Zaznacz stronę
Na normalność mam jeszcze czas

Na normalność mam jeszcze czas

 
Słyszałam o niej dawno temu… Na tyle dawno, że słowo „joga” było dla mnie dość egzotyczne, a poznawszy jego znaczenie jakoś nie miałam chęci zgłębiać tematu… Podobno byłam zestresowana. Byłam, ale jakoś buntowałam się i nie chciałam słuchać dobrych zaleceń miłego pana, który codziennie radośnie witał mnie w portierni w pracy, której z dnia na dzień coraz mocniej nie lubiłam… Ów pan Andrzej miał na imię i opowiadał mi o swojej synowej, która rzeczoną jogę praktykuje a nawet jej uczy. Z grzeczności wzięłam kontakt i temat zakończyłam. Kilka miesięcy później pracę rzuciłam, znalazłam się na dwutygodniowym obozie jogi (nadal wiele o niej nie wiedząc), a nazwisko Moździerz-Kozłowska znowu gdzieś mi zawirowało w głowie. Do naszego spotkania doszło dopiero kiedy kolejnym kanałem dowiedziałam się o Joasi. Od jej siostry, Agnieszki, która zawitała u mnie na warsztatach automasażu. No tego już nie mogłam lekceważyć i grzecznie umówiłam się na spotkanie z joginką, która prześladowała mnie ładnych kilka lat ;-). Pracując nad wywiadem, dwa miesiące po naszym spotkaniu, poczułam się porządnie zmotywowana i odżywiona solidną dawką endorfin. Życzę Wam tego samego!
Oto człowiek: Joanna Moździeż-Kozłowska JMK Joga

Jużw pierwszych słowach mojej rozmowy z Joasiąpoczułam to magiczne połączenie, które sprawia, że obca osoba w kilka minut staje siętaka bliska… Od zawsze byłam buntownikiem takim dosyć konkretnym. Już w podstawówce miałam wrażenie, że cały świat mnie nie rozumie, wszystko jest do niczego, system jest zły i bardzo się w tym wszystkim męczyłam. Nie miałam na to zgody. Od małego wiedziałam, że to trochę nie tak, że mam wstawać wtedy kiedy mi się nie chce, robić ciągle to czego mi się nie chce.
 
 
Jak długo siębuntowałaś?
W zasadzie to ciągle ;-). Po podstawówce było już tylko gorzej… Poszłam na byle jakie studia, które mnie wcale nie interesowały, ale dzięki nim poznałam Marcina, mojego męża, więc o tyle dobrze ;-).
 
Ażpewnego dnia…
;-).
Pewnego razu usiadłam sobie rano, piłam akurat kawę i jadłam ciastko. W telewizji był program o jodze. Sesja odbywała się w hawajskiej pięknej scenerii. Wszystko było takie ładne! Więc sobie siedzę i oglądam. Drugiego dnia dzieje się to samo, znowu joga… Ale tym razem myślę sobie po co mam siedzieć jak mogę poćwiczyć. I historia się powtórzyła kilka razy. Nie miałam wtedy w ogóle pojęcia o jodze, nie wiedziałam jak i po co się to robi, po prostu sobie ćwiczyłam z panią z telewizora. Podczas jednej z pierwszych sesji usłyszałam głos: To jest to, co będziesz robić w życiu.

No takiego głosu albo sięmożna wystraszyć, albo wziąćpoważnie i zacząćzmiany.
To samo przyszło, prawie jak taki grom z jasnego nieba. Jestem sobie w trakcie studiów licencjackich, mieszkam z rodzicami, zwyczajnie pracuję, rodzice oczekują, że skończę studia i pójdę do biura do pracy… A ja zaczęłam ćwiczyć jogę sama w domu, z programem telewizyjnym.

Wpadłaś.
Na całego! Program szybko okazał się dla mnie za mało wystarczający. Ćwiczyłam dwa razy dziennie, każdą sesję i ćwiczenia zapisywałam w zeszycie. Później zaczęłam je modyfikować i rozpisywać do własnych potrzeb. Nie było wtedy internetu i takiego dostępu do kursów jak teraz. Kupiłam sobie kilka książek o jodze, które wtedy były na rynku. Jak już znalazłam zajęcia jogi, czekałam rok zanim poszłam na pierwszą sesję bo uważałam wtedy, że nie jestem odpowiednio przygotowana… Bo muszę być co najmniej nauczycielem przecież, żeby iść na kurs ;-). Po kilku nieudanych próbach znalezienia swojego miejsca i odpowiedniego nauczyciela w końcu trafiłam na dość ostrą jogę Iyengara. Byłam w lekkim szoku po moim programie hawajskim, gdzie miła instruktorka zawsze mówiła rób tyle ile możesz, nie przekraczaj granic i tak dalej.

Byłaś wytrwała…
Tak. Do tego stopnia, że wszystkie zarobione pieniądze przeznaczałam na kursy. Byłam tak zdeterminowana, że w ogóle nie dopuszczałam do siebie świadomości, że mogę nie zrobić kursu instruktorskiego. Wiedziałam, że mi się uda i tyle. I tak się stało. Mój mąż bardzo mi w tym też pomagał i wspierał. On zawsze widział światełko w moich oczach jak mówiłam o jodze. Po drodze rzuciłam studia magisterskie ku rozgoryczeniu rodziców, którzy stwierdzili, że mi kiedyś ta cała fanaberia musi minąć… Cóż, nie minęła mi do dziś ;-).

I uparta do tego…
Zawsze byłam hardcorowcem. Nawet sesje jogi w pewnym momencie doprowadziłam do 6 godzin dziennie…

A jaka była Twoja droga po kursie?
Zaczęłam uczyć za marne pieniądze w fitness klubach. Trwało to ze dwa lata, ale za bardzo się męczyłam i to nie było dla mnie. Nie umiem pracować dla kogoś ;-). Postanowiłam wtedy, że otworzę coś swojego. Rzuciłam studia, uczyłam jogi dwa razy w tygodniu, pracowałam na dwóch etatach i tak wychodziło mi po 13 godzin pracyna dobę. Do tego ćwiczyłam jogę w ramach własnej praktyki. Krew z nosa mi się już lała i stwierdziłam, że nie wytrzymam już tego dłużej. Postawiłam wszystko na jedną kartę nie mając planu B. stwierdziłam: jestem jeszcze dość młoda, najwyżej mi nie wyjdzie ;-). I tak otworzyłam swoją działalność.

Pamiętasz swoje pierwsze zajęcia jogi „na swoim”?
Jasne, przyszło na nie 8 osób, byłam przeszczęśliwa! Potem uczniów było coraz więcej i więcej i tak od ośmiu lat uczę jogi.

Co było dla Ciebie najtrudniejszego do pokonania w trakcie praktyki ? Ćwiczyłaś naprawdę dużo godzin dziennie… Trafiałaś na jakieś „ściany”?
Moje ściany nie były z tych z działki fizycznych. Mnie cieszył rozwój mojego ciała. Nawet jak miałam kontuzje to się nie poddawałam. Trudniejsze były reakcje ludzi. Nabawiłam się kontuzji kolana i jak poszłam do lekarza ten powiedział mi, żebym się nie wygłupiała z tą jogą bo to zepsuje moje kolana. Moja pierwsza poważniejsza ściana: ktoś mi powiedział żebym rzuciła moją pasję.

Ale u Ciebie nie było takiej opcji.
No jasne! Byłam tak zdeterminowana, że zaczęłam własnoręcznie naprawiać moje kolano i nie poszłam na żadną operację jak mi zalecano. Tak naprawdę Ashtanga joga mnie wyleczyła. Znalazłam się na kursie Basi Lipskiej i po dziesięciu dniach nie wiedziałam co to są bolące kolana! Dla mnie to było cudowne. Przez cztery lata praktyki ból, nagle on się kończy… Ale wiadomo, kolana to upór i tak dalej i tak dalej, a tego mi zawsze było w nadmiarze, więc jedno z drugim się powiązało i ładnie rozwiązało ;-).

Niezwykła determinacja…
Dla mnie nie ma czegoś takiego jak niemożliwe, nigdy, że się poddam. Do momentu kiedy pracuję nad sobą, cierpliwie i spokojnie, nawet jeśli mi to zajmie 45 lat, nie ma to w ogóle znaczenia. Bo do końca nie wiesz, więc warto próbować!

A jakie miałaś podejście do „ścian” fizycznych? Przecież trafiałaś na nie.
Jasne, że tak, ale one mnie fascynowały i chciałam je przerabiać. Widziałam jak ćwiczenia mają efekt na moją psychikę. To jest tak, pracujesz fizycznie i wiesz, że twoje ciało jest zdolne żeby coś zrobić i może więcej i więcej. I wtedy nie tylko twoje ciało może więcej, ale też głowa bo znikają ci po drodze różne ograniczenia, nie kręcisz się już w ciasnym pudełku. Wiesz, ludzie często mi mówią coś w stylu: no tak, bo dla ciebie to wszystko jest takie łatwe, ty już zaszłaś tak daleko bla bla bla, a jak ja bym chciał być na przykład koszykarzem, to co wtedy? Przecież dziś mam 40 lat… Odpowiadam wtedy tak jak jeden z moich ulubionych duchowych pisarzy Wayne Dyer: Zastanów się czy czujesz, że to jest dla ciebie naturalne i wtedy pomyśl, czy możesz to robić. Jeśli coś jest dla ciebie naturalne jesteś w stanie to zrobić!

Pewnie nie raz spotykałaśsięz pytaniami, które poddawały pod wątpliwośćTwojądrogę.
Jasne! Świat zewnętrzny często pokazywał mi też moje własne stare przekonania. Zawsze pojawił się jakiś głos, który mówił „po przyjacielsku”, a co będzie jak ci nie wyjdzie, a co jak coś ci się stanie, a co jak zajdziesz w ciążę, a co jak będziesz stara…

I co jeśli?
Na początku bardzo się denerwowałam i mówiłam tupiąc nogą, że na pewno dam sobie radę. Jak już wspomniałam, nie miałam planu B. A teraz najpierw się śmieję, a potem mówię, że najwyżej, przecież na „normalność” zawsze mam jeszcze czas, ale próbuję, bo jak nie spróbuję to mi się na pewno nie uda ;-). Więc początkowo reagowałam agresją z pozycji dziecka, które ciągle się buntowało, było tą czarną owcą, wiecznie na dywaniku u dyrektora i w podstawówce i w liceum. Jedyna nauczycielka, która widziała we mnie jakąkolwiek nadzieję, to była nauczycielka angielskiego, która ćwiczyła jogę! Ona już wtedy mówiła, że joga by mi dużo dała ;-). Mnie często ludzie mówią, że sprawiam wrażenie dość ostrej i agresywnej osoby. Szybko mówię, jestem dosyć energiczna, zawsze umiałam tupnąć nogą i postawić na swoim. Ale to nie takie na złość mamie odmrożę sobie uszy. Nie, we mnie zawsze było to przeświadczenie, że jak coś głęboko czuję to po prostu muszę to zrobić i koniec. Nie ma innej opcji. I może dlatego moja droga to samotna podróż. Nawet bardzo. Samo jeżdżenie na kurs nauczycielski z Gdyni do Krakowa to było wyzwanie. Nie miałam w trakcie treningów w nikim oparcia, musiałam wszystko sama odkrywać, do wszystkiego dojść sama. Ale dzięki temu wiele się nauczyłam, myślę, że dużo więcej niżbym miała podane wszystko na talerzu. Pamiętam, że tych z Krakowa dziwiło, że mam tę determinację, żeby tak jeździć. A mnie dziwiło, że ich dziwi, że może być inaczej. Przecież jeżeli coś chcecie robić to jak może być inaczej?!

No i proszę, wyszłaś na ludzi! 😉
A można powiedzieć, że byłam naprawdę na krawędzi. Kiedyś wstawałam rano i nie lubiłam swojego życia. W ogóle nienawidziłam ludzi bo nienawidziłam siebie. Dopiero jak weszłam na ścieżkę jogi rozpoczęła się moja integracja wewnętrzna. Choć muszę przyznać, że przez długi czas joga to była po prostu ucieczka. Miałam swój świat, zamykałam się i nikt niczego ode mnie nie chciał. Bałam się spojrzeć sobie samej w oczy.
Kiedyś miałam taką naturę, że od razu ludzi krytykowałam i oceniałam. Bo taka sama byłam wobec siebie. Ten ma to, ten ma tamto i tak dalej. Zaczęłam z tym pracować i kiedy łapałam się na oceniającej myśli, szukałam takiej, która mówiłaby co jest fajnego w danej osobie. Długo musiałam świadomie to ćwiczyć, ale nie poddawałam się. Już naprawdę męczyłam się sama z sobą. Teraz patrzę na ludzi i szukam tego w czym jesteśmy do siebie podobni niż to co nas różni.
Kiedyś utożsamiałam się ze swoimi myślami. Uważałam, że to co myślę na swój temat jest prawdą. Nie filtrowałam i nie zagłębiałam się w swój umysł, w siebie. Nie zastanawiałam się nad emocjami, dlaczego czuję to, co czuję. Miałam tak, że jak ktoś mnie zdenerwował to byłam roztrzęsiona i przez długi czas jeszcze o tym potrafiłam biadolić. Teraz daję sobie chwilę, wycofuję się, staję z boku i próbuję uchwycić co się stało, dlaczego tak naprawdę się zdenerwowałam. I odpowiedź przychodzi już bardzo szybko.

Znalazłaś siebie prawdziwą.
Tak… Ten moment w którym akceptujesz siebie i pozwalasz na to by być sobą publicznie jest czymś naprawdę fantastycznym.
Dziś otwarcie opowiadam o sobie, o tym jaka byłam kiedyś, nie wstydzę się tego. To moje świadectwo, że z osoby naprawdę negatywnej i żyjącej wręcz na krawędzi może wyjść coś zupełnie pozytywnego. Naprawdę można zmienić swoje życie. Nawet jeśli nikt cię nie wspiera i w ciebie nie wierzy, wręcz przeciwnie dookoła słyszysz tylko, że do niczego się nie nadajesz i nic ci się w życiu nie uda. I tak staram się żyć, pokazać, że można!

Bo można! Zaświadczam całą sobą.
Oj tak! ;-). Wiesz, z czasem zmieniłam rolę ofiary na rolę Zosi Samosi pełnej agresji, że ja sama, a potem zmieniłam i tę rolę na współzależność i przestałam się bać, a zaczęłam prosić Wszechświat o pomoc i dawać coś od siebie. Na początku było śmiesznie. Założyłam sobie zeszyt wdzięczności. Pierwsze próby były karkołomne. Wpisywałam jedno zdanie bo nie wiedziałam za bardzo za co mam być wdzięczna, przecież mnie się wszystko należy a ja nic nie mam! Zaczęłam obserwować swoje natrętne myśli. Zauważyłam, że jest w nich tyle negatywnych emocji. Nic dziwnego, że moja wątroba zaczęła chorować. I znowu lekarze wkroczyli do akcji mówiąc, że będę na lekach do końca życia, bla bla bla. Wkurzyłam się bo nikt mi nie będzie mówił jak mam żyć i jak długo, przecież to zależy tylko ode mnie. Pamiętam, że zaczęłam wtedy dużo medytować. Kuracja wątroby trwała jedenaście miesięcy. Musiałam sobie robić zastrzyki, których skutki uboczne były takie jak przy chemioterapii. U mnie wszystko przebiegało w łagodniejszej wersji ku zdumieniu lekarzy, którzy nie wierzyli za bardzo w moje opowieści, że to joga i medytacja i pozytywne myślenie trzymają mnie jeszcze w pionie.

Porządny znak STOP na Twojej drodze.
Tak naprawdę moje choroby były mi potrzebne żebym się w końcu trochę zatrzymała, zwolniła. Za mocno się cisnęłam, za dużo wymagałam, za szybko chciałam do przodu… Ale teraz żyję tak jak chciałam żyć. Od mniej więcej trzech lat.

To znaczy jak?
Dzień zaczynam od tego, że dziękuję za to, że w ogóle żyję. Odczuwam dużo wdzięczności.
Kiedyś wstawałam rano i mówiłam, że muszę zrobić to i tamto i jeszcze coś. Cały czas mówiłam, że coś muszę i powinnam. Teraz moja rola polega na tym, żebym robiła to co czuję, że naprawdę chcę robić. Spotkać się z tobą, pójść na kawę z koleżanką, pójść poprowadzić jakieś zajęcia czy warsztaty. Zaczęłam weryfikować swoje wszystkie „muszę” i szukałam prawdziwej motywacji, dlaczego coś tak naprawdę robię.
Teraz wstaję rano i jeśli nie mam zaplanowanych jakichś zajęć, to mogę sobie poleżeć w łóżku dłużej, mogę wstać i poćwiczyć jogę, mogę wypić kawę, mogę posiedzieć na FB 😉, mogę posłuchać jakiegoś wykładu, mogę iść na rower, odwiedzić ukochaną babcię, po prostu mogę robić to, co mi się podoba. Siedzę i się po prostu odprężam w byciu.

Większośćraczej myśli o działaniu a nie o odprężeniu w byciu.
Miałam tak samo, robić, musieć, wymagać,iść o przodu, być „produktywnym”. Robienie jest przereklamowane – bycie ma dla mnie sens :-). Zaczęłam pracę nad sobą. Przyszedł moment, w którym przypominałam sobie co sprawiało mi w dzieciństwie radość, jakie były moje najfajniejsze momenty w życiu. Odkryłam, że była to czysta zabawa dla zabawy. Niczego nie musiałam, mogłam się tylko bawić. Dziś czuję się naprawdę wolna.
 

Co to dla ciebie znaczy?
Choćby to, że pozwoliłam sobie też myśleć wszystkie myśli, których się kiedyś wstydziłam i je wypierałam.
Dla mnie wolność nie jest swawolą i jakimś tam wyzwoleniem. Wolność to odpowiedzialność za to, co robię, jakie podejmuję decyzje każdego dnia, jak myślę i reaguję. Nie boję się konsekwencji bycia sobą prawdziwą. Nikomu nie muszę się tłumaczyć z tego kim jestem. Robię to co mi się podoba, ale bez krzywdzenia kogokolwiek, w tym samej siebie. Starałam się przepracować w sobie możliwie najwięcej negatywnych rzeczy, żeby prawo przyciągania nie podsuwało mi ich tak dużo ;-).

I to wszystko dzięki jodze?
Tak naprawdę nie mogę powiedzieć co by się stało gdybym nie rozpoczęła wędrowania drogą jogi. Siedzę w tym już przeszło jedenaście lat… Może bym poszła na psychoterapię i doszła do tego samego punktu w którym jestem teraz? Nie wiem. Joga była i jest dla mnie najlepszym narzędziem. Dla każdego jest jakieś inne…
U mnie rozpoczęło się od zbudowania siły fizycznej, a to dało mi też dużą siłę psychiczną. Zaczęłam akceptować swoje ciało, jak fajnie się wyrzeźbiło i wzmocniło (miałam naprawdę słabe mięśnie). Na początku wkurzałam się, że nie umiem jakiejś pozycji wykonać. Później zaczęłam się z tego śmiać. A teraz po prostu przyznaję, że czegoś nie umiem i już. Najpierw zaczęłam tę całą zabawę w akceptację siebie fizycznie, a potem, niepostrzeżenie przełożyło się to na całe moje życie. Sama do końca nie wiem kiedy i jak mi się to wszystko stało. W pewnym momencie po prostu zaczęłam siebie lubić.
Ludzie często pytają czy joga była dla mnie prosta. Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie jednoznacznie. Bo kosztowało mnie to ogrom pracy, ale wysiłek jaki wkładałam w praktykę to była moja pasja, nie traktowałam tego jako wyrzeczenia, nie zmuszałam się do sesji. Po prostu znalazłam swoją drogę i już. To jest to i z tego się po prostu nie rezygnuje. Zawsze mówię, że jeśli podążasz za swoim sercem, to musi się udać :-). Poza tym do mnie joga sama przyszła, wcale jej nie szukałam. Po prostu siedziałam sobie przed telewizorem kiedy zaczął się program z miłą panią na hawajskiej plaży ;-).
(zdjęcia: Marcin Kozłowski)
*Żaden z zamieszczanych wywiadów nie jest tekstem opłaconym ani pisanym na zamówienie. Materiał jest sponsorowany przez samo życie i autorka tekstu czerpie z niego korzyści jedyne duchowo-towarzyskie.
 
Głód by lepiej poznać siebie

Głód by lepiej poznać siebie

PL/ANG (scroll down to see English version)

Poznaliśmy się kilka lat temu na szkoleniu Lomi Lomi Nui z naszą hawajską nauczycielką. Coś w nim było. No na tyle ciekawego, że co jakiś czas gdzieś na siebie wpadamy, to tu to tam, różne słuchy o nim chodzą. Pozytywne. Dobre. Optymistyczne. W końcu postanowiłam przysiąść ciut i siłą aloha przyciągnąć go tu. Dla Was ;-).
Człowiek wielu talentów o wielkim sercu. Jest założycielem i dyrektorem Europejskiego Instytutu Sztuk Uzdrawiania (www.healing-institute.com). I na prośbę Nisargi wywiad dostępny także po angielsku :-).
Oto człowiek: Nisarga (Eryk Dobosz)

Tyle różnych dróg musiało się spleść, żebyśmy zawitali w Nieznanicach na kursie Lomi Lomi Nui z Suan Pa’iniu Floyd… Jaka była Twoja wędrówka?
Moja przygoda z masażem zaczęła się w 2002 roku. Poznałem wtedy masażystę lomi. Pamiętam, że wziąłem u niego coś około dziesięciu sesji. To było ogromnie transformujące. Dla mojego ciała i ducha. Dodam tylko, że to był mój pierwszy masaż w ogóle… W tym czasie ćwiczyłem już jogę, ale to było takie suche, mechaniczne. Lomi otworzyło mnie na odczuwanie siebie, swoich emocji, ciała. I wpadłem! Mój masażysta szybko stał się moim pierwszym nauczycielem. Wprowadzał mnie w tajniki kochającego dotyku, pełnego szacunku do drugiej istoty, świadomości i uważności. Niestety, nie mogłem wtedy jeszcze zacząć własnej praktyki…
Co stało na drodze?
No wiesz, skończyłem Politechnikę Warszawską, Wydział Inżynierii Produkcji. Po studiach pracowałem w dużej międzynarodowej korporacji kosmetycznej. Najpierw w Polsce, potem w Anglii. Więc masaż na początku był dla mnie przede wszystkim terapią. Sam bardzo potrzebowałem i otrzymywałem wiele kochającego lomi dotyku. Dopiero po kilku latach, kiedy zdecydowałem się na wyjazd do Indii, porzucenie pracy i rozwiązanie umowy w 2008 roku, wtedy masaż stał się moją życiową pasją. Mogłem cały mój czas i zasoby finansowe poświęcić na naukę. Spotykałem wspaniałych nauczycieli w Indiach, Holandii, Niemczech, Polsce. I tak lata 2008-2011 to czas mojej intensywnej nauki, pracy z sobą, różnego rodzaju terapie i warsztaty rozwoju osobistego doświadczane na sobie by zejść głębiej i głębiej w siebie. Pamiętam taki moment po paru miesiącach pobytu już w Indiach. Akurat medytowałem w Himalajach i pytałem się wyższego ja, jaka jest moja życiowa misja, cel, pasja. Odpowiedź, że to jest praca z ciałem, z ludźmi, z masażem była bardzo klarowna. Od tego czasu ta informacja zawsze pokazywała mi światło w tunelu pomimo różnego rodzaju zwątpień, braku aprobaty ze strony społeczeństwa i znajomych, zawsze podążałem za tym światełkiem i to dawało mi dużo siły przetrwania i podążania za tym co jest rzeczywiście moim  powołaniem.
A co sprowokowało Cię do wyjazdu akurat do Indii?
Hmmm… Wiesz, mój pierwszy nauczyciel lomi chyba mnie tak zainspirował. Pokazywał mi swoje zdjęcia z pobytu tam i poczułem głębokie zainteresowanie tym krajem, poczułem, że to miejsce gdzie naprawdę mogę się rozwijać duchowo i zgłębić siebie. A że od wielu lat miałem w sobie pytanie: co ja tu robię, po co jestem, jaka jest moja droga i co chcę robić w przyszłości to wybrałem właśnie ten kraj. Indie to był skok milowy do samego siebie. Po powrocie do kraju wspomnienie tamtego czasu dawało mi siłę i dużo pozytywnej energii.
Dlaczego zacząłeś szukać masażu?
To był czas kiedy skończyłem studia i dostałem pracę. Początkowo szukałem czegoś co pomoże mi zredukować i uwolnić stres. Miałem naprawdę ogromne napięcia w ciele. Szukałem też pomocy terapeutycznej by uwolnić traumy z okresu dzieciństwa i dorastania. Zanim pojawił się masaż, najpierw trafiłem na jogę. To były moje pierwsze kroki do spokoju, połączenia się z oddechem. Potem znalazłem Lomi Lomi, ale pierwsza była psychoterapia, dopiero po pewnym czasie dołączyła praca z ciałem. Przeszedłem wtedy wielką transformację, wiele w życiu zmieniłem. Jestem wdzięczny wszystkim spotkanym na mojej drodze nauczycielom. Gdybym ich nie poznał, prawdopodobnie byłbym w innym miejscu, może nie tak dobrym jak teraz ;-).
Mówisz, że dużo zmieniłeś, jak wyglądała Twoja rzeczywistość…
W moim życiu pojawił się spokój, świadomość ciała, nauczyłem się relaksować, zacząłem odczuwać dobrobyt. Miałem też okresy niesamowitego szczęścia. Dla mnie to było cudowne siedzieć sobie w lesie i odczuwać błogość zwykłego bycia. Miałem w sobie poczucie wolności, niezależności, wiary w siebie i to, że tworzę własne życie. Szybko kiełkowała we mnie odwaga do tego by podążać za głosem mojego serca.
A co z relacjami? Najczęściej takie życiowe „czystki” obejmują też tych którzy dookoła nas…
Wielu z moich znajomych albo się ode mnie odwróciło, albo sam przestałem być zainteresowany podtrzymywaniem kontaktu. Ogólnie był brak akceptacji mojej osoby. Zarzucano mi sekciarstwo, że jestem przez kogoś manipulowany i kierowany. Miałem też czas kiedy byłem w Anglii i postanowiłem przestać pić alkohol nawet w najmniejszych ilościach. To też było zaskoczeniem wielu moich znajomych. Przestałem się z nimi spotykać. Zabrakło między nami wspólnego punktu komunikacji. Nawet moja bliska rodzina nie akceptowała moich wyborów. Decyzja wyjazdu do Indii, porzucenia korporacji i drogi karierowicza a wkroczenia na ścieżkę masażu i samorozwoju była obserwowana z boku, raczej z negatywnymi komentarzami.
Co dawało Ci w tym czasie siłę? Przecież zdarzały się momenty zwątpienia, zwłaszcza kiedy otoczenie nie akceptowało Ciebie nowego…
To była dla mnie medytacja. Nauczyłem się w Indiach wielu technik od vipassany po oshowskie medytacje w ruchu. Dzięki temu nauczyłem się obserwować siebie i fakt, że to, co mnie męczy nie ma nic wspólnego z byciem tu i teraz, że to dręczące myśli niespokojnego ego i programów związanych z przeszłością lub przyszłością. Kiedy wyjechałem do Indii poznałem niezwykłą kobietę. Po dwóch latach się z nią ożeniłem. I to była osoba, która mnie mocno wspierała. Jesteśmy razem już od 6 lat, podróżujemy razem, często się też razem uczymy. To moja przystań, która w momentach takiego kryzysu zawsze jest mi wsparciem. Moim mocnym zasobem były też podróże i odwiedzane kraje, często blisko morza, słońca. Przez kilka lat moim celem było podążanie za słońcem, więc przez cztery lata zapomniałem czym jest zima ;-). To też dawało mi dużo energii i radości. No i oczywiście nade mną zawsze czuwają dobre anioły, które dbają i wspierają by wszystko dobrze się układało.
A z czego żyłeś? Przecież coś jeść trzeba…
W tym pomogła mi moja była praca. Przez cztery lata w korporacji mogłem sobie zaoszczędzić wystarczająco dużo środków by podróżować i opłacać wszystkie moje kursy. Więc bardzo dziękuję mojej firmie, że mogłem w niej pracować. Jestem za ten czas też wdzięczny, pomimo że nie odnajdywałem tam satysfakcji i radości życia to była cennym narzędziem i pomostem do mojego obecnego życia. Poza tym w Azji naprawdę nie trzeba mieć dużo pieniędzy by przeżyć… Wiele osób mówi mi, że też chcieliby żyć tak jak ja, ale nie mają odpowiednich funduszy. Przyglądam się ich życiu, nie oceniam, tylko zauważam, że to często kwestia wyboru. Dom, samochód, nowy telewizor czy wyjazd gdzieś. Ja wybrałem to drugie. Jeśli się chce to można naprawdę tak żyć. Wystarczy się odważyć i podjąć taką decyzję o wyjeździe. To bezcenny czas. Do starego życia można zawsze wrócić, a jeśli stajemy przed możliwością zmiany, warto… To kwestia priorytetów.
Nie miałeś wątpliwości by zostawić swoje stare życie i iść w to nowe?
Jasne, że miałem. Cały proces zmiany trwał około dwóch lat. Podświadomie wiedziałem, że to nie praca dla mnie, ale potrzebowałem czasu. Potem sama decyzja to było około tygodnia. Mocno biłem się z myślami. W tym czasie nie miałem rodziny, zobowiązań finansowych, za to na koncie była pokaźna suma, a mimo to się bałem! Było we mnie dużo lęku związanego z przyszłością, z tym co powie rodzina, jak zareagują znajomi i tak dalej. Wydaje mi się, że cały system jest tak zorganizowany, że nie jest łatwo go porzucić. Jest w nim pewnego rodzaju uzależnienie, symbioza, bezpieczeństwo. To co ja wybrałem było przez kilka lat życiem na krawędzi, bez ubezpieczenia, bez stałej pracy i wynagrodzenia. Zauważyłem właśnie wtedy, że życie wymaga mojej odpowiedzialności za moje czyny. Już nie mogłem nikogo obwiniać za to, co się dzieje. Podejmowałem decyzje i brałem za nie odpowiedzialność. Dlatego życie w korporacji, ze stałą posadą w pewnym sensie zwalnia trochę z tej odpowiedzialności. Przychodzi się na parę godzin do pracy, robi się swoje, dostaje za to wynagrodzenie i tak mijają lata. Porzucenie tego schematu wywoływało wiele strachu. Więc nie jest to łatwa decyzja, ale też nie jest to decyzja dla każdego. Tryb życia który wybrałem nie musi odpowiadać innym. Wymaga wiele wyrzeczeń, tworzy sporo wyzwań na swojej drodze…
Ale też dzięki temu masz możliwość sprawdzić się w wielu różnych sytuacjach, poznać siebie poza swoją strefą komfortu, iść dalej, rozwinąć się, wyjść poza schemat…
Tak, taki styl życia otwiera wiele więcej drzwi to prawda. Ale przede wszystkim to życie w którym bierze się przede wszystkim pełną odpowiedzialność za siebie. Nie ma dróg na skróty i ściemy. To wymaga więcej samo wglądów i zadawania sobie pytań, jakie są moje cele, jaka jest moja pasja i co chcę ze swoim życiem zrobić. Ale tak naprawdę nie ma znaczenia gdzie jesteśmy i co robimy, zawsze mamy tylko własny wybór i świadomość tego, co chcemy od życia, jak chcemy na nasze życie spojrzeć…
Zaufałeś już swojej drodze?
Tak, ufam życiu, temu co się wydarza, szczególnie ostatni rok przyniósł wiele zmian w moim życiu i widzę, że zaczyna kiełkować to, czego się uczyłem na polu duchowym i zawodowym. Zaczynam się tym dzielić z innymi. W tej chwili widzę, że ludzie ciepło odbierają to, co robię, często chcą więcej. To czym się zajmuję nie przynosi tylko gratyfikacji finansowych, ale przede wszystkim niesie coś dobrego innym, pomaga ludziom otworzyć serca, uwalniać zablokowane emocje, przynosi ulgę w bólu i tym fizycznym i tym psychicznym.
Jak wygląda Twój dzień?
U mnie nie ma czegoś takiego jak przeciętny dzień ;-). Jeśli miałbym powiedzieć, że mam typowy dzień to musiałbym je podzielić na dwa rodzaje, to moment w którym pracuję i prowadzę warsztat, albo dzień kiedy nie mam żadnych obowiązków. Kiedy rozmawiamy jestem akurat parę dni u mojej mamy. Wstaję rano. Z reguły pomedytuję, poćwiczę jogę, idę na spacer, ruszam swoje ciało. Na śniadanie często jem owoce z tak zwanym super foods czyli np. chlorella, maca, kakao, jagody goji, nasiona chia. Robię sobie taką mieszankę, która odżywia ciało i daje dużo energii. Po śniadaniu trochę pracuję, odpowiadam na maile, ogarniam sprawy organizacyjne z moimi wyjazdami i warsztatami. Na obiad jem rzeczy lekkie, gotowane na parze, warzywne. Mam też czas dla znajomych, czy tak jak teraz jestem u mamy, może pooglądamy razem jakiś film. A wieczorem to sobie oglądam fajny serial Breaking Bad ;-).
Natomiast drugi typ mojego dnia to czas warsztatów. Od rana zaczynamy medytacją, potem śniadanie i cały dzień intensywnej pracy (z przerwami na posiłki). Kończę późnym wieczorem. To czas skupienia i byciu tu i teraz by jak najwięcej dać z siebie grupie.
Co było tym wyzwalaczem by przejść z roli ucznia do nauczyciela? Kiedy zacząłeś się dzielić tym, co jest w Tobie?
To był moment kiedy ludzie zaczęli mnie pytać czy mogę ich nauczyć tego, co robię. Po wyjeździe do Indii, gdzie uczyłem się masażu i zdobywałem doświadczenie w różnych ośrodkach ajurwedyjskich, ludzie zaczęli mnie pytać… Na początku nie byłem zainteresowany uczeniem. Uważałem, że nie ma we mnie wystarczającej wiedzy ani umiejętności. Ale w końcu odważyłem się na taki pierwszy warsztat prawie trzy lata temu, właśnie w Indiach. Zebrało się pięć osób i przez pięć dni uczyłem. Podobało się. Nabrałem pewności siebie i przekonania, że mogę i dam radę ;-). Poczułem się też dobrze i pewnie w roli nauczyciela. Nikogo nie grałem. Byłem sobą. Poczułem, że pierwszy raz w życiu robię coś czego się nie boję! Dla mnie też wyznacznikiem tego, że jestem na odpowiednim miejscu było powiedzenie moim studentom, że czegoś nie wiem. I tak kursów zaczęło przybywać. Uczę masażu mięśniowo powięziowego, tantry, prowadzę warsztaty związane z terapiami medytacyjnymi Osho, trening biodynamicznego oddechu i uwalniania traumy.
Czym jest dla Ciebie praca z ciałem?
Dla mnie to było ważne narzędzie dotarcia do samego siebie. Jednym z ważniejszych momentów dla mnie był czas kiedy uczyłem otwierać się na smutek, płacz, radość, złość, ogólne wyrażanie emocji, a także odczuwanie mojego ciała. Często poprzez ciało i pracę z nim nawiązywałem połączenie z moją duszą. Kiedy pracuję z klientem to jest dla mnie moment głębokiej medytacji. Obserwuję siebie, swoje serce, umysł. I jest jeszcze coś w tym wszystkim, coś czego nie potrafię wytłumaczyć. To siła samouzdrowienia wypływająca z mądrości ciała. Praca z ciałem to też dla mnie uwalnianie bólu, stresu, napięć. To zauważanie połączeń na poziomie ciało-umysł-duch. Często w trakcje sesji nie pracuję tylko z ciałem, ale też z emocjami. Prowadzę dialog z osobą, która leży na stole. Razem udajemy się w taką podróż, często uwalniającą od bardzo starych spraw.
Co było dla Ciebie ważnym momentem w rozwoju osobistym?
Hmmm… Wiesz co, pojawiają mi się takie obrazy z dzieciństwa, mojego obcowania z naturą. Mieszkałem w Kielcach, a mój dom był położony blisko rezerwatu. Wiele czasu spędzałem w lesie. To był mój ogromny zasób, który pozwalał mi radzić sobie z moim dzieciństwem. Ważnym był też dla mnie wyjazd na studia do Warszawy. Dzięki temu stałem się bardziej odpowiedzialny. Potem to już wiesz, ścieżka jogi i masażu… Ale przychodzą mi też do głowy momenty, które nie są wcale pozytywne. Pamiętam kiedy miałem pięć lat i trafiłem do szpitala na zapalenie opon mózgowych. Odkryłem ostatnio, że to był też jeden z moich przełomowych momentów w życiu, który bardzo uwarunkował moją osobowość. Byłem dwa tygodnie w odizolowaniu. Robiono mi różnego rodzaju punkcje. Często miałem paraliż całego ciała po tych zabiegach. To zostawiło we mnie ślad. Więc ciągle był we mnie taki głód by lepiej poznać siebie, by odkryć czym jest szczęście i radość życia. Ale zawsze miałem poczucie, że jest coś więcej i tego szukałem ;-).
Posługujesz się też imieniem Nisarga co ono oznacza i skąd taki wybór?
Nisarga znaczy Natura. Po wyjeździe do Indii w 2008 roku poczułem, że zaczynam nowe życie. Chciałem je rozpocząć z nowym imieniem. Przez pewien czas żyłem w ośrodku medytacyjnym „OSHO Nisarga” w Himalajach. Ta nazwa mocno we mnie wibrowała, a kiedy dowiedziałem się, że dodatkowo oznacza boską naturę poczułem, że to będzie moje nowe imię. Zwłaszcza, że przyroda od zawsze była mi tak bliska. Więc to moje imię duchowe, które jest tak samo ważne jak to otrzymane od rodziców, choć teraz przedstawiając się używam raczej imienia Nisarga ;-).
Jesteś szczęśliwy?
Tak! Każdego dnia kiedy się budzę, czuję ogromną wdzięczność.
A jak się ma Twoja intuicja?
 
Oj, jest dla mnie ważna dość mocno rozbudowana. Dużo rzeczy które się dzieją w moim życiu dzieją się dzięki intuicji. Często podejmując jakąś decyzję pytam się swojego serca i ciała co one o tym myślą. I staram się, żeby umysł nie przysłaniał zbyt mocno intuicji.
Czyli dobrze Ci się idzie swoją drogą?
Tak. Czuję się spełniony na wielu poziomach i na tym duchowym, i na tym miłosnym, i na tym materialnym. Pewnie, że miewam okresy kiedy brak mi harmonii i mam chwile zwątpienia, ale to naturalna kolej rzeczy. Przecież w naturze też panuje różnorodność ;-). Staram się nie unikać tych chwil trudniejszych, bo to momenty które mnie wiele uczą. Zwłaszcza wtedy, kiedy pojawiają się zmęczenie, strach, złość czy konflikty. Wiesz, te szczęśliwe chwile usypiają dość mocno świadomość i serce.
A udaje Ci się obserwować te mniej przyjemne chwile czy jeszcze włazisz w stare mechanizmy?

Włażę ;-). Ale jest dzięki temu zabawa! Ścieżka samorozwoju to nie droga na kilka miesięcy. Jest to w pewnym sensie zobowiązanie życiowe. Odkrywam w tej drodze ostatnio coraz więcej zabawy, poczucia humoru i dystansu. Pierwsze lata to była dla mnie głownie powaga i presja, że muszę zrobić taki to a taki kurs by być bardziej zaawansowany duchowo ;-). Teraz staram się jak najczęściej zabierać na lody moje wewnętrzne dziecko i mieć fun.

*Żaden z zamieszczanych wywiadów nie jest tekstem opłaconym ani pisanym na zamówienie. Materiał jest sponsorowany przez samo życie i autorka tekstu czerpie z niego korzyści jedyne duchowo-towarzyskie.

ENGLISH

So many roads had to come together so that we could meet in Nieznanice at the Lomi Lomi Nui training with Suan Pa’iniu Floyd… What was your journey?
My adventure with massage began in 2002. I met a lomi lomi masseur. I remember that I took about 10 sessions with him. It was incredibly transforming. For my body and spirit. I will only add that this was my first massage ever … At that time I practiced yoga, but it was dry and mechanic. Lomi opened me into sensing myself, my emotions and my body. I was in! My masseur quickly became my teacher. He introduced me into the secrets of the loving touch, the touch full of respect for the other human being, full of awareness and mindfulness. Unfortunately, I couldn’t start my own practice then …
What was in the way?
Well, I was then graduating from Warsaw Polytechnics, Department of Production Engineering. After the studies I worked in the large international cosmetic corporation. First in Poland, then in England. So massage at first was a therapy for me. I really needed loving touch and I received a lot of lomi touch. After several years when I decided to go to India, to terminate my contract and leave my job in 2008, massage became the passion of my life. I could spend all my time and all my financial resources to learn. I met great teachers in India, Holland, Germany and in Poland. And so years 2008-2011 were the time of my intense learning, working on myself, going through various types of therapies and self-development workshops and experiencing on myself how to go deeper and deeper into myself. I remember a moment after several months in India. I was meditating in the Himalayas and I asked my higher self, what is my mission, goal and the passion of my life. The reply was clear that it was bodywork and working with people, with the massage. From then on this information has always showed my a light in the tunnel despite different types of doubts, lack of approval form the society and acquaintances, I have always followed this light and it gave me strength to survive and follow what is in fact my calling.
What made you go to India? Why India?
Hmmm… You know, my first lomi teacher inspired me in this way. He showed me his photos from there and I felt a deep interest in this country and I felt that it would be a place where I can really develop myself in a spiritual way and really deepen into myself. And since I had had this question in myself: what am I doing here, why am I here, what is my way and what do I want to do in the future, this is the country I chose. India was a huge leap for myself. After coming back the memory of this time gave me strength and a lot of positive energy.
Why did you start to look for the massage?
This was the time when I graduated and I got a job. At first I looked for something that would help me reduce and release stress. I had great tensions in the body. I looked for therapeutic help to release traumas from childhood and adolescence. Before massage appeared, I encountered yoga. Those were my first steps to peace and connecting with the breath. Later I found Lomi Lomi Nui, but psychotherapy was first, only after that the bodywork joined. I experienced a great transformation and I changed a lot in my life. I am grateful to all the teacher I met on my way. If I had not met them, I would probably be in  a different place, perhaps not so good as the one now ;-).
You say that you changed a lot. What was your reality like …
What appeared in my life was peace, body awareness and I learned how to relax and I started feel abundance. I had times of incredible happiness. For me it was wonderful to sit in the forest and feel the bliss of simple being. I had a sense of freedom, independence, faith in myself and a sense that I create my own life. My courage to follow my heart’s voice quickly sprouted in me.
What about relationships? Most often such life “purges” also touch those who are around us …
Many of my friends have either turned away from my, or I ceased to be interested in keeping in touch. There was a general lack of acceptance for me as I was. I was accused of being sectarian, that I am manipulated and directed by someone. I also had time when I was in England when I decided to stop drinking alcohol even in the smallest quantities. This was a surprise for many of my acquaintances. I stopped meeting with them. We lost a common point of communication. Even my close family did not accept my choices. My decision to go to India, leave the corporation, the way of an upstart and entering into the path of the massage and self-development was looked on from the side, and commented on rather negatively.
What gave you strength at that time? There must have been moments of faith, especially when your surroundings did not accept the new You…
It was the meditation. In India I learnt many techniques from vipassana through Osho meditations in movement. Thanks to them I learned to observe myself and the fact that what is bothering me had nothing to do with being here and now and that those are the thoughts of the anxious ego and the programs related to the past or the future. When I felt for India, I met an incredible woman. I married her after two years. And this was a person who supported me a lot. We have been together for 6 years now. We travel together, we often learn together. It is my bay, which is my support in the times of crisis. My other resources have also been travels, the countries I visited, close to the sea and the sun. For several years my goal had been to follow the sun, so for 4 years I forgot what winter is;-). It gave me a lot of energy and joy. And then also there are good angels who watch over me supporting me that everything is going well.
How did you make a living? You have to eat something …

This is where my work helped me. For 4 years in the corporate world I saved enough to travel and pay for all my courses. So I am very grateful to my company that I could work there. I am grateful for this time, even if I couldn’t find satisfaction and joy of life there it was a valuable tool and bridge to my present life. Besides, in Asia, you don’t really need a lot of money to survive … A lot of people says that they would like to live like me, but they don’t have the appropriate means. And I look at their lives, and I don’t evaluate them, I only notice that this is often a matter of choice. A house, a car, a new TV set or a trip somewhere. I chose the other option. If you really want it, you can live like that. All it takes it to make a decision about going away. This is priceless time. You can always come back to the old life, and if we are faced with the possibility of change, it is worthwhile … This is a matter of priorities.

Did you have doubts about leaving your old life and go into the new?
Sure, I had. The whole process of change lasted about 2 years. Subconsciously I knew this was not work for me, but I needed time. Later the decision took about a week. I struggled a lot with my thoughts. I didn’t have a family at that time, any financial obligations and I had a hefty sum in my bank account, and despite that I was afraid! There was a lot of fear in me, fear connected to the past, with what would my family say, how my friends and acquaintances would react and so on. It seems that the whole system is organised in such a way that it is not easy to give it up. There is a certain dependency in it, symbiosis and safety. What I chose was for several years living on the edge, with no insurance, no stable job and not remuneration. This is when I noticed that life requires responsibility for my own deeds. I couldn’t blame anybody else for what was happening. I took decisions and I took responsibility for them. This is why the life in corporation with the fixed job is in a way freeing us from this responsibility. You come to work for some time, do your own thing, get money for this and this is how time flows. Leaving this pattern behind evokes a lot of fear. So this is not an easy decision, but this is not a decision for everybody. The lifestyle I chose does not have to be suitable for everybody. It requires a lot of self-sacrifice, it creates a lot of challenged on my way …
But thanks to that you can also prove yourself in many other situations, get to know yourself and leave your comfort zone, go further, develop, and go beyond the scheme …
Yes, this lifestyle opens many more doors, this is true. But first of all this is life in which you take full responsibility for yourself. There are no shortcuts and not short con. It requires many more insights and asking yourself questions, what are my goals in my life, what is my passion and what do I want to do with my life. But this really does not matter where we are and what we do, we always have our own choice and the awareness of what we want from life, how we want to look at our lives …
Have you already gained trust in your path?
Yes, I trust life that what comes, especially last year brought a lot of changes and I can see, how it is beginning to grow what I learned in the spiritual and professional fields. I begin to share it with others. At the moment I can see how warmly people received what I do and they want more of that. What I do and what brings me not only financial gratification, but first and foremost it brings people something good, helps the to open their hearts, release blocked places and it beings relief in pain both physical and psychic pain.
What is your day like?
There is nothing like an ordinary day for me ;-). If I were to say that I have a typical day, then I would need to divide them into two kinds, those are the moments when I work and I run the workshop, or the day when there are no duties. Now when we are talking I ma spending several days at my mum’s. I wake up early. As a rule I meditate and practice some yoga, I go for a walk and I move my body. I often eat fruit for breakfast with the so-called super foods e.g. chlorella, maca, cocoa, goji berries, chia seeds. I prepare myself some mixture which stimulates my body and gives me a lot of energy. After breakfast I do some work, I respond to emails, I deal with the organisational issues before my trips and workshops. I eat light things for lunch, some steamed vegetables. I also have time for my friends, or like right now when I visit my mum, maybe we watch a movie together. In the evening I watch a good series Breaking Bad ;-).
Another type of my day, is the time of workshops. I start the day with mediation, then breakfast and the whole day of the intense work (with breaks for meals).  I finish the day late in the evening. This is the time of focus and being here and now to give the group the most that I can.

What was this trigger for you to go from the role of the student to the role of the teacher? When did you start sharing what was in you?

This was the moment when people started asking me to teach them what I was doing. After leaving to India where I learnt massage and I gained the experience in different ayurvedic centres, people started asking me … At first I was not interested in teaching. I thought that I didn’t have enough knowledge or skills. But finally I ventured to make the first workshop in India, nearly 3 years ago. There were 5 people and I taught for 5 days. I liked it. I gained some more confidence and the sense that I can do that and I’ll cope ;-). I also felt well and safe in the role of a teacher. I didn’t play anyone. I was myself. I felt that for the first time in my life I was doing something that I am not afraid of! For me the indication that I am in the right spot was telling my students that I didn’t know something. And this is how a number of courses started to grow. I teach myofascial massage, tantra, I run workshops to Osho meditative therapies, training of the biodynamic breathing and trauma release.
What is bodywork for you?
It was an important tool for me to reach to myself. One of the most important moments for me was the time when I learned to open to sadness, crying, joy, anger and generally the expression of emotions and also sensing my body. Through working with the body and bodywork I got in touch with my soul. When I work with the client for me this is a moment of seep meditation. I observe myself, my heart, my mind. And there is something more in it, something I cannot quite explain. This is a self-healing force that flows from the wisdom of the body. Bodywork is also about freeing the body from pain, from stress and tension. This is noticing the combinations on the level of body-mind-spirit. Very often during the session I don’t just work with the body, but also with the emotions. I conduct a dialogue with the person lying on the table. Together we get on a journey, often liberating from very old issues.
What was an important moment for you in your personal development?
Hmmm… Well. There are images now coming from my childhood, of my being with nature. I lived in Kielce, and my house is close to the natural reserve. I spent a lot of time in the forest. This was my great resource which helped me to deal with my childhood. Going to study to Warsaw was an important moment for me. I became more responsible thanks to it. You know what followed then, the path of yoga and massage … But what comes to me are also the moments which are not so positive at all. I remember when I was 5 years old and I was taken to hospital with meningitis. Recently I discovered that it was also one of my breakthrough moments, which conditioned my personality. I spent two weeks in isolation. I had all sort of punctures done to me. I often experienced the paralysis of the whole body after those treatments. It left a trace in me. So I have always been hungry to get to know myself, to discover what happiness and joy of life are. But I have always had a sense that there is something more and this is what I looked for;-).
You use the name of Nisarga. What does it mean and why did you choose it?
Nisarga means Nature. After leaving for India in 2008 I felt that I begin a new life. I wanted to start it with a new name. I lived in the „OSHO Nisarga” mediation centre in the Himalayas. This name vibrated with me a lot and when I learnt that it also meant a godly nature I felt that it would be my new name. Especially that nature has always been so close to me. So this is my spiritual name, which is as important as the name I received from my parents, although now when I introduce myself I tend to use Nisarga ;-).
Are you happy?
Yes! Everyday when I wake up, I feel great gratitude.

And how is your intuition doing?

Oh, for me this is an important part and it is quite developed. A lot of things that happen in my life happen thanks to intuition. Very often when I make a decision I ask my heart and my body what they think about it. I try to prevent the mind from overshadowing the intuition too much.
So does it feel good to walk your path?
Yes, I feel fulfilled on many levels, on the spiritual, on the love level and on the material one. Of course I have periods of lack of harmony and I have my moments of doubts, but this is a natural sequence of things. There is diversity in nature as well;-). I try not to avoid those difficult moments, because they teach me a lot. Especially when tiredness, fear, anger or conflicts come. You know, those happy moments quite powerfully put to sleep the consciousness and the heart.
Do you manage to observe those less pleasant moments or do you still get into the old mechanisms?

I do get it ;-). But the fun continues thanks to that! Self-development is not a path for several months. This is in a way a commitment for life. Recently I’ve been discovering more and more fun, sense of humour and distance. First years were marked mainly by seriousness and pressure that I have to do this and that course to be more advanced spiritually ;-). Now I try to take my inner child to ice-cream more and more often and have fun.

Robię to, o czym marzyłam!

Robię to, o czym marzyłam!


Poznałam ją pewnego czerwcowego dnia, kilka lat temu. Mieszkała ze mną w jednym pokoju. Ja nieśmiała. Ona nieśmiała. Kurs masażu ciążowego. Na 4 dni nasze drogi zbiegły się pod jednym dachem. Było owocnie. Kobieco. Radośnie. Magicznie. Hawajsko. Dużo rozmów. Sporo śmiechu. Trochę łez. Wymiana. I choć nie pamiętam z tamtego czasu wiele, wiem, że i ona i ja wyjechałyśmy trochę mniej nieśmiałe. Nasze drogi wyprowadziły się spod tego dachu, pod którym pewnego czerwcowego dnia się zbiegły. Ale nadal pamiętam ją. Piękną. Zwiewną. Kobiecą. Delikatną. Z potężną siłą wewnętrzną. Radosną. Ciepłą. Serdeczną. Tajemniczą. Uśmiechniętą. Tańczyła hula. Cieszę się, że do dziś tańczy, a jej piękne, wolne skrzydła trzepocą na wietrze i zachęcają innych do lotu.
I choć nasze drogi już dawno się rozeszły, to co jakiś czas muskają się z daleka. Niedawno intuicja podpowiedziała by na chwilę się zatrzymać i znowu porozmawiać z tą, którą poznałam pewnego czerwcowego dnia kilka lat temu.
Oto człowiek: Dorota Grudzień
Gosia:
Dorota ze swoją delikatnością i subtelnością w wykonywanym tańcu każdego jest w stanie zarazić miłością do HULA. Już w pierwszych dniach naszej znajomości, a było to lat temu 20 mówiła o tym jak bardzo lubi tańczyć i przez wiele lat szukała tego swojego tańca i jestem przekonana , że tym znalezionym jest właśnie HULA. Wystarczy przyjść do niej na warsztat lub popatrzeć jak tańczy. To czysta przyjemność. Harmonia i piękno to słowa, które mi się nasuwają dla określenia jej wykonania, a tańcząc razem z nią można się przekonać jak niesamowita energia od niej bije i jaka energia jest wokół niej.
Kim chciałaś zostać jak dorośniesz?
Trochę tego było… Zainspirowana moimi licznymi chorobami z okresu dziecięcego i zafascynowana pachnącymi, eleganckimi lekarkami w białych fartuchach, pragnęłam zostać taką właśnie lekarką, koniecznie w białym fartuchu i z czerwonymi paznokciami. Bycie lekarką kojarzyło mi się z luksusem. Jak już „ozdrowiałam”, weszłam w etap, kiedy to z pasją projektowałam dla siebie suknie ślubne 😉 i wtedy oczywiście chciałam zostać projektantką. Bardzo pociągało mnie wszystko, co artystyczne. O tańcu, malowaniu i śpiewaniu jednak nie śmiałam marzyć, bo zdawało mi się, że talentów w tym kierunku brak…, a o tym marzyłam najbardziej. Pamiętam, kiedy siostra zabrała mnie na musical „Metro” do Krakowa, to był prezent na moje już osiemnaste urodziny. Piosenka „Chcę być Kopciuszkiem” wprowadziła mnie w jakiś inny wymiar, nie wiedziałam już czego bardziej pragnę – czy śpiewać (słysząc piękne głosy), czy tańczyć (widząc przecudowny taniec trzech tancerek – ich cudownie zwiewne jak wiatr i mgła sukienki). Do tej pory nie wiem, gdybym mogła spełnić marzenie i na dzień stać się tancerką, lub głosem w tym musicalu, nadal nie wiem, co bym wybrała, albo może tak – wybieram i jedno i drugie – śpiewająca tancerka 😉
Kiedy na Ciebie patrzę, zdecydowanie pasujesz mi do takiej roli, piękna, zwiewna, delikatna, kobieca…
Wiesz, przez pewien etap (dość długi) mojego życia marzyłam jeszcze, żeby pracować w domu dziecka lub poprawczaku. Miałam ogromną potrzebę pomagania dzieciom i ludziom, którym się nie udało, którzy zabrnęli w niebezpieczną drogę życia, a w których ja zawsze, nie wiedzieć czemu, czułam pokrewne dusze. Czytywałam wtedy książki Marii Łopatkowej, słuchałam w radiowej trójce audycji „Brum”, Jurka Owsiaka i starałam się zrozumieć świat młodych, zbuntowanych ;-).
Kiedy w Twoim życiu pojawiła się myśl, że chcesz czegoś więcej? Że może czas ruszyć hula biodrami?
Myśl o tym, żeby zmienić coś w swoim życiu, pojawiła się, kiedy posypało mi się życie osobiste, kiedy okazało się, że chcieć nie znaczy móc – chciałam mieć szczęśliwą rodzinę – myślałam, że to jest bardzo prosta sprawa, a okazało się, że nie tak prosta jak w bajkach ;-).
Rozpadło się moje małżeństwo, trafiłam na terapię i odtąd wszystko się zaczęło – wszystko co dobre, czego pragnęła moja dusza…
Bardzo chciałam zrobić coś innego niż dotychczas, odważyć się na coś. Przypomniało mi się jedno z moich marzeń – taniec. Teraz już nie pamiętam gdzie, znalazłam ogłoszenie o Lądeckim Lecie Baletowym, w każdym razie pojechałam tam w 2007 – na tygodniowy warsztat różnych technik tanecznych – miałam zajęcia z choreoterapii, salsy, samby i czegoś jeszcze, nie pamiętam. Każdego wieczoru odbywały się prezentacje różnych technik tanecznych. Wieczór z hawajskim tańcem hula zapamiętałam najbardziej. Kiedy przed wyjazdem na warsztaty czytałam opis tej techniki, nie przekonałam się do tego tańca, jednak podczas prezentacji wpadłam jak śliwka w kompot, to było coś niesamowitego. Poczułam nagle, że wszystko jeszcze jest możliwe, że mając około trzydziestu lat, jestem w stanie nauczyć się jakiegoś tańca. Poczułam, pomimo, że wcale nie było łatwe, że to jest wykonalne, że ja mogę to zrobić. To było jak olśnienie. Postanowiłam, że w kolejnym roku w pierwszej kolejności zapisuję się na hula, jednak mocno się rozczarowałam, ponieważ hula do Lądka nie przyjechało…
Zaczęłam szukać regularnych zajęć grupy początkującej, ale się nie udało.
Determinacja jednak wygrała…
Tak bardzo chciałam dalej robić coś innego niż dotychczas (byłam wtedy nauczycielką/lektorką j. angielskiego i bardzo czynnie działającą tłumaczką), że skoro nie znalazłam zajęć z tańca hula, zapisałam się na warsztaty hawajskiego masażu lomi lomi ;-). Trafiłam do cudownych osób – Danusi i Jurka Adamczyków, którzy nauczyli mnie pięknego masażu i tego, co piękne w życiu, ale przede wszystkim podczas tych warsztatów znowu zetknęłam się z hula. Do tej pory czuję, że pojechałam tam w dużej mierze po ten taniec…
Ziarno hula w Tobie rosło mocniej i mocniej…
Och tak! Potrzeba poznania hula dogłębniej narastała we mnie z dużą mocą i w końcu w 2010 roku trafiłam na regularne zajęcia grupy początkującej.
Co Cię najmocniej „dotknęło” przy tym pierwszym kontakcie z hula w Lądku Zdroju?
Naprawdę przełomowym odkryciem było to, że mając tyle lat ile miałam, jestem w stanie nauczyć się tańca. Czułam, że będę w stanie nauczyć się go dobrze, na tyle by móc myśleć o sobie, jako tancerce. Już wtedy poczułam, że realizuje się moje wytęsknione marzenie z dzieciństwa. Takie marzenie, które wydawało się „niespełnialne”. To było jak objawienie, olśnienie, oświecenie niemalże ;-). To był chyba taki moment w moim życiu, kiedy poczułam, że wskoczyłam na właściwą ścieżkę, na ścieżkę, która prowadzi do czegoś dobrego…
A później?
Było już tylko lepiej ;-). Okazało się, że dobrze mi idzie, że faktycznie tańczę! Tańcząc czułam ogromną radość, ogromną satysfakcję zapamiętując kolejne sekwencje tańca, jeszcze większą radość czułam, kiedy moje ciało zapamiętywało taniec na tyle, że mogłam w nim płynąć. Zaczęły się pokazy grupowe, z czasem też w mniejszych grupach, a nawet solo i ta adrenalina towarzysząca występom też ogromnie mi się spodobała. Ruchy w hula są cudowne, magiczne, z jednej strony otulające i kojące, a z drugiej pobudzające i motywujące do działania.
Cieszę się, że usłyszałaś ten głos duszy wołającej o podążanie swoją drogą ;-).
Hula sprawiło, że stałam się prawdziwsza. Moja dusza jest tancerką, ciągle tańczy, głównie tańce romantyczne, subtelne i zwiewne, koniecznie w zwiewnych szatach, ale i dzikie, szamańskie. Dzięki hula ta część mnie przebudziła się, ujrzała światło dzienne. Hula w dużym stopniu pokazało mi, kim jestem.
Jakie nauki płyną dla Ciebie z tego tańca?
Taniec hula jest niezwykle kobiecym tańcem. Pomaga kobietom dostrzec swoją naturę. Ja odkryłam w sobie moją dwoistą naturę. Tę delikatną znałam już wcześniej, dlatego natychmiast odnalazłam się w tańcach auana – współczesnej wersji hula. Miłość do kahiko– starej wersji hula, przyszła później. Musiałam zmierzyć się z męską kobietą w sobie, nauczyłam się, że bycie nią nie jest złe, a wręcz wskazane w niektórych sytuacjach.
Zapamiętywanie całego układu oraz historii, którą odtańcowujemy w tańcu, jest niemałym wyzwaniem, za to cudownie usprawnia naszą pamięć, koncentrację oraz synchronizuje półkule mózgowe, ciało natomiast zyskuje na elastyczności i gracji.
Taniec hula tańczy się w oparciu o legendy hawajskie, dlatego dodatkowo, oprócz tańca, poznajemy historię i mitologię Hawajów.
Dzięki pokazom tańca, zdobyłam również większą pewność siebie.
Kiedy zaczęłaś uczyć hula? Pamiętasz pierwsze zajęcia jako nauczycielka?
Pierwsze zajęcia hula prowadziłam pracując jeszcze, jako nauczycielka angielskiego. To był rok 2010. Wprowadzono wówczas tzw. godziny karciane dla nauczycieli. W szkole było wielu anglistów, nie chciałam organizować kolejnych dodatkowych zajęć z angielskiego. Wpadłam na pomysł, żeby poprowadzić zajęcia hula. Dziewczynki z gimnazjum wykazały spory entuzjazm i zainteresowanie i tak zaczęłyśmy cotygodniowe zajęcia. Byłam szczęśliwa, że nie tylko mogłam je nauczyć czegoś oryginalnego, ale dzięki temu, że je uczyłam, sama doskonaliłam poszczególne tańce. Dziewczyny były zachwycone, chichotały wpinając kwiaty we włosy i zakładając kolorowe spódnice. Muszę przyznać, że bardzo się obawiałam, czy dam radę je nauczyć, bo pamiętałam, jak trudny był dla mnie pierwszy taniec. Okazało się jednak, że moje uczennice pojęły układ w niesamowicie szybkim tempie.
Gratuluję! Niewielu nauczycielom chce się wyjść poza schemat…
Było dla mnie nie lada wyzwaniem pokazanie się dziewczynom z takiej perspektywy – innej niż „zza biurka”. Musiałam pokonać w sobie jakiś opór. To była doskonała lekcja dla mnie.
Ania:
Ktokolwiek reaguje na muzykę powinien doświadczyć hula. Sama nazwa sugeruje, że dusza „hula” z radości będąc tu na Ziemi w ciele człowieka. A jeszcze aspekt hawajski blisko związany z pięknem natury potęguje tę radość poprzez ruchy jakie wykonuje tancerz odzwierciedlając to piękno. I tak oto w Kielcach pojawiła się cudowna osoba, która pokazała nam piękne ruchy tańca hawajskiego. Ale nie tylko! Kilka słów o kolebce tego tańca, o jego odmianach, o historii i nawet o języku hawajskim. Dorotka poprowadziła warsztat, który był pełen radości, uśmiechu, a przede wszystkim ruchu.  Atmosfera warsztatu niezapomniana, taniec radosny, słowa pieśni wciąż w pamięci…

A pierwsze hula dla dorosłych?
Moje pierwsze warsztaty miały miejsce w sierpniu 2012 r. na Warmii. Stres był wielki, prowadzenie młodzieży miałam już za sobą, poprowadzenie dorosłych (pomimo że przez lata nauczałam angielskiego również dorosłych) stanowiło wyzwanie. Tydzień poprzedzający warsztat spędziłam wśród przyjaciół, dla których tańczyłam (po raz pierwszy wtedy tańczyłam dla ludzi solo). Przełamałam gigantyczny stres. Stres związany głównie z tym, że siłą rzeczy musiałam być w centrum zainteresowania, a nie bardzo umiałam odnajdywać się w takich sytuacjach. Tydzień treningu zrobił swoje ;-). Stres troszkę zelżał, a warsztaty zakończyły się powodzeniem. Pogoda dopisała i z radością tańczyłyśmy boso na trawie.
Kto najczęściej przychodzi na Twoje zajęcia?
Najczęściej kobiety, dotychczas na moich warsztatach był tylko jeden mężczyzna… Kobiety, które przychodzą to w większości kobiety, które wstąpiły na ścieżkę rozwoju osobistego. Na pewno są to kobiety poszukujące. Poszukujące siebie. Młode, bez rodzin, lub takie, które założyły już rodziny, odchowały dzieci i przypomniały sobie o sobie, o swoich pragnieniach.
A jakie są pierwsze reakcje uczestniczek?
Często najtrudniejsze dla uczestniczek jest samo podjęcie decyzji, żeby przyjść na warsztat. Spotkałam wiele kobiet, które dopytują czym jest ten taniec, czuję w nich wielką chęć zatańczenia, jednak ograniczenia, które w nich są, nie pozwalają im jeszcze na udział w zajęciach. Rozumiem je dobrze, kiedyś też tak miałam.
Co kobietom najtrudniej przełamać w sobie?
Te które przychodzą na warsztaty, najczęściej muszą poradzić sobie z własną samokrytyką. Taniec hula jest na tyle skomplikowany, wymaga niesamowitej koordynacji rąk i nóg, że jeszcze się chyba taki nie urodził, który nie tańcząc nigdy tego tańca, od razu zatańczy płynnie i z wdziękiem. Uczestniczki często właśnie tego od siebie wymagają ;-). Zatem uczymy się razem, żeby traktować się z miłością, pozwalać sobie na błędy, dawać sobie czas, a gracja przyjdzie w odpowiednim momencie.
No i te nasze kobiece biodra…
Właśnie! Czasami wyzwaniem jest sam ruch bioder. W Polsce wiele kobiet ma je zablokowane. Być może wynika to z tego, co było nam mówione, o tym jak powinna wyglądać i poruszać się „przyzwoita” kobieta. Podczas tańca, w którym bazą jest ruch bioder, takie blokady najpierw się ujawniają, a z czasem znikają.
Jak to jest być nauczycielem?
Nauczycielem jestem od dwudziestego roku życie. Najpierw tylko angielski, teraz angielski, hula i Vedic Art. O ile nauczanie angielskiego oswoiłam już dawno, o tyle nauczanie hula faktycznie jest w moim życiu ciągle czymś nowym.
Uczenie hula daje mi ogromną radość – radość dzielenia się tańcem, radość spotykania się z ciekawymi kobietami, poza tym, kiedy tańczysz, a za tobą grupa kobiet, która właśnie nauczyła się tańca to na plecach czujesz taką energię, a w sercu taką radość, takie wzruszenie, i czujesz, że to ma sens… W czasie zajęć daję uczestnikom energię i wsparcie, a kiedy taniec jest już w ich ciałach, oni tę energię mi oddają, to piękne jest!
Co Hula zmieniło w Twoim życiu?
Dało mi pewność siebie, zrównoważyło we mnie męską i żeńską energię, dało i daje ogromną radość, daje pewność, że jeśli za czymś tak strasznie tęsknisz, to nie ma innej opcji, musi to być twój dar i talent. Dlatego też dzięki hula wierzę również, że i malowanie i śpiew są moją drogą. A i suknię ślubną pewnie bym pięknie zaprojektowała i uszyła bo to też przecież moje pragnienie z dzieciństwa ;-).
Beata:
Nigdy wcześniej nie interesowałam się malarstwem. Po prostu stwierdziłam, że nie potrafię malować i ta myśl tkwiła we mnie głęboko. Ja? Przecież nie mam takich zdolności.
Na warsztaty Vedic Art  pojechałam do Doroty nie z chęci malowania, ale dlatego że zauroczyła mnie jej osoba. Miła, bardzo ciepła, potrafi wytworzyć wokół siebie piękny klimat. Przejechałam pół Polski, aby dotrzeć w świętokrzyskie. Nie szukałam warsztatów u nikogo innego. I było warto. Dorota cierpliwie, krok po kroku wytłumaczyła nam zasady. Przy jej udziale wytworzyła się cudowna energia. Wtedy wzięłam w rękę pędzel i … namalowałam swój pierwszy w życiu obraz. Nie spodziewałam się takich rezultatów. Pędzel jakby malował sam, bez mojego udziału. Mogłam wyrazić siebie w ten sposób, przez malowanie. A potem to wszystko …zaczęło się dziać.
Dorota jest tak piękną osobą, że mam zamiar uczestniczyć również w jej warsztatach z tańca hula. Zaraziła mnie swoją pasją również do Hawajów. Mogę tylko żałować, że nie mieszka bliżej mnie.
No właśnie, zajmujesz się też warsztatami Vedic Art. Kiedy i jak się zaczęła Twoja pasja?
Vedic Art pojawiło się w moim życiu w 2009 roku. Cały czas była to sytuacja porozstaniowa. Lubiłam nocą z niedzieli na poniedziałek słuchać w Trójce audycji Grażyny Dobroń „Dobronocka”. Pewnej nocy tematem audycji były zmiany w życiu. Gościem była kobieta, która zmieniła swoje życie i z bycia businesswoman stała się malarką intuicyjną i prowadzącą warsztaty. Coś mi już wtedy zakiełkowało, choć bardziej niż na malowaniu skupiłam się na zmianach w ogóle. Parę miesięcy później znalazłam się na pewnym kongresie, pod koniec którego rozdano nam w prezencie kalendarze ścienne. Okazało się, że to kalendarz Adriany, tej kobiety, która była gościem audycji. Odczytałam to jako znak i miesiąc później byłam już na warsztacie. Natychmiast poczułam, że to jest „moja” metoda, bliska sercu. Mam tak, że kiedy coś jest dla mnie, ciało mi to pokazuje ;-). Takie samo odczucie miałam przy hula, Vedic Art i na szamańskich warsztatach na Mazurach.
Jak wygląda Twoje życie teraz?
Jestem szczęśliwa. Tamtej Doroty nie ma. Była. Patrzę na nią z miłością, trochę współczuciem, ale i podziwem. Była silna, pomimo, że o tym nie wiedziała. Teraz wie, że jest silna. Słabości tamtej Doroty dały siłę tej. Jestem sobie tak bardzo wdzięczna, że odważyłam się poszukać siebie, że pozwoliłam sobie zaprosić do swojego życia ludzi, którzy mi pomogli w poszukiwaniu mojej drogi. Żyję spokojniej, świadomie. Święta jeszcze nie jestem ;-), zdarzają się potknięcia, czasem wkradają się emocje, ale cały czas idzie ku lepszemu. Spokój i wolność – to jest teraz moje życie, a jak jest wolność, to jest i miłość.
Marzyłam kiedyś, żeby tańczyć i nauczać tańca, robię to.
Marzyłam kiedyś, żeby malować. Robię to i nawet nauczam ;-).
Marzyłam, żeby prowadzić fitness. Robię to.
Tak naprawdę to marzyłam też, żeby uczyć angielskiego i być tłumaczką, tylko marzyłam o tym tak dawno, że prawie zapomniałam… W każdym razie robię i jedno i drugie.
Marzyłam, żeby mieszkać w domku na wsi, to też się zrealizowało.
Robię to, o czym marzyłam. Przekonałam się, że to realne, że można realizować marzenia, ale to co najistotniejsze – nowa Dorota wie, że niezależnie od tego czym się zajmuje i co robi, jeśli ma w sobie miłość, wolność i błogostan, to ma wszystko niezależnie od tego gdzie jest i czym się otacza.
Pamiętasz Dorotę z „wtedy”?
Sprzed paru laty, ta dawna Dorota była pracoholiczką pracującą ponad ludzkie siły. Coś mnie gnało do tego, żeby sobie udowadniać, że potrafię o siebie zadbać również finansowo. Pracowałam w wielu miejscach: szkoła państwowa, dwie szkoły językowe, firma w której uczyłam angielskiego i jeszcze tłumaczenia, na które czas miałam tylko w nocy. Zdarzało się, że wysyłałam przetłumaczone zlecenie o 5 nad ranem, a o 7 już musiałam być na nogach, bo o 8 zaczynałam pracę w szkole. W tym wszystkim jeszcze trzeba było znaleźć czas, żeby zająć się dzieckiem, które ciągle wtedy chorowało.
To się zmieniło w  bardzo dużym stopniu, choć potrzebny był czas…
Tak. Przez dwa lata nie pracowałam w ogóle. Po przeprowadzce na wieś odpoczywałam całe dwa lata. Troszkę żałuję, że nie odpoczywałam jednak na maksa, bo od czasu do czasu nachodziły mnie lęki czy ja sobie poradzę finansowo i zamiast cieszyć się w pełni, trochę się martwiłam. W trzecim roku życia na wsi zaczęło się dziać na każdym polu: hula, Vedic, angielski…
Tyle, że teraz sama sobie jesteś szefem, niczego nie musisz…
Otóż to! Robię, bo chcę ;-).
Piękna ta Twoja droga do siebie…
Wiesz, przez te lata transformacji – ok 5-6 lat – uczestniczyłam w bardzo wielu kursach i warsztatach szukając siebie. Malowanie, hula, taniec intuicyjny, Kolorowe Motyle, decoupage, masaże i ostatnio, w końcu przyszła pora na śpiewanie! Uczę się śpiewać białym głosem ;-). Odważyłam się otworzyć głos przed ludźmi – to jest cud!

*Żaden z zamieszczanych wywiadów nie jest tekstem opłaconym ani pisanym na zamówienie. Materiał jest sponsorowany przez samo życie i autorka tekstu czerpie z niego korzyści jedyne duchowo-towarzyskie.

Zieli-Hanka

Zieli-Hanka

Zapraszam do poznania kolejnego ciekawego człowieka. Hanna „Zielicha” Świątkowska– Wiedźma o wielkim sercu. Rośliny zdradzają jej swoje różne sekrety… Poznałam ją pewnego lutowego zimnego dnia, kiedy to zaprosiłam Zielichę na warsztaty zielarskie do Gdyni. Spędziłyśmy kilka intensywnych dni, a jej czar do dziś w mym sercu gości.

Kim jest Zielicha? Według dyplomu – zootechnikiem. Z zamiłowania, wyboru i wiedzy – zielarką, terapeutką, społecznikiem – wiedźmą we współczesnym wydaniu. Jej wielkie pasje to piękno, sztuka w każdej formie oraz Natura. Ta przez duże N, dająca i szczodra. Bywa poetką, hafciarką, autorką kulinarnych i leczniczych zastosowań ziół – tych dzikich i tych przez ludzi hodowanych. Nieustannie poszukuje: wiedzy, emocji – i ludzi!
Szczególne miejsce w jej działaniach zajmuje wiedza kulinarna – z wykorzystaniem roślin dziko rosnących – przetwórstwo „zielarskie”, ale także ruch, dźwięk, kolor, światło, hydro i arteterapia. Wszystkie te elementy stanowią części składowe „docierania do własnej rzeczywistości”. Jedynej i niepowtarzalnej dla każdego…
Jest miłośniczką muzyki, teatru, sztuki – i życia. „Homo sum” – nic co ludzkie nie ma prawa być deptane ani poniżane – to dewiza, która ją prowadzi…
Mieszka w Górach Świętokrzyskich w Bodzentynie, a warsztaty zielarskie, zarówno dla dzieci jak i dorosłych, prowadzi w Makoszynie, gdzie ma swoją własną chatę Wiedźmy.
Co to znaczy być Wiedźmą w XXI wieku?
Hanna „Zielicha” Świątkowska:Być wiedźmą, niezależnie w którym wieku i okresie, to znaczy mieć wiedzę. Jakąś inną, odmienną, różniącą się od codziennej.
Głębszą? Staranniej dobraną? Odbiegającą od norm?
To na pewno… Wiedźma to „tak która wie”, prawda? Taka wiedza jest czymś, czego trzeba szukać. Stale i nieodmiennie odkrywać. Albo przywoływać dawną. Wiedzący to zazwyczaj ktoś, czyje życie polega na szukaniu i gromadzeniu wiedzy. A także na jej roztropnym, mądrym wykorzystaniu. Na stałym, cierpliwym dążeniu do harmonii. I tej harmonii poszukiwaniu. W duchowości, Naturze, sztuce, w każdym aspekcie życia właściwie. Ciągłe poszukiwanie i odkrywanie… Nie tylko w XXI  w zresztą…
Współczesność stawia chyba inne wymagania niż dajmy na to, X, XV lub XIX w.
Oczywiście. Rzeczywistość, w jakiej żyjemy, jest zdominowana przez  świat nauki racjonalnej, technologie i pośpiech. Umiemy dziś,  jako ludzkość, wytłumaczyć zjawiska i rzeczy do niedawna uznawane za cuda lub zjawiska nadprzyrodzone. Chociaż nadal są przecież i takie „o których nie śniło się filozofom”! Ale mamy komputery, super szybkie łącza i komunikację; zaglądamy w głąb żywych komórek i w kosmos. I z tej racjonalnej wiedzy jesteśmy dumni – w wielu wypadkach słusznie. Jest tylko jedno „ale”. Na fali naszej euforii zapominamy o pokorze. O wielu wiekach, które nas aż tutaj doprowadziły. A żyjąc w biegu, z dnia na dzień, nie mamy czasu pomyśleć o korzeniach tej wiedzy i skrzydłach, dzięki którym była ona (i jest nadal) w ogóle możliwa. Skrzydłach marzeń i duchowości… Takiej  samej dziś jak przed wiekami. I równie nieuchwytnej. Niemożliwej do racjonalnego zbadania! Strażnicy korzeni i najgłębszych duchowych źródeł w każdym czasie i miejscu to właśnie Wiedzący.
XXI  w daje ogrom możliwości.
Tak, przede wszystkim jeśli chodzi o kontakt z ludźmi, szukanie wiedzy i umiejętności, korzystanie z nieosiągalnych jeszcze niedawno źródeł. Nie zastąpią one praktyki, ale ułatwiają życie. Wiedźmom także…
Reasumując – współczesna wiedźma to, strażniczka wiedzy i duchowej spuścizny?
A także niezmiennie szukająca. Nie gardząca tym, co współczesność niesie, w  pełni świadoma możliwości i ograniczeń „swojego czasu”. I traktująca te możliwości raczej instrumentalnie. Nieodmiennie „wpleciona” w harmonijny rytm Natury. Może dlatego tak mocno zazwyczaj „zrośnięta” z zielarstwem…
Jak ludzie reagują, kiedy na pytanie czym się zajmujesz: mówisz jestem Zielarką, Wiedźmą? „Prześladowania” chyba już nam nie grożą?
Prześladowania raczej nie (śmiech).Chociaż pojawia się pytanie, czym są prześladowania? Jeszcze niedawno można było odczuwać wyraźny ostracyzm. Ostatnio, dzięki „modzie” na różnorodną duchowość, raczej się nie zdarza… Zabawne – często łatwej zaakceptować rozmówcom „szamanów” niż „wiedźmy” (cudzysłowy  są celowe!). Kwestia egzotyki? Możliwe (śmiech).
A reakcje? Na ogół są zgodne z przyjętą normą – od zainteresowania przez  zdziwienie, obruszenie, do niedowierzania…
Zresztą – słowo „zielarka” nie jest utożsamiane z „wiedźmą”. Zielarzy jest całkiem sporo, ludzie przywykli do ich obecności. Są zielarskie sklepy, kursy, strony internetowe… Współczesność nie tylko nie odebrała statusu zielarzom, ale wręcz szuka ich wiedzy!
Wiedźma to co innego. Implikacje tego słowa są znacznie bardziej pejoratywne…Dopiero wyjaśnienie jego rdzenia, „ta, która wie”, zmienia zwykle punkt widzenia. A jest też trochę tak, że, szczególnie ostatnimi laty,  wiele kobiet wręcz się z „wiedźmą” utożsamia. Często nie bezpodstawnie…
Wiedzący byli, są i będą – jak wieki temu tak i dziś. I za wiele lat… Taka wiedza, eklektyczna i nie całkiem racjonalna, jest ludziom po prostu potrzebna. Jak się ich nazywa to często kwestia semantyczna.
Od jak dawna przyjaźnisz się z Matką Naturą?
Od zawsze. Nie pamiętam czasu, kiedy ten obszar nie był dla mnie wyzwaniem, źródłem radości, poszukiwań, spokoju… Jako dzieciak kochałam być w lesie. Albo w ogrodzie – im bardziej dzikim, tym lepiej… W ostateczności – na Plantach (śmiech). Byle zielono i kolorowo. Albo biało. Albo i deszcz w liściach. Spędzałam z Naturą mnóstwo czasu, nie myśląc wówczas dlaczego. Tak po prostu było mi lepiej!
Pamiętasz ten moment w swoim życiu, że stwierdziłaś: Będę Zielichą?
O tak, bardzo dobrze pamiętam (śmiech). Ale to był moment, że tak to ujmę „komercyjny”. Od kilkunastu już lat wówczas pracowałam z roślinami i wśród roślin, uczyłam się ich stosowania, zbioru, konserwacji, szukałam „klucza”. Szukam zresztą nadal, to nie jest wiedza do zaszufladkowania! Wtedy pojawiła się idea „zielarskiej kuchni”. Praca w Stowarzyszeniu „Odnowica”, bliskim moim pomysłom. Później – regularne zajęcia zielarskie w „Szkole Wrażliwości Kapkazy”. No i trzeba było znaleźć jakąś nazwę, hasło. „Zielicha” pojawiła się z kilku różnych określeń zielarek, bardzo odległych w czasie… I została (śmiech).
„Zielichą” zostałam później niż zielarką. Natomiast decyzja o pracy z roślinami nie jest aż tak oczywista. Ciągnęło mnie do niej najwyraźniej. Chociaż w dzieciństwie pomaganie babci – zielarce traktowałam raczej jako konieczność… Nie, momentu, kiedy postanowiłam, że tak będę żyć, chyba nie pamiętam. Gdzieś na obrzeżach codzienności zielarska wiedza zawsze była. I była potrzeba uzupełniania tej wiedzy innymi, wspomagającymi elementami. Stałe szukanie nowych ścieżek, sprawdzanie, rezygnacja z jednych, fascynacja innymi…Na pracę wiedźmy składa się wszystko, co ludzkie. A jest tego tak bardzo wiele!
Do tego, żeby być wiedźmą, trzeba mieć chyba dar prawda? Sama wiedza nie wystarczy…
Sam wiedza na pewno nie. Ani sam „dar”. Ale też jest trochę tak, że tego typu wiedzy nie szuka i nie próbuje gromadzić ktoś, kto nie ma „daru”… Jak ze wszystkim w życiu – najlepszym lekarzem, inżynierem, pisarzem, nauczycielem itd. jest zawsze pasjonat.
Oczywiście.
A wiedza zielarska – i ta jej towarzysząca – nie jest ujęta w żadne ramy w zasadzie! Nie ma „szkół dla wiedźm”, kursy zielarskie w gruncie rzeczy uczą dosyć wybiórczo i zazwyczaj bez praktyki… Nie ma zatem możliwości „stania się” zielarzem, wiedźmą itp – wbrew sobie!
Tej wiedzy, bardzo indywidualnej, bardzo bogatej, bardzo różnorodnej, trzeba szukać. Zbierać po kawałeczku, chwytać drobne nitki i sygnały – i dochodzić po nich do kłębka, do źródeł. Po drodze nierzadko okazuje się, że to nie to. Że ten konkretny pomysł, ta umiejętność – to nie dla mnie. Albo inaczej – że jeszcze nie. Za wcześnie bywa na kolejne „stopnie wtajemniczenia”.
Myślę, że do tego właśnie potrzebny jest rodzaj daru.
Zdecydowanie tak. Umiejętność wyboru, zachowania proporcji. Decydowania na bieżąco jaki rodzaj i jaki zakres umiejętności jest w danym momencie optymalny. Dla mnie samej i dla ludzi, z którymi pracuję. W różny sposób…
Zielarstwo samo w sobie to głównie wiedza o roślinach i ich właściwościach. Już sam ten zakres jest olbrzymi i trzeba nauczyć się wybierać. A co dopiero, kiedy te umiejętności chcemy uzupełniać? Wówczas zakres poszerza się po stokroć albo i więcej!
Pasja, trochę talentu, zamiłowanie – jeżeli to nazywamy darem, to z pewnością jest to niezbędne!
Jak przebiegał Twój proces nauki?
Proces mojej nauki nie „przebiegał”. On trwa. I będzie trwał tak długo, jak długo starczy życia… Nauki, ani zielarskiej, ani tej bardziej duchowej, nie da się zamknąć w ramy „od – do”. Zbyt obszerny to zakres, zbyt zmienny i nieobliczalny. Zależny od  tak wielu czynników…To, co wiem do tej pory, zbieram od dzieciństwa. Na dobrą sprawę, kiedy próbuję uporządkować wspomnienia, nie wiem kiedy się zaczęło. Od babci (była zielarką), wymagającej, aby pomagać jej w zbieraniu roślin? Ich porządkowaniu, konserwacji, zagospodarowaniu? Od taty, kochającego wszelkie włóczęgi i obserwacje? I „świat tajemnic wszelkich”? Oraz gorące dysputy? Od dziadzia, wędkarza i uważnego badacza, umiejącego zamienić nudne siedzenie nad wodą w pasjonującą przygodę? Doskonałego gawędziarza przy okazji? Drugiej z babć i mamusi – żyjących zawsze w gotowości pomocy?
Faktycznie dużo wody w tym stawie.
W gruncie rzeczy nie jest to chyba ważne, która kropla była dla mnie tą decydującą. Z pewnością wzorce zachowań, szacunek dla Natury, tradycji, umiejętność szukania – i znajdowania wiedzy, wyniosłam z dzieciństwa. Wraz z graniczącą z uzależnieniem pasją czytelniczą (śmiech).
No tak, ale to był zaledwie początek. Z całkiem sporą przerwą, kiedy zwracałam się raczej w stronę literatury, sztuki, teatru. Potem studia – nie, nie botanika ani ogrodnictwo… Zootechnika. Która, notabene, dała mi całkiem solidne podstawy do wiedzy medycznej…
Dzieci, o których zdrowie trzeba  było zadbać. A zawsze wolałam Naturę niż syntetyki. Takich też szukałam lekarzy. I od takiego usłyszałam: „w zasadzie to po co pani przychodzi? Pani sobie świetnie radzi beze mnie…” (śmiech).
Cierpliwie, kropelka po kropelce…
Tylko cierpliwie… Książki, czasopisma, rozmowy. Czas, który, nie pracując zawodowo, wykorzystywałam na coraz to nowe poszukiwania. Wówczas to już było zielarstwo – tak mi się przynajmniej zdawało. A przynajmniej wiedza o ziołach…
Później przyszła fascynacja tym, co zwykło się nazywać „ezoteryką”, żeby było zabawniej, głęboko zakorzeniona w wierze chrześcijańskiej. A wiara to tylko krok do medytacji i życia w radości. A w każdym razie – dążenia do takiego życia… Był też czas poświęcony psychice i jej zawiłościom.
Sporo nauczyłam się od synów i ich rówieśników. Świat energii i operowania nią, dzięki nim dla mnie dostępny, otworzył zupełnie nowe perspektywy. A później? Cóż, jest takie powiedzonko, że dostajemy tyle, ile możemy unieść. Często nie musiałam już szukać – ludzie i wiedza pojawiały się same. Jedne pozostały, inne nie. Włączył się prosty „mechanizm intuicji”. Tak, to już był czas, kiedy umiałam z niej korzystać. Na tyle, żeby nie zejść na manowce. I nie sięgać po zbyt wiele…
Po drodze były kursy – zielarski, praca z uzależnieniami, arteterapia. Każdy z nich zostawił mi jakąś cząstkę, poszerzył kolejne horyzonty.
I tak jest do dziś. Spotkania z ludźmi, praca nad sobą, głębokie zakorzenienie w historii. I ciągły, tyleż niezmienny co bezcenny, czas kontaktu z Naturą. Dającą, szczodrą, harmonijną.
Niezawodną.
To wszystko wcale nie znaczy, że jestem człowiekiem  bez problemów, słabości lub zachwiań. Ale moja praca jest pasją – teraz i wiele lat wstecz. A mam spokojną nadzieję, że także na kolejne lata.
Można powiedzieć, że masz bardzo wymagającą szefową. Cała Twoja praca jest praktycznie jej podporządkowana. Jak to jest być „na etacie” Natury?
Natury nie traktuję jak szefowej – raczej jak sprzymierzeńca i bezcenne, niewyczerpane źródło. Nie tylko surowca roślinnego – także spokoju, wyciszenia, regeneracji.
To niezawodna nauczycielka, wymagająca, nieobliczalna często i kapryśna, ale wspaniała! Tu nic nie jest niepotrzebne!
Nie nazwałabym cykliczności mojej pracy podporządkowaniem. Dopasowaniem – owszem. Oczywiście jeżeli pod słowem Natura rozumiemy wszystkie zjawiska, takie jak pogoda, pora roku, fazy księżyca itp.
Czy jest wymagająca? W zasadzie nie (śmiech). Natura nie wymaga przecież ode mnie niczego. Ani wytężonej pracy, ani pośpiechu, ani nawet jakichkolwiek efektów. Ona jest, niezmienna w swej różnorodności, bogata, jak wspomniałam szczodra i niezawodna. Otwarta i dostępna, pozwala czerpać do woli. To raczej ludzie, zawsze oczekujący efektów, wywierają presję, okazują niecierpliwość, czasami wręcz wymagają niemożliwego! Nieraz zastanawiam się dlaczego tak trudno nam zaakceptować fakt, że jesteśmy Jej częścią?
Nie, nie czuję się „pracownikiem Natury”. Raczej obserwatorką, uczennicą – i w jakimś stopniu strażniczką. Maleńkim stopniu, biorąc pod uwagę Jej potencjał, ale jednak.
Na czym polega praca zielarki? Powszechnie raczej funkcjonuje wyobrażenie zielarza pracującego w sklepie zielarskim i sprzedającego gotowe mieszanki ziołowe…
Faktycznie, taki jest najpowszechniejszy obraz. Łatwo zrozumieć, dlaczego, znając oczekiwania  współczesnego człowieka. I tu z góry mówię – ja nie potępiam, nie osądzam, nie krytykuję nawet. Nie poczuwam się do jakiegokolwiek prawa ferowania wyroków. Ale rzeczywistość mamy, jaką mamy. Ja też z niej wyrosłam, znam i rozumiem jej mechanizmy. Lis z „Małego Księcia”, w pierwszej rozmowie z pozaziemskim gościem wyjaśnia mu, dlaczego ludzie nie mają przyjaciół… Pamiętasz?

„Ponieważ nie ma magazynów z przyjaciółmi”…

No właśnie. To w gruncie rzeczy ten sam schemat. Przyzwyczajamy się wszystko mieć gotowe, na wynos, najlepiej ładnie opakowane i z datą ważności. Obecnie stokroć bardziej niż w czasach, kiedy De Saint Exupery pisał swój baśniowy moralitet (śmiech).
Przepraszam, zapędziłam się. Nie o tym miałam…
Praca zielarki, hmmm. Najprościej odpowiedzieć, że na zbieraniu i konserwowaniu roślin leczniczych. No i, oczywiście, na pomaganiu ludziom szukającym pomocy… Tyle, że to też nie takie proste. Sporo zielarzy leczących przy pomocy roślin opiera się na surowcach kupowanych w sklepach. Naprawdę mało jest osób, które same gromadzą materiał roślinny!
Trochę zapewne dlatego, że zioła trzeba zbierać tam, gdzie nie ma zanieczyszczeń. A takich miejsc jest już mało. Ja miałam szczęście – los zaprowadził mnie w świętokrzyskie, a to jedna z niewielu enklaw praktycznie bez przemysłu w naszym kraju!
Ale i tutaj nie da się gromadzić wszystkiego. Wiele roślin wymiera, są takie, które, niedawno jeszcze pospolite, teraz naprawdę trudno znaleźć. Są też rośliny chronione – częściowo lub całkowicie. Tych nie zbieramy w stanie dzikim, nawet jeżeli w danym środowisku jest ich sporo! Trzeba bazować na uprawach… No i, jak w każdym środowisku, nie wszystkie gatunki, które chciałoby się „mieć pod ręką”, tutaj akurat rosną! Niektóre można, fachowo mówiąc, introdukować, czyli posadzić z nadzieją, że się zaaklimatyzują. Ale tez nie wszystkie (śmiech).
Zielarz – praktyk, szukający i gromadzący rośliny samodzielnie, wszystko to musi wiedzieć – i brać pod uwagę.
Tak. Poza tym takiej pracy trzeba poświęcić wiele czasu i uwagi. Trzeba umieć uzbroić się w cierpliwość i pokorę – Natura często, z naszego punktu widzenia, „płata figle”. Przynosi deszcz i chłód kiedy nam pasowałaby piękna pogoda. Przymrozki nie w porę, lata suche i gorące, zmieniające rytm wegetacji. Nieznacznie oczywiście, ale często wymaga to zmiany planów, powoduje natłok pracy na przemian z okresami „zastoju”. Tutaj nie da się niczego wymusić. Dlatego trzeba zawsze być elastycznym, czujnym, uważnie obserwować.
I wpasować się w ten rytm – pozornie niezmienny, a jednak nieobliczalny!
Jest jeszcze drugi „nurt” tej pracy, ludzie.
A wraz z nimi ich problemy, lęki, fobie, niepokój i, co za tym idzie – choroby. Porządkowanie całego „bałaganu”, jaki zwykliśmy sobie fundować w organizmach i psychice, to zadanie prawdziwie tytaniczne. Ale, i tu może powiem dosyć nietypową prawdę, nie jest to moje zadanie. Uporządkowanie własnych problemów zawsze leży w rękach tego, kto te problemy ma. „Ja mogę tylko pokazać drzwi, otworzyć  je musisz sam” – to zdanie, pochodzące z kultowego w wielu środowiskach filmu „Matrix”, bardzo dobrze ilustruje zadanie zielarza – terapeuty. Oczywiście w ogólnym rozrachunku, bo metod „otwierania” drzwi jest wiele.
I to pewnie jest najważniejsze zadanie – pokazać te metody, nauczyć ich.
A często nawet przekonać, że są  faktycznie skuteczne. Terapia zielarska opiera się o rośliny lecznicze, to oczywiste. Ale stosowanie roślin, podobnie jak jakichkolwiek innych medykamentów, nie zda się na wiele, jeżeli nie włożymy w kurację nieco wysiłku. Troski. Po to chociażby, żeby przekonać się, że możemy… Mam na myśli rzecz jasna kuracje złożone i długotrwałe. Dotyczące schorzeń i zaburzeń przewlekłych.
Są i takie chwile, kiedy pomoc zielarska dotyczy działań doraźnych – i to także jakaś część mojej pracy. Wówczas zdaję się całkowicie na naturalne „siły przyrody”, których potęgi i skuteczności nie sposób zanegować…
W gruncie rzeczy to jest chyba pracy zielarskiej część najważniejsza – znać i umieć zastosować, z korzyścią dla siebie i innych, siłę Natury. Cała reszta to tylko narzędzia… Będąc zielarką, mam w roślinach stałych, niezawodnych sprzymierzeńców. Wiem ile umieją zdziałać, także dla nas, jeżeli korzystamy z nich mądrze. Uczmy się tego.
(zdjęcie z archiwum Zielichy)

*Żaden z zamieszczanych wywiadów nie jest tekstem opłaconym ani pisanym na zamówienie. Materiał jest sponsorowany przez samo życie i autorka tekstu czerpie z niego korzyści jedyne duchowo-towarzyskie.

Kamienie żyją

Zapraszam do drugiego wywiadu z Alicją Rospond. Tym razem o… kamieniach i ich tajemniczych mocach 🙂

 Alicja Rospond, z wykształcenia architekt jest jednym z najlepszych radiestetów i propagatorów medycyny naturalnej w Polsce. Jest znana z wielu inicjatyw w dziedzinie radiestezji. Stworzyła neutralizator szkodliwych zadrażnień geopatycznych wykorzystując promieniowanie kamieni naturalnych oraz jej osiągnięciem są wahadła z kamieni półszlachetnych. Autorka książek „Jak pomóc sobie i swoim bliskim. Radiestezja terapeutyczna-podręcznik”, „Uzdrawiająca moc wahadeł z kamieni”. Założyła w 1996 roku w Gdańsku Ośrodek Radiestezji Terapeutycznej – „ALMARO”.
Agnieszka Kawula: Pamięta pani swoje pierwsze zebrane kamienie?
Alicja Rospond: – Moje zainteresowanie kamieniami sięga wczesnego dzieciństwa. Kiedy byłam małą dziewczynką, przyjechałam do Gdyni z rodzicami, poszliśmy oglądać morze do Redłowa. Właśnie wtedy na plaży po raz pierwszy zaczęłam zbierać kamienie. Przyniosłam je do domu po kryjomu ponieważ moja mama wierzyła, że kamienie przynoszą nieszczęście. Dziś wiem, że każdy kamień może promieniować inną długością fali. Te promieniujące długą falą są przyjazne, wnoszą szczęście i pogodę ducha, a kamienie promieniujące krótką falą, np… czarną lub zielenią ujemną, przynoszą nieszczęścia i choroby.
Skarby znalezione na plaży potajemnie chowałam pod poduszką. Od tej pory kamienie traktowałam jak przyjaciół, rozmawiałam z nimi, czułam się z nimi fantastycznie, one mnie nawet grzały. Wtedy nie wiedziałam, że wybrałam sobie na towarzyszy krzemienie. I tak zaczęła się przygoda. Dzisiaj korzystam z dobrodziejstw minerałów, by się zrelaksować, doenergetyzować i leczyć różne dolegliwości.

Ma pani za sobą wieloletni pobyt w Afryce, przygodę z polskim różdżkarzem, którego sprowadziła pani na czarny ląd by wskazał miejsce gdzie jest życiodajna woda. To był też pierwszy pani kontakt z radiestezją. Jak rozwijała się pani pasja do kamieni?
– Kiedy byłam na kontrakcie jako młody architekt w Ghanie, na plaży zbierałam kamienie nawet te półszlachetne z moimi małymi dziećmi. Potem byłam w Peru i znowu plaża wysłana płaskimi czarnymi kamieniami. Wszędzie było tyle skarbów!
Kiedy zachorowałam na malarię, mój steward Dongo przyniósł mi jajo malachitowe i powiedział, żebym trzymała ten kamień w ręce, a spadnie mi gorączka. I faktycznie, po kilkunastu minutach poczułam się dużo lepiej, choć wcześniej byłam nieprzytomna i miałam 41stopni gorączki. Dziś wiem, że wahadła z malachitu obniżają gorączkę, leczą serce, a wibracje tego kamienia dążą do zharmonizowania i zrównoważenia wszystkich procesów biologiczno-chemicznych jakie zachodzą w naszym ciele.
Czyli przede wszystkim sama pani doświadczała magii kamieni.
– Tak. Na każdym kroku odkrywałam ich niezwykłą moc! Kiedy wróciliśmy z mężem, który też był architektem, po 12 latach z Afryki do Polski kupiliśmy działkę na Kaszubach, zaczęliśmy budowę domu. Zapragnęłam posadzić ziemniaki, ziemia była niezbyt dobra, ale postanowiłam spróbować. Dużo czasu poświęciłam na wyciągnięcie z ziemi perzy, ostów i innych roślinek, które doskonale czuły się na takim ugorze. Wyciągałam też kamienie. I w pewnym momencie podchodzi do mnie tamtejszy Kaszub i mówi: – Pani, nie wybieraj tych kamieni z ziemi, bo kartofle lubią rosnąć między tymi kamieniami. Wtedy już zajmowałam się radiestezją i umiałam oznaczyć długość fali kamienia specjalnym wahadłem, posprawdzałam sobie, że te kamienie emitują długą falą, czyli bielą. Po pewnym czasie okazało się, że pomiędzy tymi kamieniami rośliny przepięknie mi rosły, pomidory, które chorowały odżyły, róże kwitły, nawet telewizja gdańska przyjechała i nagrała program o moim ogrodzie. Pozbierałam też kamienie i przyniosłam je do domu, poukładałam między kwiatami, efekt ten sam, wszystkie genialnie rosły. Miałam wtedy w domu dwa psy, które były bardzo zainteresowane kamykami i ciągle łapkami je przesuwały. A to ważne jak leży kamień do roślinki, ciepłą czy zimną stroną. Postanowiłam zabezpieczyć kamienie przed psami i poprzyklejałam bryłki do płytek ceramicznych.
Ciekawy patent.
– Sprawdziło się z psami i roślinki były też szczęśliwe. Potem eksperymentowałam z płytką i okazało się, że kiedy położyłam ją przed telewizorem, który mi promieniował negatywnie na 4 metry, to promieniowanie zmniejszyło się do półtora metra. Dalej postanowiłam obdarować rodzinę i znajomych takimi płytkami. Patrzyli na mnie trochę dziwnie, pomyśleli, że te lata spędzone w Afryce mi namieszały w głowie. Po pewnym czasie zaczęłam dostawać informacje o efektach działania płytki. Jedna koleżanka powiedziała, że jej żółw ciągle siedzi przy płytce, a jej męża przestał boleć kręgosłup i tak powstał neutralizator z naturalnych kamieni z jeziora Białego. Potem doszły inne kamienie jak krzemienie, agaty mszyste, onyksy, kwarce czy kryształy górskie. Odpowiednio ułożone na płytce terakotowej spolaryzowane kamienie tworzą bateryjkę, która na zasadzie interferencji fal wycisza szkodliwe promieniowanie. Taki neutralizator potrafi zapewnić zdrowy sen i wypoczynek.
Opracowała pani sporo różności z wykorzystaniem właśnie kamieni.
– Pomysły same mi się podsuwają pod ręce we śnie, więc tak naprawdę nie mam wyjścia jak tylko sen przenieść do rzeczywistości. Okazuje się, że to, co wymyślam, służy innym, co mnie najbardziej cieszy. Bardzo lubię mój energetyzator z kryształów górskich. To urządzenie, dzięki któremu można naenergetyzować siebie, wodę, jedzenie. Przywraca utraconą energię oraz ożywia i energetyzuje w kilka minut wodę, żywność czy nawet biżuterię.
I to zasługa kryształów?
– Tak, oraz specjalnego ułożenia na płytce. Energia kryształów była znana już w starożytności. W Egipcie wykorzystywano ją do leczenie. Kryształy górskie mają wyjątkową energię uzdrowicielską. Naenergetyzowana żywność czy woda wywołuje pozytywne efekty zdrowotne wynikające z uaktywnienia naturalnych sił leczniczych organizmu. Kocham kryształy, one są jak żywe istoty, rosną, żądzą się tymi samymi prawami co świat organiczny.
Jak jeszcze wykorzystuje pani kamienie w swojej pracy?
– Często do doenergetyzowania osoby, która do mnie przychodziła, stosowałam kamienie. Najpierw je przykładałam na ciele pacjenta, ale początkowo nie wiedziałam jak długo mają te kamienie na nim leżeć. Wtedy pomyślałam sobie, że jeśli zrobię kamienie w formie wahadła to ja wibracjami wahadła w ciele eterycznym szybciej to zrobię, bo mi wahadło w pewnym momencie stanie. I tak zaczęłam robić wahadła z kamieni, a na efekty nie musiałam długo czekać, ludzie się zaczęli szybko dobrze czuć.
Na jednych z targów ezoterycznych podeszła do mnie matka z siedmioletnim synkiem. Widać było, że chłopak jest trochę zagubiony. Zaprosiłam ich do siebie do gabinetu. Matka stwierdziła, że nie dają sobie rady z synem, że grozi u nawet wydalenie ze szkoły, w domu jest grzeczny, ale w szkole okropny. Najpierw chciałam mu odblokować czakry, poprosiłam, żeby się położył na łóżku, ale on się zbuntował, tupnął nogą i odmówił. Poprosiłam matkę żeby przyszła za tydzień, a do chłopaka powiedziałam tak: – Jak przyjdziesz za tydzień dostaniesz ode mnie zaczarowany kamyczek. Po tygodniu wrócili, chłopak nie mógł się doczekać, dostał kamyk labradoryt i szczęśliwy położył się. Zaczęłam kręcić różnymi wahadełkami nad nim, żeby dodać dziecku energii, bo miał jej naprawdę mało. Opowiadałam mu w tym czasie o kamieniach, że one żyją, że mają energię, że mogą pomóc ludziom w różnych dolegliwościach. Słuchał mnie zafascynowany. Jak przyszedł do mnie trzeci raz, pojawił się też ojciec i powiedział: – Pani Alicjo, pani zmieniła nasze życie. Przemek jest innym dzieckiem. Dotychczas były tylko bitwy w komputerze, a teraz on szuka wiadomości na temat kamieni, czyta na ich temat książki. Syn zmienił się totalnie. Ciągle powtarza, że pani Alicja mu powiedziała, że będzie wielki jak tylko będzie się uczył. I się chłopak zawziął. Naprawdę mamy nowe dziecko. Skończył klasę z wyróżnieniem, a mieli go wyrzucić… Po piątym spotkaniu dostałam od Przemka obrazek z podpisem: „Dla pani Alicji, która pomaga ludziom, wierzy w dzieci i dużo wie o życiu kamieni…” Dla mnie to wzruszające chwile.
Proszę opowiedzieć trochę więcej o wahadłach z kamieni.
Wahadła z kamieni szlachetnych są wyjątkowo skuteczne, gdyż przywracają równowagę energetyczną i wspomagają leczenie. Odpowiednio dobrane do danej czakry wahadło praktycznie doprowadza do równowagi całe ciało. Pracując z wahadłami z kamieni szlachetnych, mamy do czynienia z bardzo subtelnymi energiami i wibracjami. Praca z wahadłami dotyczy kilku ciał energetycznych człowieka: fizycznego, eterycznego, astralnego i mentalnego. Transformacja w jednym ciele energetycznym wywiera wpływ na wszystkie inne ciała. Pracując wahadłem w ciele eterycznym, wprowadzamy dodatkowe wibracje leczące ciało fizyczne. Dlatego stosując wahadła z kamieni szlachetnych możemy działać na subtelnych płaszczyznach, aby wpłynąć na ciało fizyczne. Takie wahadła w sposób nieagresywny niwelują blokady energii nawet, jeśli nie zdążyły się one jeszcze objawić w płaszczyźnie fizycznej. Jeśli potrafimy skierować siłą woli energię uniwersalną, boską, by przeszła przez odpowiedni kryształ w formie wahadła, to ulega ona znacznemu wzmocnieniu. Stanie się tak na skutek zetknięcia się jej ze strukturą odpowiedniego kamienia. Przyczyni się to do powrotu prawdziwych częstotliwości drgań komórek w organizmie.
Co jest najważniejsze w wyborze odpowiedniego wahadła z kamieni dla siebie?
– Wybierając odpowiednie wahadło tak naprawdę trzeba kierować się tylko intuicją. Powstaje zjawisko rezonansu między wahadłem z kamienia a naszym organizmem. Kryształ rezonuje i gdy napotyka częstotliwość podobną w innej strukturze, to energie obu tych materii nakładają się. Tak wybrane kamienie doprowadzą do poprawy naszego zdrowia i samopoczucia. Bardzo ważne, żeby nasze czakry pracowały bez zarzutu i były odblokowane. Kamiennymi wahadłami możemy doprowadzić do równowagi czakr i przepływu energii.
Pani pracę z wahadłami zaczynała u księdza z Tych, który skierował panią do Józefa Baja…
Tak. To było naprawdę wiele lat temu, ale pamiętam to spotkanie. Zadziwił mnie swoją mądrością i umiejętnościami radiestezyjnymi, a przy tym był skromnym człowiekiem. Opowiedział mi historię: – Pani Alicjo, mój syn był w szpitalu. Miał kamień w nerce. Był przygotowany do operacji, ale udało mi się kamień rozbić na odległość wahadłami.
– Jak pan do zrobił? – pytałam zdziwiona.
– Pracowałem w domu na świadku!
– Na zdjęciu?
– Nie, na pantoflach domowych syna!
Byłam kompletnie oszołomiona, ale zapytałam:
– Jakimi wahadłami pan pracował?
– Z kamieni szlachetnych i wahadłem z Czu.
– A jakich kamieni pan użył?
– Karneol, cytryn i jaspis – skromnie odpowiedział o dodał – lekarze byli zdziwieni, gdy syn rozkruszony kamień wysiusiał.
Czyli działa pani także na odległość przy pomocy wahadła?
– Próbuję tego i często udaje mi się przywrócić równowagę energetyczną i poprawić stan fizyczny klienta. Jednak trzeba pamiętać, że nie da się uzdrawiać jeżeli nie będzie się czuło miłości do świata. Poza tym, terapia wahadłami z różnych kryształów przyspiesza proces zdrowienia, becz nie zastąpi wizyty u lekarza.

*Żaden z zamieszczanych wywiadów nie jest tekstem opłaconym ani pisanym na zamówienie. Materiał jest sponsorowany przez samo życie i autorka tekstu czerpie z niego korzyści jedyne duchowo-towarzyskie.

Kobieta i jej wahadła



Alicja Rospond, z wykształcenia architekt jest jednym z czołowych radiestetów i propagatorów medycyny naturalnej w Polsce. Jest znana z wielu inicjatyw w dziedzinie radiestezji. Stworzyła neutralizator szkodliwych zadrażnień geopatycznych wykorzystując promieniowanie kamieni naturalnych oraz jej osiągnięciem są wahadła z kamieni półszlachetnych. Autorka książek „Jak pomóc sobie i swoim bliskim. Radiestezja terapeutyczna-podręcznik”, „Uzdrawiająca moc wahadeł z kamieni”. Założyła w 1996 roku w Gdańsku Ośrodek Radiestezji Terapeutycznej – „ALMARO”.
Agnieszka Kawula: Pamięta pani kiedy po raz pierwszy trzymała w ręku różdżkę?
Alicja Rospond: – Tego nie sposób zapomnieć! To było w 1978 roku. Wyjechałam do Nigerii jako młody architekt, projektowałam tam szpitale. Zapytałam kierownika budowy, była nim kobieta, jak zamierzają podłączyć wodę do szpitala. Okazało się, że będą ją dowozić ponieważ w pobliżu nie ma żadnej studni ani dostępu do wody. Zapytałam dlaczego nie mogą wykopać studni? Tu robiono 14 odwiertów, nawet do 200m i wody nie było tak nie ma. A różdżkarz był? – dopytywałam się? Nawet nie wiedzieli kto to jest, a ja nie zdawałam sobie sprawy z tego, co powiedziałam. I tak wplątałam się w akcję sprowadzenia do Afryki polskiego różdżkarza.

Miała Pani wcześniej kontakt z jakimś różdżkarzem?
– Ależ skąd! Sama wyobrażałam sobie, że różdżkarz jest jakimś wiejskim chłopem, w chodakach i z różdżką leszczynową chodzi i szuka wody. Jakież było moje zdumienie kiedy po kilku tygodniach poszukiwań trafiłam nie na wiejskiego chłopa, a na magistra inżyniera Jana Łuczaka z Poznania. Przedstawiłam mu sprawę, a on zażyczył sobie mapy sztabowe terenu, na którym postawiono szpital. Zdobyliśmy je. Po pewnym czasie razem z murzynką pojechałyśmy osobiście do Poznania do pana Jana. Zaprosił nas do mieszkania. Bardzo się zdziwiłam kiedy zobaczyłam, że jego tapczan stoi na środku pokoju i w dodatku krzywo. Popatrzyłam na ściany, sufit i pomyślałam, że odsunął go bo będzie malowanie. A on popatrzył na mnie przenikliwie i powiedział: – Panienko, nie malowanie, ten tapczan tak stoi bo tu są żyły wodne. Wtedy to po raz pierwszy usłyszałam o żyłach wodnych.
Jak skończyła się sprawa afrykańskiej studni?
– Trochę to wszystko trwało. Pan Jan zgodził się wyjechać do Afryki, ale nie chciał jechać sam. Powiedział, że potrzebuje jeszcze jednej osoby, żeby na miejscu potwierdziła słuszność jego wyboru i go sprawdzi. W pewnym momencie wyjął swoją różdżkę i przeszedł się kawałek, różdżka mu się wygięła i wskazał w ten sposób żyłę wodną w swoim mieszkaniu. Murzynka z ciekawości chwyciła narzędzie, ale jej się nie wygięła. Ja nieśmiało też spróbowałam i jakież było nasze zdziwienie, kiedy mną zaczęło trząść tak mocno, że różdżka mi wypadła. No to pan Jan powiedział: – Jadę, a pani mnie sprawdzi.
Przygoda w Afryce skończyła się sukcesem. Studnia została bezbłędnie wyznaczona. Wielu wtedy przybyło żeby zobaczyć białego czarownika, który obdarował ich ziemię wodą dobrą do picia. Okazało się, że woda była już na 37 metrach.I tak się zaczęła moja przygoda z radiestezją. Dziś na swoim koncie mam 79 wyznaczonych studni, potrafię je wyznaczyć nawet na mapach.
Co pani zafascynowało najbardziej w pracy z kamieniami, różdżkarstwie?
-Najbardziej to, że można pomóc komuś kto ma za sobą wiele bezowocnych wizyt u lekarzy i na efekty nie trzeba długo czekać. Ciągle dostaję podziękowania od dorosłych i dzieci, a gdyby zwierzęta potrafiły pisać pewnie też bym dostawała i od nich. Trafiają do mnie pary, które od kilkunastu lat starają się o dzieci nic. Kilka wizyt u mnie wystarcza i nagle pojawia się na świecie upragniony owoc miłości. Mam w tej chwili 63 dzieci urodzonych. To ogromna radość!
Co jest pani podstawowym narzędziem pracy?
-Dzisiejsza radiestezja bazuje na pracach i odkryciach kilku radiestetów na świecie, którzy posiedli ogromną wiedzę radiestezyjną, mają także znakomite zdolności i predyspozycje. W radiestezji terapeutycznej podstawowym sprzętem jest wahadło, chociaż niektórzy stosują też różdżki. By stosować wahadło trzeba znać interpretację konkretnych ruchów wahadła czyli wiedzieć, co one oznaczają.
Skąd pani zdobyła wiedzę na temat wahadeł? Wiedza ezoteryczna nie była tak powszechna jak dziś.
– Pewnie się pani zdziwi kiedy powiem, że pracy wahadłami nauczył mnie ksiądz z Parafii Świętego Wojciecha w Tychach. To była ciekawa historia. Wróciłam z Nigerii z mężem. Krótko po powrocie coś bolało go w brzuchu z lewej strony. Trafił do szpitala chorób tropikalnych w Redłowie. Po trzech tygodniach lekarze zdecydowali, że mąż musi się poddać operacji, wyniki badań nie były najciekawsze. Zaczęłam wtedy poszukiwania alternatywnego leczenia i tak dowiedziałam się o księdzu, który w Tychach leczy wahadłami. Pomyśleliśmy, że nie zaszkodzi spróbować. Kiedy zadzwoniłam okazało się, że tak może przyjąć męża, ale dopiero za pół roku, tylu ma pacjentów. A operacja była wyznaczona na za trzy miesiące.
Domyślam się, że ktoś przybył z pomocą?
– Poratowała mnie siostrzenica, która poprzez swoich przyjaciół załatwiła nam wizytę. Ksiądz kazał nam przyjść bardzo wcześnie rano, przed wszystkimi pacjentami. Poszliśmy. Ksiądz wyjął wahadła, kartkę na której miał spisane je wszystkie i zaczął kręcić nimi nad mężem. Po zabiegu kazał nam przyjść późnym wieczorem po mszy, po wszystkich pacjentach. My o godzinie 23 mieliśmy pociąg powrotny, bałam się, że nie zdążymy. Żeby usprawnić zabieg, sprawdzałam jakie wahadło ma być w następnej kolejności użyte i mu podaję. Nagle dzwoni telefon, ksiądz zaczyna dość długą rozmowę. No to ja nie czekałam długo i nie do końca wiedząc co robię, wyciągałam zgodnie z listą kolejne wahadła i kręciłam nimi nad mężem tak jak mnie się wydawało. Potem ksiądz przyszedł i brał po kolei wahadła i zamiast 84 obrotów robił tylko 14. Popatrzył na mnie zdziwiony, kazał wziąć do ręki wahadło i pokręcić. Po chwili powiedział: Dziewczyno ty możesz robić to co ja, bo masz dar boży.
A zdrowie męża poprawiło się?
– Po miesiącu mieliśmy pojechać do księdza na kolejną wizytę. Tak się zainteresowałam całą sprawą, że dowiedziałam się skąd zdobyć te wszystkie wahadła, kupiłam je. Szybko kupiłam wahadła i zaczęłam testować na mężu, kręciłam nad nim, kręciłam, ale nie wiedziałam tak do końca czy to, co robię jest dobre. Po miesiącu znowu jesteśmy u księdza, bierze po kolei wszystkie wahadła i każde jedno ani drgnie. Okazało się, że mąż jest zdrowy! I faktycznie tak było, kolejne badanie w szpitalu już nie wykazało żadnego stanu chorobowego, co wprawiło w osłupienie lekarzy. Nie chcieli uwierzyć, że nowe badania są tymi mojego męża! Teraz mam skrzynkę moich specjalnych wahadeł Józefa Baja z różnymi mikroelementami i jestem pogotowiem ratunkowym mojej rodziny.
Z tego co wiem to i weterynarzem pani bywa.
– Oczywiście. Jeździłam nawet do zwierząt, taksówki po mnie przyjeżdżały i jechałam. Wszystko robiłam za darmo. Wzięłam tylko pieniądze za konia bo jechałam tramwajem, więc tylko tyle co na bilet. Dostawałam zawsze jakiś drobiazg w prezencie. Dopiero jak zrobiłam papiery czeladnicze, założyłam swój gabinet i zaczęłam brać pieniądze jako zawodowiec. I dostaję kolejne podziękowania, jak choćby takie: „Dziękujemy za wyleczenie naszego żółwika, miał bakteryjne zapalenie przewodu pokarmowego, nie chciał jeść, pić, był ospały. Teraz nie możemy za nim nadążyć”.
Ma pani swoje ulubione wahadło?
– O tak, jest nim wahadło z kryształu górskiego, ono naprawdę żyje.
Jak pracować z wahadłem, czyli „jak to działa”?
– Człowiek, który pracuje wahadłem, odbiera sygnały płynące z podświadomości. Sygnały te powodują mimowolne drgania rąk przekładane na ruch wahadła. W radiestezji najważniejsze jest ustalenie, już od pierwszego ćwiczenia, swojej własnej konwencji. Należy umówić się z podświadomością, co będą oznaczały poszczególne ruchy wahadła i jak należy je interpretować. I tak za pomocną wahadła można określić przyciąganie i odpychanie między ludźmi, zwierzętami czy minerałami.
Widziałam już naprawdę dużo wahadeł, jest w czym wybierać.
– Tak, istnieje cała ich cała gama, za pomocą których można pozbyć się skutków przebywania w sferach zadrażnień geopatycznych. Istnieją wahadła, które niszczą drobnoustroje  naszym organizmie (szkodliwe bakterie, wirusy, grzyby czy pleśnie), wahadła, które zwiększają odporność organizmu, wskazują na ilość trucizn w naszym organizmie (w tym metali ciężkich), wahadła wskazujące i uzupełniające pierwiastki, wysyłające na polecenie mentalne lecznicze wibracje, wahadła oddziałujące korzystnie na sferę psychiczną człowieka oraz wahadła do prowadzenia prac badawczych. Przed użyciem należy każde wahadło uderzyć lekko o jakiś przedmiot celem rozładowania. Warto też pamiętać, że stosowanie wahadła nie może nigdy zastąpić konsultacji lekarskiej i klasycznej metody leczenie. Stanowi ono zawsze jedynie działanie pomocnicze, uzupełniające oraz wzmacniające skuteczność terapii medycznej.
A jak to jest z tym źle ustawionym łóżkiem? Naprawdę ma to tak duże znaczenie dla naszego zdrowia?
– Do mojego gabinetu trafiają ludzie prosząc o pomoc po wyczerpaniu wszelkich możliwości medycyny konwencjonalnej. Wystarczy kilkuminutowa rozmowa, sprawdzenie wahadłem, jak promieniuje dana osoba, by stwierdzić, że śpi lub siedzi w pracy na cieku wodnym. W wielu przypadkach wystarczyło przestawić łóżko czy krzesło, by po paru wizytach u mnie stwierdzić całkowitą przemianą, powrót zdrowia i radości życia.
A co z promieniowaniem elektromagnetycznym? Faktycznie ma na nas taki duży wpływ?
– Ono nas wręcz „zabija”. Z każdej strony płynie do nas promieniowanie z odbiorników radiowych, telewizyjnych, komputerów, zegarków elektronicznych itd. Często jestem zapraszana do biur, gdzie sprzętów jest naprawdę dużo, a pracownicy czują pogorszenie stanu zdrowia czy skarżą się na częste bóle głowy. Bywa, że nie można przestawić biurek czy krzeseł. Wtedy do akcji wkracza mój neutralizator radiestezyjny z naturalnych kamieni. Ta skromna płytka z czterema kamykami wyciszyła cieki i sprawia, że bóle głowy w pracy odchodzą do przeszłości. Promieniowanie pasów geopatycznych w tym cieków jest bardzo szkodliwe dla wszystkich żywych organizmów: roślin, zwierząt (wyjątkiem jest kot) i ludzi. Przebywanie w zasięgu tego promieniowania może powodować różne dolegliwości: zmęczenie, bóle głowy, zły sen, nerwice. Po dłuższym czasie mogą wystąpić bóle kręgosłupa, reumatyzm, astmy oskrzelowe, u dzieci alergie, białaczki, a nawet choroby nowotworowe. Neutralizator z naturalnych kamieni promieniujący bielą wycisza w 100% szkodliwe promieniowania w domu, biurze czy samochodzie.
Różne cudeńka tu u pani. Widzę, że na wszystko są osobne patenty i atesty. Skąd pani czerpie inspiracje?
– Pomysły na wszystkie moje patenty są wyśnione. Nocą mam sen, a rano ze szczegółami go pamiętam i wiem co i jak mam zaprojektować.
Jak długo zajmuje się pani radiestezją?
– Już 30 lat… Mam dużo wyszkolonych młodych radiestetów, przychodzą na moje kursy nawet lekarze, co mnie bardzo cieszy. Dzięki temu lekarz poznaje człowieka i jego energię, a na akademii medycznej poznaje ciało fizyczne, a potem potrafi całą wiedzę połączyć i pomóc danej osobie. Tak naprawdę leczenie powinno być aktem osobistym, a lekarze i terapeuci medycyny naturalnej powinni pracować razem. Tylko razem możemy osiągnąć niewyobrażalny stopień opieki nad pacjentem. Chciałabym bardzo żeby lekarze zaczęli postrzegać pola energetyczne. Niektórzy z nich już korzystają z pomocy terapeutów, chociaż robią to nieoficjalnie. Należałoby wyjść z ukrycia i pracować wspólnie.

*Żaden z zamieszczanych wywiadów nie jest tekstem opłaconym ani pisanym na zamówienie. Materiał jest sponsorowany przez samo życie i autorka tekstu czerpie z niego korzyści jedyne duchowo-towarzyskie.