się jak poranna mgła].

Bo naprawdę wszystko wydarza się samo. Teoretycznie powinnam podjąć decyzje, ruszyć w jakąś stronę, zaplanować pewne sprawy, ogarnąć kilka tematów, zakończyć parę rozdziałów. Ale COŚ każe mi czekać. Robić swoje i czekać. Odpowiedni moment pojawia się sam. Początkowo stawiam temu opór, czasem pojawiają się łzy, ale po chwili znika cały dramat, nie ma cierpienia, jest ulga bo przecież wszystko jest tak jak być powinno.

Mówią: puść, odpuść… Ale tu nie ma robienia, to się robi samo. Im mniej oporu wewnętrznego tym naturalniej płynie. Im mniej kontrolowania wydarzeń, tym więcej niespodzianek. Kiedyś lubiłam mówić Losowi  jak ma mnie poprowadzić z punktu A do punktu B i żeby czasem po drodze nie zapomniał o kilku przystankach! Przestałam. Nie wynika to z bierności, bo pracuję tyle ile jeszcze nie pracowałam. Nie wynika to z depresji, bo kocham życie każdą komórką ciała. Nie wynika to z machnięcia ręką, że jakoś to będzie, bo wiem czego potrzebuję, co mi służy i w którą stronę chcę wędrować.

Przestałam. Puściło się. Uwolniło.

Pojawiają się momenty spinki, stresu (i tego pozytywnego i tego negatywnego), ale kiedy przeczekam ten moment, kiedy nie nakarmię emocji, kiedy nie wejdę w dramat i cierpienie… No wtedy pojawiają się rozwiązania. I budzę się i wiem co zrobić. Nie bo się boję, bo trzeba, bo ratuuuunku jak żyć. Nie. Spokojnie mimo czasów niespokojnych. Cicho mimo chaosu. Naturalnie mimo prób wymuszeń.

I dlatego jeśli zapytasz mnie gdzie będę za miesiąc odpowiem nie wiem. I może się to wydawać dziwne tak nie wiedzieć, nie mieć planu awaryjnego, jakiegoś asa w rękawie. [No weź się Kawula coś wymyśl! Przecież tak nie można!]. Mnie to czasem stresuje, a czasem bawi przebardzo;-). Jak się napnę to panika! Jezu, przecież trzeba COŚ zrobić, już, zaraz, teraz, no dalej! A jak się „odepnę” to nagle wszystko wiadomo.

Z lękiem na ramieniu nie widać zbyt wyraźnie i można się trochę zakręcić, a ja wyrosłam już z karuzeli. Nie potrzeba mi takich atrakcji.

Przestałam. Puściło się. Uwolniło.

O! Już czerwiec! Zabawa trwa dalej! 😉

Spotkanie po latach…

Spotkanie po latach…

DSCN4933

– Czy polubiłbyś/polubiłabyś siebie, gdybyś spotkał/spotkała siebie?

Dziś mogę śmiało powiedzieć, że jasne! I dałabym się zainspirować i zmotywować i ponieść hen z marzeniami ku ich realizacji. Gdyby Agnieszka z „wtedy” spotkała siebie z dziś chyba by się trochę wystraszyła i popukałaby się w czoło gdyby usłyszała co ta Kawula wygaduje? Jak to można być szczęśliwym? Jak to można kreować swoje życie? Jak to można cieszyć się z drobnych rzeczy? Jak to można przestać narzekać? Jak to można przestać się krzywdzić? Jak to można mówić nie? Jak to można mieć zdrowe relacje rodzinne? Jak to można mieć zdrowe ciało? Jak to można chcieć żyć? Jak to można lubić siebie?! I do tego być z tego zadowolonym?! Herezje jakieś! Co ona wygaduje, przecież nie ma depresji, jest zdrowa, ładna, uśmiechnięta, nie musi jeść różnych tabletek na te wszystkie dolegliwości, które mam ja, wszystko się jej układa, a ja muszę zmagać się z ograniczeniami ciała, łykać antdepresany i leki na nadciśnienie, a chodzenie na fitness nawet kilka razy dziennie nie daje absolutnie niczego poza narastającą frustracją. Łatwo jej tak mówić, bo ma takie fajne życie, fajnych ludzi dookoła, fajną pracę i fajnego psa! Ja też chcę!

Ale Kawula „z dziś” nie przejmowałaby się szamotaniną Agnieszki z „wtedy”. Nie mądrolowałaby się, nie radziła niczego, nie podsuwała żadnych książek ani filmów. Zaproponowałaby pogapienie się wspólne na fale, albo kawę w cichej kawiarence (bo to obie Kawule lubiły od zawsze).

I zapytałaby: – Aguś, czy Ty naprawdę chcesz zmiany w swoim życiu?

I usłyszałaby w odpowiedzi: – A myślisz, że cierpię teraz na swoje własne życzenie? Że to tak fajnie budzić się z bólem i w moim wieku nie móc wejść na piąte piętro bez zadyszki? Myślisz, że to takie fajne non stop czuć smutek, beznadzieję, żyć za szklaną szybą i jedynie obserwować to co się dzieje TAM?

Odpowiada jej milczenie pełne obecności…

– No i dlaczego nic nie mówisz?

Cisza też jest odpowiedzią.

Patrzy mi w oczy w oczekiwaniu, w napięciu. Milczę dalej. Łagodność na mojej twarzy, przestrzeń w ciele, spokój w sercu… Niczego nie robię, samo się robi…

– Ty jesteś jakaś inna… – słyszę po chwili. – Przy tobie mogę się trochę rozluźnić i nie czuję żebyś mnie oceniała. Jak to możliwe, że jesteś mną z „potem”? Jak to możliwe, że tak bardzo mogę się zmienić? Jak to się stanie, że ktoś patrząc w moje oczy poczuje to, co ja czuję teraz będąc z Tobą? Co mam zrobić?

– Podjęłaś decyzję, że chcesz zmiany… Zaufaj mi… Wszystko przyjdzie w odpowiednim momencie. Krok po kroku. Człowiek poprowadzi Cię do człowieka. Spotkanie do spotkania. Okazja do okazji. Kłębek z wełenką życia doprowadzi Cię do tego, gdzie jestem TERAZ, a potem razem pójdziemy do kolejnego TERAZ i znowu się trochę pozmieniamy…. Gotowa?

– Nie wiem, boję się, to wszystko jest takie nierealne i zbyt piękne żeby było prawdziwe. No bo jak to tak można… zmienić się aż tak?!

– Aguś, sprawa jest prosta, czy chcesz?

– Chcę! – pada odpowiedź może i z lekka zdesperowana, ale pełna nowej nadziei.

– W takim razie wyjdź z kawiarni i zobacz dokąd poprowadzi Cię kłębuszkowa nitka. Po prostu idź. Krok za krokiem. I dojdziesz. A potem pójdziemy dalej. Do samego końca. A potem się zobaczy ;-).

Obserwowałam ją jeszcze przez chwilę aż całkiem zniknęła mi z oczu. Jakiś czas później poczułam miłe poruszenie w sercu… To był moment, kiedy pierwszy raz trafiła na hawajski masaż Lomi Lomi Nui… I wiedziała, że znalazła właśnie to, co miała znaleźć i że moje słowa się zaczęly sprawdzać…

Uśmiechnęłam się do niej w sercu wysyłając jej porcję odświeżonej i soczystej nadziei. I choć wiedziałam, że spotkam ją dopiero za dziesięć lat, nie miało to żadnego znaczenia. Ważne, że dojdzie, gdzie ma dojść. A kiedy spojrzymy sobie ponownie w oczy, ona zdecydowanie będzie siebie kochała. Więc warto poczekać.

Na siebie zawsze warto…

[PS A teraz dowody na to, że „tamta” Kawula też istniała… Posiadam znikomą ilość swoich zdjęć bo wszystko powyrzucałam przy okazji zmian i porządków… Ale… na Internet zawsze można liczyć ;-)]

PRZED   (jeszcze z czasów pracy w Muzeum Historycznym Miasta Gdańska… akurat udzielałam wywiadu do Wyborczej o kolejnym znalezisku…)

z5745844Q,Agnieszka-Kawula---Kubiak-z-Muzeum-Historycznego-M

nadal PRZED… po publikacji pierwszej książki… Powinnam promienieć szczęściem bo to dzień premiery i spotkań z czytelnikami…

person

 

 

 

 

 

 

 

 

PO… dość świeże zdjęcie Kawuli, która naprawdę lubi siebie 😉

ja