Zaznacz stronę
Wola zmiany silniejsza niż strach

Wola zmiany silniejsza niż strach

Poznałyśmy się rok temu. Obie byłyśmy wtedy w punkcie dużej zmiany. Ja akurat przeprowadzałam się z Niemiec do Gdyni, ona szukała w sobie odwagi by rzucić pracę i zająć się tym, co sprawi jej radość. Ja przyjechałam akurat do Gdyni pomasować moich klientów, ona znalazła mnie i powiedziała, że bardzo teraz właśnie Lomi Lomi Nui potrzebuje. Na nową drogę, na wzmocnienie, na oswojenie lęku przed zmianą, na dodanie sił by pójść w nieznane i się nie cofnąć.

Zamieszało się w rzeczywistości, zakotłowało, zabulgotało i… Dokładnie rok później spotykamy się u niej! Trafiłam na jej sklep internetowy i zapragnęłam balsamu do ciała o oszałamiającym zapachu mango ;-).  Witają mnie dwa koty, zwłaszcza Kot Leon taki bardzo psi uprasza się ciągle o głaski.  Zostałam ugoszczona zielonym koktajlem, który przyjemnie nie orzeźwił.  I jak to ze mną bywa, podpytałam co u niej, bo zmiana ogromna!  Z zaciekawieniem słuchałam  opowieści. Dużo się przez rok wydarzyło. Agnieszka prowadzi już swój sklep internetowy, dostała dofinansowanie na rozwój działalności i inspiruje ludzi do zdrowego życia. Ależ przyjemnie widzieć jak człowiek się zmienia i sięga po swoje marzenia. Kiedy ktoś mimo strachu idzie do przodu. Kiedy ktoś, mimo niepewności, podejmuje ryzyko i wybiera to, co mu w duszy gra.

A łatwo nie było… Poznajcie Agę Fiszer-Kosińską.

Agnieszka po studiach wyjechała na 7 lat do Stanów. Pracowała jako opiekunka do dzieci, a potem w hotelarstwie zaliczając różne szczeble „kariery”. Potem wraca do Polski, próbując się odnaleźć w rzeczywistości. Kolejnych 7 lat mija jej w Warszawie, nadal w pracy, która coraz bardziej męczy i stresuje. Ratunku szukała w bieganiu. Założyła nawet grupę „Wola biegania”, przez chwilę była też trenerką fitnessu.

– Ogólnie temat zdrowia zawsze był mi bliski, ale nie wiedziałam jak zająć się tym zawodowo. Byłam dość nieszczęśliwa, ale brakowało mi odwagi. Bałam się co na mnie może czekać poza strefą komfortu. Myślałam, że jak się przeprowadzę do Trójmiasta to będzie lepiej. Było o tyle fajniej, że miałam morze pod ręką, ale nadal byłam nieszczęśliwa i tkwiłam w pracy, która mnie strasznie stresowała i spalała.

Nic nie było w stanie mnie zrelaksować… Tak się złożyło, że mojej koleżanki z działu ojciec robił akupunkturę. Był kiedyś lekarzem, chirurgiem… I tak zaczęłam do niego chodzić. Ale to nie były zwykłe sesje… Czasem siedziałam u niego ze trzy godziny. A on na mnie najpierw nabijał na igły, potem jakieś bańki, muzyczka, a potem rozmowa terapeutyczna… Oj dużo mi to wtedy dało… Podsuwał mi też książki do czytania, a jedna, która mi zrobiła najwięcej dotyczyła właśnie odwagi… Potem trafiłam do Ciebie na masaż, a potem wyjechałam na tydzień w Bieszczady. Chodziłam po górach, medytowałam, modliłam się. Już naprawdę nie wiedziałam jak mam zmienić swoje życie i co robić. Wiedziałam jedno, że już nie wrócę do mojej pracy i nawet jakbym miała pracować gdzieś w sklepie za mniejsze pieniądze to już mi wszystko jedno.

Taka zrezygnowana trochę opowiadałam moje postanowienia koleżance: wiesz, co, będę pracowała sklepie, będę robiła zupełnie coś innego niż dotychczas i pomyślę co dalej. A ona na to: ale dlaczego masz pracować w sklepie u kogoś, skoro możesz sama założyć sklep. – No tak! Mogę! Potem rozmawiałam z kimś innym i mówię: Będę miała sklep, ze zdrową żywnością, suplementami, fajnymi kosmetykami. – No ale wiesz, sklep to duży nakład finansowy, duża inwestycja, może sklep internetowy? No i zaskoczyło! Jasne, że tak!

I tak przez  tydzień w Bieszczadach narodził się nowy pomysł. Już wtedy wiedziała też, że chciałaby studiować medycynę chińską. Znalazła idealne miejsce dla siebie i to w Gdańsku (TOMO  Trójmiejski Ośrodek Medycyny Orientalnej).

– To jest coś zgodnego ze mną. Bardzo do mnie to wszystko przemawia i chcę się tym też dzielić z innymi. Ogólnie to uczyłam się chińskiego przez rok. Pracując w hotelu miałam sporo kontaktów z Chinami. I ogólnie nie mogłam się z klientami dogadać mimo że rozmawialiśmy po angielsku. Gdzieś nasza komunikacja się rozmijała. No to pomyślałam, okej, zacznę uczyć się chińskiego. I tak zaczęłam poznawać tę kulturę. Oni w ogóle mają inną mentalność i myślenie… I wiele nieścisłości wynikało właśnie z tego…

Czy miewa jeszcze wątpliwości? Jasne… Bo te pierwsze kroki wymagają troski, wsparcia i dużo siły by nie zawrócić w utarte koleiny. A czasem to bardzo by się chciało po prostu zwiać!  Aga nie daje się podszeptom krytyka wewnętrznego i raz w miesiącu korzysta z biznes coachingu bo czasem ją  to wszystko przytłacza i nie wie do końca jak się w tym nowym odnaleźć.  Przyznaje, że łapała naprawdę duże doły.

– Za dużo siedziałam w głowie i za bardzo wierzyłam w te wszystkie mało wspierające słowa, które sobie mówiłam. Teraz uczę się, żeby nie być dla siebie taką krytyczną i pogłaskać się kiedy trzeba, pochwalić, położyć fajny balsam na czasem zestresowane ciało, dać sobie więcej luzu i dalej iść do przodu i realizować postawione cele. Bo ja się dopiero rozkręcam!

To była komunikacja poza słowami…

To była komunikacja poza słowami…

IMG_0008.2jspgDawno dawno temu, a może to wcale nie było tak dawno temu i nie za siedmioma górami i nie za siedmioma lasami Kawula, a raczej jej cień poszedł na masaż Lomi Lomi… I życie wróciło… I wracało przez pół roku… Aż Kawula nabrała sił i wyruszyła w dalszą drogę by sama nauczyć się tej hawajskiej pracy z ciałem… Dla mnie jako terapeutki i nauczycielki Lomi Lomi Nui to była miłość od pierwszego dotyku i oddechu. Absolutnie się zakochałam i pozostaję w stanie zakochania już osiem lat. Miałam przyjemność towarzyszyć setkom osób w ich pięknych przemianach i odkryciach. Nieustannie zadziwia mnie każde kolejne spotkanie i zachęca do coraz większej uważności, wsłuchiwania się w mowę ciała, szept emocji i duszy moich klientów. Zachęca do własnego rozwoju i elastyczności w ciele i umyśle. Na przestrzeni lomi lat sama przeszłam niejedną transformację która zawsze wzmacniała jakość robionego przeze mnie masażu. Dlatego teraz głos daję moim klientom, dzięki którym pozostaję w nieustającym lomi zachwycie i którzy lepiej niż wszystkie mądre opisy oddadzą ducha tego masażu.

Przedstawiam Wam nowy cykl wywiadów, który przybliży ideę samego hawajskiego masażu świątynnego jakim jest Lomi Lomi Nui. Co to za twór, czym jest dla moich klientów, jak bardzo dzięki niemu zbliżyli się i otworzyli na samych siebie. Do przygody zaprosiłam też obraz w wykonaniu Karoliny Czerwińskiej(ilustratiks). To właśnie jej ilustracje będą wisienką na lomi torcie! Każdy wywiad to  nowy obrazek, więc będzie twórczo, kreatywnie, kolorowo, lomisiowo ;-)!

 

Anna, 46 lat, coach, mediator, opiekunka, Gdynia, Schwerte-Ergste (Niemcy)

 

Na ile masaż Lomi Lomi Nui był Ci wcześniej znany i dlaczego zjawiłaś się na sesji?

Doświadczałam różnego rodzaju masaży. Jeździłam po SPA, miałam masaże po kontuzjach sportowych i wypadkowych, oddawałam się w ręce terapeutów i to były masaże lecznicze, ale o Lomi Lomi Nui nie słyszałam. Różne rzeczy o nim czytałam, ale to czego doświadczyłam u Ciebie żaden tekst nie opisywał… Zanim przyszłam do Ciebie wiedziałam, że potrzebuję kogoś komu będę mogła nie mówić, a ta osoba będzie doskonale wiedziała w jakim miejscu i z jakim natężeniem moje ciało potrzebuje uważności. No i byłam bardzo ciekawa i samego masażu i osoby, która go wykonuje. A jak się zamawia to się zjawia… I zjawiłaś się Ty!

Wielka radość dla mnie z takich spotkań!

I to czuć! Dla mnie, zwłaszcza na tym pierwszym spotkaniu, miała niezwykłe znaczenie Twoja energia, śmiejące się oczy, empatia i szacunek do ciała który momentalnie czuć. Kiedy się pojawiłaś w drzwiach miałam wrażenie, że jesteś otoczona słońcem. Dzięki temu jakikolwiek stres czy napięcie znikają. Jesteś jak taki elf z różdżką, który jednym machnięciem zabiera wszelkie obawy. A w czasie masażu byłaś totalnie stopiona z moim ciałem, miałam wrażenie, że nie ma Ciebie i czułam, że jestem sama z sobą… Nie czułam dyskomfortu czy jakiejkolwiek ingerencji osoby trzeciej. Ciężko to wyrazić słowami…

Spróbuj opisać Lomi Lomi Nui swoimi słowami, czym jest dla Ciebie?

To  masaż, który daje przede wszystkim niesamowite wyciszenie, relaks i otwarcie na siebie. We mnie nie było żadnego spięcia, nawet jeśli coś się pojawiało to miałam wrażenie, że Twój dotyk roztapiał każde uczucie dyskomfortu. To co mi przychodzi do głowy to porównanie tego totalnego relaksu i odpuszczenia z tym, jakiego można doświadczyć po wysiłku fizycznym. Osoby intensywnie biegające mogą coś o tym powiedzieć. To stan bez umysłu. Miałam wrażenie, jakbym się unosiła w powietrzu albo w wodzie…

Czy coś Cię zaskoczyło w trakcie sesji?

W pewnym momencie bardzo się zadziwiłam bo miałam wrażenie, że masujesz moje wnętrzności, zwłaszcza przeponę! Miałam wrażenie, że włożyłaś mi w splot słoneczny ręce przynajmniej po nadgarstek i rozmasowywałaś mi kamień. To nie było nieprzyjemne, po prostu inne. Dopiero wtedy poczułam jak bardzo byłam w tamtym miejscu spięta…

Czy mój oddech miał znaczenie w trakcie masażu? Bo przecież jest słyszalny i dość specyficzny…

Wydawałby się może dziwny, gdybyś o nim nie uprzedziła. Ty o mnie zadbałaś i dokładnie wiedziałam co się będzie ze mną działo i nie było elementów zaskoczenia i dziwności. Dla mnie Twój oddech był nieodłącznym i pięknym elementem masażu i prowadził mnie przez wszystkie części sesji. Od pierwszego twojego oddechu brzmiałaś dla mnie jak ocean, jak fale które uwielbiam… Dzięki oddechowi dużo łatwiej weszłam w stan relaksu i praktycznie cały czas byłam gdzieś nad wodą, kiedy oddech zanikał czekałam żeby fale wróciły. Mnie to dodatkowo uspakajało…

Jak odebrałaś sam dotyk?

Była w nim niezwykła uważność. Odniosłam wrażenie, że moje ciało mówi, a Twoje słyszy. Mam szczególne miejsca, które wymagały Twojej pracy mniej albo więcej i Ty doskonale wiedziałaś jaka ma być intensywność dotyku i w jaki sposób pracować. To była niezwykła komunikacja poza słowami. Podobało mi się, że dbałaś o zachowanie intymności w trakcie sesji dzięki czemu mogłam się całkowicie odprężyć i odpuścić jakąkolwiek kontrolę. Dla mnie to było bardzo ważne.

Pamiętasz pierwszą myśl, albo uczucie po masażu?

Bezpośrednio po była we mnie totalna błogość i kiedy wyszłaś z pokoju zostawiając mnie w samotności, zastanawiałam się tylko jak długo ja tak mogę jeszcze leżeć bo zupełnie nie miałam ochoty wstawać… Nie miałam też potrzeby myślenia, nie pojawiała się potrzeba ruchu… Bardzo wolno wracałam do świata realnego.

A Twoje ciało jak się czuło?

Przede wszystkim miałam wrażenie, że ważę kilka kilogramów mniej. Byłam zdziwiona bo kiedy się ubierałam to rzeczy były na mnie po prostu luźne! Czułam się niesamowicie elastyczna i wiotka.

Przez kilka dni z podziwem patrzyłam na moje nogi i w okularach i bez i pod każdym kątem bo nie mogłam się dopatrzeć cellulitu! Tak mocno ruszyłaś mi limfę! To był fenomenalny „skutek uboczny” masażu! Oczywiście po pewnym czasie wszystko zaczęło wracać do normy, ale jednak nie mogłam wyjść z podziwu jak to fantastycznie podziałało!

Moje ciało było też absolutnie rozgrzane. Towarzyszyło mi uczucie gorąca łącznie ze stopami i dłońmi, które zazwyczaj mam zimne. Bardzo długo po masażu miałam ciepłe stopy, a dodatkowo czułam energię w dłoniach! Jestem osobą, która ćwiczy jogę i taka ciepłota mi się wcześniej nie zdarzała.

Poza tym miałam wrażenie całkowitego odetkania moich nozdrzy i uszu. Do tego stopnia, że zaczęłam czuć powietrze i to tak intensywnie, że niemal drażniło! Niesamowite…

Czy to co Ci powiedziałam po masażu miało dla ciebie znaczenie? Nazywam to takimi informacjami zwrotnymi od Twojego ciała dla Ciebie. Śmieję się, że w czasie masażu śnię sny dla kogoś…

Wszystko czego doświadczałam w trakcie masażu było dla mnie niezwykle spójne. Każdy ruch, oddech, atmosfera, zapachy… Też to, co powiedziałaś do mnie po samym masażu miało związek z tym, co się ostatnio w moim życiu dzieje. Całe spotkanie było jak układanie puzzli, dzięki któremu mogłam zobaczyć całość i to, co dotychczas nie było do końca dla mnie widoczne. Pojawiały się różne sygnały dla mnie w życiu codziennym, że powinnam zająć się swoją kreatywnością, ale dopiero w masażu poczułam to dosadnie, a to, co powiedziałaś do mnie po sesji było kwintesencją wszystkiego. Twoje słowa dodały mi skrzydeł i wiary w siebie, pozwoliły mi uwierzyć, że właśnie teraz jest TEN moment. Zobaczyłam jak sama siebie blokuję, jak dużo zależy właśnie ode mnie!

Czy pojawiły się jakieś małe-wielkie odkrycia PO?

Jasne, mnóstwo! Po samym masażu miałam wrażenie, że ile bym w siebie nie wlała czułam się jak gąbka, która wszystko momentalnie wchłania i jest sucho. Nie pamiętam takiej suchości, a byłam już w różnych temperaturach i nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. Ilość płynów jaką pochłaniałam była ogromna. Nie chciało mi się tyle jeść. Przestało mnie ciągnąć do chłodnych napojów i chłodnego jedzenia. Mam teraz potrzebę picia i jedzenia ciepłego. Bez względu na panującą temperaturę na zewnątrz! Przed masażem nie jadałam za dużo mięsa, ale PO to mnie już totalnie odrzucało, drażnił mnie już sam zapach…

Ale wiesz co? Przede wszystkim jest się dużo uważniejszym na siebie, swoje potrzeby, na ciało. Kiedy przyszłam na masaż to był czas tylko dla mnie, nie patrzyłyśmy na zegarek i czas płynął zdecydowanie wolniej. Mogłoby się wydawać, że półtorej czy dwie godziny to nie jest wiele, ale dla mnie wszystko absolutnie zwolniło i się rozciągnęło! To były warunki sprzyjające otwarciu się na siebie samego. Dla mnie to był taki mały detox i duchowy i fizyczny.

Jest taki moment PO, kiedy jest się przygotowanym by dalej kroczyć tą zdrowszą ścieżką i podtrzymywać ten stan, ale to już wymaga pracy od nas samych i od nas zależy co z tym dalej zrobimy. To już nie jest tak, że się przeczyta coś w gazecie, że pszenica czy biały cukier szkodzą. Nie, to się czuje samemu, co jest dla nas dobre a co powoduje wręcz ból ciała. Przychodzi taki moment świadomego wyboru… Wejdziesz w nowe czy wrócisz do starego. Zawsze można pójść jeszcze na Lomi by podtrzymywać motywację i żyć blisko siebie ;-).

Dzika Dada

Dzika Dada

nefryt2

Ach cóż to było za spotkanie… Dawno temu i nie tak bardzo… Nieznajoma z nieznajomą w cieniu parasolki chowały się przed upałem i wycisnęły z rozmowy ile się dało. Było o sprawach ducha i ciała. Było lekko i wesoło. Było inspirująco i radośnie. Było naturalnie i prawdziwie. Po naszej rozmowie było jeszcze jedno spotkanie, mniej wywiadowcze, równie pękate w uśmiechy. I choć ja mieszkam tu, a ona tam to mamy siebie blisko w sercu i pewnie prędzej niż później los nasze drogi splecie. Na razie tu, na Aloha Świat, dzielę się fragmentem Darii Zaradkiewicz, której blask niech i Was dosięgnie. A żeby jeszcze bardziej umilić sobie czytanie, posłuchajcie jej głosu
(więcej…)

Muszę sprawdzić co za rogiem…

Muszę sprawdzić co za rogiem…


 

Akurat przeszłam „na swoje”, założyłam firmę o pierwotnej nazwie Bliskość i Harmonia. Jako pierwsze zajęcia wymyśliłam poniedziałki z Nordic Walking. Takie wspólne wędrowanie za niewielką opłatą w postawi jednego dowcipu. Chciałam wyjść do ludzi, inspirować i zostać zainspirowaną. I zjawiła się ona. Pamiętam jak nasze późniejsze wędrówki wyglądały, jak się delektowałyśmy naszą wolnością i tym, że możemy siedzieć na plaży i jeść pączki, opowiadać sobie o podróżach, planach i marzeniach o 10 rano a nie siedzieć w biurze i liczyć godziny do wyjścia… To już przeszło 4 lata odkąd nasze drogi się skrzyżowały, a my nadal wędrujemy to tu to tam… I te pączki to ona kupiła, najlepsze w Gdyni. I w moim sercu zarówno ona, jak i pączki z czekoladą jak i spacer jak i anegdota z jej afrykańskiej podróży, o tym, że spośród zwierząt sawanny najbardziej „lubi” zebry i mało brakowało a dostałaby świeżo grillowaną na kolację…

 
Ciepłe były te pączki… I woda tak cudownie szumiała choć to chyba zima była. Więc fajnie się było ogrzać opowieściami o krajach, gdzie ciepło… I zajadać pączki na gałęzi wyrzuconej przez morze. Wiele wspomnień wtedy się przyplątało do mnie, wiele wzruszeń.
Taaa… A potem stwierdziłaś, że ożyła Twoja bratnia dusza – Kinga Choszcz. I tak to się zaczęło…

Kinga nie daje mi o sobie zapomnieć i co jakiś czas podsyła mi takie perełki jak Ty i każe ruszać w drogę, nawet jeśli to tylko kilkugodzinny spacer. Ona się we mnie mocno zapisała i zesłała mi Ciebie!
Dziś nadal wydaje mi się to tak samo niewiarygodne jak wtedy… Kingę znam z książek, a właściwie nie, wcześniej poznałam Chopina i tak jakoś dużo jej było w nim. Ale takie wrażenie przyszło dopiero podczas czytania. Zapisał dedykację dla mnie w ich wspólnej książce „Prowadził nas los”, życząc bym wygrała Kolosa, tę słynna nagrodę podróżników… Ale ja czekam na Kolosa we własnych kategoriach. Takiego, którego sama sobie przyznam.

No i wszystko przed Tobą! W końcu świat co jakiś czas woła Cię cichym głosem, a Ty go słuchasz i podążasz…
Wracając jeszcze do początków naszej wspólnej podróży… Na ciekawą naukę języka niemieckiego zaprasza Ośrodek Rozwoju Wewnętrznego Bliskość i Harmonia. W poniedziałek, 18 stycznia 2010 r., wszyscy, którzy interesują się mową Goethego, mogą przyjść na konwersacje na wesoło, które odbędą się w Gdyni. Zajęcia poprowadzi Tina Smerdel, lingwista, tłumaczka, podróżniczka.Na pierwsze spotkanie trzeba wziąć poduszkę lub karimatę (do siedzenia na podłodze) oraz dobry humor. Reszta gratis!Odkopałam przy okazji naszej rozmowy moje ogłoszenie… Pamiętasz? Nasze pierwsze przedsięwzięcie… Nie wyszło tak do końca, ale za to jakie twórcze iskry leciały! I to na pierwszym spotkaniu…
Tak, wciąż wpadam na to ogłoszenie w internecie… Ba, z radia Kaszebe do mnie dzwonili wtedy w tej sprawie i śmiesznie było, bo umówiłam się na telefon na 7.00 rano i wywiadu udzielałam w piżamach, tuż po przebudzeniu… Ach, i spotkanie jedno się odbyło, pamiętam że przyszedł tam niejaki pan Jarosław i narysował coś, zdaje się – korek do wanny, nie wiem z jakiej okazji, chyba to były kalambury, ale rysunek był nie do odgadnięcia…

I kto by pomyślał, że pięć lat później to ja będę potrzebowała nauki języka niemieckiego ;-)…
Ale do rzeczy! Niech inni też Cię poznają ;-).

Pamiętasz kim chciałaś zostać jak dorośniesz?
Zwykle wychodziłam na dwór i patrzyłam to tu to tam, co się wydarzy… Do dziś tak mam, jak w domu nie do końca wiem, co ze sobą zrobić to wychodzę na spacer, a wtedy zawsze się coś dzieje. Oczywiście nie tak jak wówczas, gdzie nakryłam jak chłopaki wrzucili kota do boksu psa i wskoczyłam za tym kotem na ratunek… Albo wspinałam się na drzewo, bo łobuzy przywiązały żabę do najwyższej gałęzi (nie sięgnęłam tak wysoko, a zanim przyprowadziłam kogoś starszego to już było po żabie…). Lubiłam kamienie, rozbijać i patrzeć co jest w środku…

O, to podobnie jak ja, tylko, że nie wpadłam na pomysł by je rozbijać, tylko kolekcjonowałam w kartonikach po butach. A kiedy moja kolekcja rozrosła się już na kilka półek mama mi je wyrzuciła. Rozpacz! Na szczęście dziś odbudowuję moje skarby i choć nie przepadam za gromadzeniem przedmiotów to w przypadku kamieni nie mogę się powstrzymać ;-).
O! To ja powinnam znów nad morze jechać, piasku i wody w butelki nabrać! Przywiozłam z pierwszej podróży (tak to była wówczas baaardzo daleka podróż – i już zawsze będzie moją najdalszą!) nad morze. Trzymałam na balkonie i zapraszałam koleżanki, żeby zobaczyły jakie to skarby kryje ten świat. Ale mama wylała, wysypała i po zabawie.
 
A w co jeszcze bawiła się mała Tinka?
Miałam (i mam do tej pory) trójkę starszego rodzeństwa, więc zawsze było co robić i kogo naśladować. Siostry trzymały się razem (ale też się kłóciły każdego dnia prawie!), ale lubiłam po cichu zakradać się za krzakami na małym rowerze i śledzić dokąd chodzą. Ale zawsze to się w końcu wydało, bo starsze były, włóczyły się aż się zrobiło ciemno (na tamten czas to już dla mnie głęboka noc była!) i się bałam, więc koniec końców wystraszyłam się czegoś, psa, łobuzów i przyjeżdżałam na tym rowerku, złe były, że teraz trzeba smarkacza do domu odstawić. Ale największą frajdę sprawiała mi zabawa z bratem. Oczywiście nie chciał za bardzo, chyba że byłam żołnierzem z karabinem, albo dałam się zamykać w beczce po kapuście i mnie turlał po balkonie. Dopóki frajdę miał to się ze mną bawił, ale jak mama wysyłała nas razem do babci to trzymał mnie za rękę tylko do punktu gdzie mama sięgała wzrokiem patrząc przez okno. Potem uciekał, naturalnie…

O rety! Ja też tak chcę! Chociaż może turlanie w beczce bym sobie odpuściła ;-).
Poza tym miałam taką przyjaciółkę, z którą – z miłości do drzew- zrywałyśmy wszelkie przytwierdzone pinezkami ogłoszenia, albo chodziłyśmy po cmentarzu i rozdzielałyśmy znicze, bo na jednym nie było żadnego, a na drugim dwa takie same… Zawsze była jakaś misja do wykonania. A tak to rebusy układałam. I szyfry, które okazywały się potem tak trudne, że sama się gubiłam w znaczeniu. I denerwowało mnie, że cyrylicy nie potrafię odczytać, więc sama przypisałam literkom znaczenie na zasadzie skojarzeń i tak czytałam. Gorzej było potem w szkole, bo zapadła mi w pamięć własna interpretacja i trudno było ją wyplenić.

A kim chciałaś zostać jak dorośniesz? Miałaś jakiś pomysł?
Nigdy tego nie sprecyzowałam, w zależności od tego, czym się w danej chwili zajęłam, jak malowałam to malarką, jak czesałam tatę (przez co przedwcześnie wyłysiał) to fryzjerką, jak się znudziło to lekarzem. Ale najbardziej to odkrywać nowe lądy i zamieszkać wśród Indian. A to szczególnie, kiedy nie lubiłam szkoły. Wydawało mi się wtedy, że mieszkanie w tipi i pieczenie placków na ogniu byłoby dobrym rozwiązaniem. Ale zawsze się bałam, że jak ruszę to zostanę zjedzona i mówiłam mamie, że najbardziej na świecie to nie chcę zostać pożarta przez dzikie zwierzę… Muszę ją spytać co wtedy myślała, bo zapewne łatwiej byłoby jej zrozumieć moje obawy gdybyśmy żyli w Australii…

Skąd w Tobie ta iskra do przygód i podróżowania?
Ta iskra była chyba zawsze, albo ja to tak odbieram, jakby była częścią mnie. Choć wiem, że wszczepiona została przez tatę, który, kiedy tylko mógł, zabierał mnie na wspólne wędrówki, do lasu, na wyprawy pontonem, nocne rajdy z noclegiem w szałasie. To było i towarzyszyło mi od zawsze. I też zawsze niosłam zapałki, bo podczas wypraw każdy z rodziny musiał mieć mały bagaż, jakąś funkcję. A ja, jako najmłodsza, zawsze nosiłam zapałki i czułam się pewna że mnie nikt nie zgubi nawet jeśli powoli idę – w końcu beze mnie ogniska i obiadu nie będzie!

Ach ten Twój tata… Pamiętam jak mi o nim opowiadałaś. Mnie muszą starczyć wspomnienia samej siebie, w różowej spódnicy, wiszącej na płocie, przez który nie udało mi się przeskoczyć tak jak planowałam… A straszne opowieści przy ognisku były? 😉
Opowieści były zawsze, albo wiersze i piosenki, ale nie straszne, choć na tamten moment słuchałam bardzo uważnie „Dziada i baby”Ignacego Kraszewskiego, choć jak dla mnie ten wiersz kończył sięzawsze w najciekawszym momencie. Przyszła śmierć i zabrała oboje razem.. I co dalej? Ale tata mówił że to koniec już. Dziwne. I śpiewał, dużo śpiewał i na każdy temat, jaki tylko dzieciom przyszedł do głowy. Nawet wymyślał sam, by nie powiedzieć, że nie ma takiej piosenki. Dziś wspomina, że nie było to łatwe, ale wtedy, jak dla mnie, tatuś wiedział wszystko. Ale najwięcej było opowieści leśnych, a to o kruku, a to o śladach jelonka… I zagadek typu „Co zrobiłabyś gdyby…?” , co było niezwykle uczącą zabawą, bo chodziło na przykład o przedziurawiony ponton na środku jeziora. W ten sposób uczył nas myśleć i nie wpadać w panikę. Myślę, że to do dziś działa…

Za to dziś wybierasz raczej samotne podróżowanie. Dlaczego?
Chyba wtedy bliżej siebie jestem i jest to taka adrenalina, wyzwanie, pokonanie czegoś.
Wiesz, samotność się nie zdarza, nie ma tam na nią miejsca. Bo nawet gdybym chciała iść do hotelowego pokoju i pobyć sama to i tak prawie nigdy nie nocuję w hotelu, nie udaje mi się to, bo jak tak idę sama z dużym plecakiem to zawsze mnie ktoś ciekawski do domu zaprosi i tak już zwykle zostaję na kilka dni.
To takie pierwotne troszczyć się o spanie i jedzenie, stawanie z człowiekiem twarzą w twarz nie znając jego intencji. I ten kontakt, taki żywy, naturalny, bez masek…
Jak jestem z kimś, też jest fajnie, ale odczuwam jakąś większą odpowiedzialność. Ale od pewnego czasu mam znakomitego partnera, który odnalazł się obok mnie już pierwszego dnia podróży, gdy w moim roztargnieniu zamówiłam nocleg w Gruzji i okazało się, że zaznaczyłam niepoprawną datę. Ale był tak samo szczęśliwy jak ja, że możemy spać na tarasie, do picia mamy małą butelkę wina od celnika i deszcz gra nam do snu. Za to o 5.00 nad ranem zimno tak przebudziło, że lepiej było wstać i zbadać miasto o świcie. Od tamtej pory śmiało pakuję walizki razem z nim i choć nie był jeszcze w tak dzikich zakątkach jak ja, często odkrywam zakamarki, do których sama bym nie trafiła. I wreszcie mogę spacerować po zmroku, czego zwykle samodzielnie podróżującym kobietom się nie zaleca.
Mimo to nadal lubię samodzielnie, jest inaczej, więcej osób poznaję, inne historie potem opowiadam. Po prostu, rzecz dzieje się zupełnie inaczej, a ja muszę sobie poradzić sama i już.
A spać można ze słoniami, zawsze przytulą i jest trochę jak przy grzejniku ;-).
 

No chyba, że akurat goni Cię dość naburmuszony nosorożec… Pamiętam jak przysłałaś mi smsa tuż po tej akcji… Siedzę sobiew miłej Gdyni, z dala od dzikich zwierzaków, morza szum, ptaków śpiew, a Tina jak Tomek Sawyer przygody przeżywała w tym czasie ;-).
Chyba nie chcę nawet o tym wspominać! Dżungla przepiękna była pierwszego dnia, a drugi dzień to był koszmar… Wówczas obiecałam sobie, że nie wyjadę już nigdzie, wrócę do Polski, kupię dom na wsi i będę tam siedzieć! Nie ma mowy o podróżach! Ale nie wytrzymałam, za to powiesiłam nad łóżkiem zdjęcie małego nosorożca, żeby oswoić demony. Do dziś nie mogę się nadziwić jak to pięknie chodzić po polskim lesie i nie bać się, że coś mnie przegoni i pożre. Myślę o tym za każdym razem. Nie chce już spotkać nic, co jest większe ode mnie. Ale niestety o to nietrudno, 158cm – niecałe! – to wielkie osiągnięcie nie jest ;-).
 
Co jest dla Ciebie najtrudniejszego w Twoich wyprawach?
Moja ciocia często wraca wspomnieniami do dnia, gdy jako mała dziewczynka po raz pierwszy zobaczyłam morze. To było w naszym polskim Mrzeżynie. Zobaczyłam i przejęłam się tak, że nie chciałam podejść bliżej. Wielkość i zjawiskowość była porażająca i pamiętam, jak wujek chwycił mnie za rękę i pokazał jak piasek płacze gdy po nim stąpam. A ja wierzyłam wtedy, że on faktycznie płacze! Bo takiego pisku pod stopami nigdy nie słyszałam, na żadnym podłożu. I tym sposobem, coraz szybciej i dużymi krokami, by już nie płakał, pobiegłam do wody. Wtedy po raz pierwszy pokonałam strach, nie potrzebowałam już dłoni.
Bywają chwile trudne, ale nie wynikają one z poczucia wewnętrznego braku czegoś, lecz raczej trudności z zewnątrz, na przykład formalności. Najczęściej dotyka bezradność, gdy na przykład chciałam ruszyć w Himalaje bez tragarza, zabukowanych wcześniej noclegów i gotować sama, to okazywało się to niemożliwe. Bo tak nie można i już. Ale w końcu dopięłam swego, na drodze stanęli odpowiedni ludzie i pomogli mi zorganizować temat po swojemu.

Takie wyprawy zmieniają… I ten świat zewnętrzny, ale chyba przede wszystkim wewnętrzny…
Gdyby nie podróże, moja świadomość o świecie nie byłaby taka, jak jest w tej chwili. Nie byłabym taka sama, pewnie pozostałabym z moim lękiem przed zniknięciem w paszczy drapieżnika… Ale ta świadomość dokucza i boli czasem, bo ludzie wokół często tak mało rozumieją…
Za to na wewnętrzny świat jest czas i go nie ma zarazem. Dzieje się w każdej chwili, coś się zmienia w środku, dochodzi do głosu zupełnie inna, nowa ja, ale jednocześnie nie uświadamiam sobie tego tak od razu, raczej po powrocie. Tam gdzie jestem, tam płynie moje życie. Inne niż tu, w Polsce, a jednak jest ono cały czas moje, tyko w innym otoczeniu, z innymi ludźmi, są inne wydarzenia, więcej rzeczy jest nowych, więcej dziwi… Ale nowe zawsze zmienia i otwiera umysł i dzieje się to jakoś samoistnie. Jedno wiem, raczej nie znajdę zakątka na tej ziemi, w którym zapuszczę korzenie. Bo choćby była to przepiękna himalajska wioska, miejsce przyrodniczo wymarzone i życie, choć niełatwe to przepiękne z tym rozpalaniem ogniska w kuchni, by ugotować ryż, gandzią zrywaną, by nakarmić kozy i kolacjami przy świetle księżyca to i tak będę tylko do takiej wioski wracać. Bo ciekawi co wokół, sprawdzić muszę co za rogiem – taka już jestem, że najlepiej mi w drodze. Tego się o sobie dowiedziałam.

Twoje wyprawy często są wymagające też fizycznie, jak się przygotowujesz do wyjazdów?
Biegam, choć nie bardzo to lubię. Ale już wiem, że trzeba, bo zwykle się zdarza, że muszę uciekać… Jak nie przed nosorożcem to przed irańską policją. Kondycja ogólna jest ważna, nogi, silne ramiona, stąd przedtem wyprawy po lesie z plecakiem. Albo nawet po mieście, byle z obciążeniem, to potem jest dużo łatwiej. I na rowerze jeżdżę kilometrami, często po krzakach, nie po asfalcie, bo to bardziej wymagające, tak w trudnym terenie.

Pewnie nie raz w drodze pojawiały się różnego rodzaju trudności, jak sobie z nimi radziłaś?
Trudności są wpisane w podróż i zawsze wyruszam z tą świadomością. Ale nie ma takich sytuacji, na które nie przyszłoby rozwiązanie. Grunt to zachować spokój, niejako przeczekać. I znaleźć pozytywy. Bo skoro utknęłam w jednym miejscu i nie mam jak ruszyć dalej to oznacza że po coś tu jednak miałam utknąć. I choć klnę na wszystkich świętych czasem to i tak nie mam wyjścia i do przodu nie ruszę… Zatem rozglądam się co się dzieje, a coś dzieje się zawsze. Co innego może choroby… Z tym już ciężko.

Nepal…
Tak… Pamiętam, jak tak zachorowałam i po wejściu do wynajętego w hostelu pokoju zrobiło mi się czarno przed oczyma i upadłam. Nie wiem ile leżałam i co mnie podniosło, ale wiem, że bardzo brakowało kogoś kto poda szklankę wody. Dlatego kolejne dni, nie mogąc wyjść z choroby, przesiedziałam na krawężniku pod tymże hostelem. I co się wtedy wydarzyło? Pewien młody człowiek przysiadł się do mnie, widział, że nie jest najlepiej, więc przyniósł chleb, zabrał na herbatę, a potem podpowiedział o lokalnych środkach, które mi pomogą i zaprowadził do lekarza. Innym razem spotkałam buddyjskiego Lamę, który towarzyszył mi podczas trekkingu i uchronił przed zapadnięciem w śpiączkę w chorobie wysokościowej. A ja naprawdę nie wiedziałam, że to już na tej wysokości dopada taka choroba. Czytałam o tym, ale pomyliłam swój stan ze zwykłym przemęczeniem. I ten Lama został ze mną na pewnej wysokości, dopóki się zaaklimatyzuję. I w ten sposób poznałam Mistrza. Wiele się potem wydarzyło, bo to niezwykły człowiek i ogromnie mi pomógł, dużo mądrości przekazał, nauczył, do tej pory jesteśmy w kontakcie, ale takim duchowym, medytacyjnym. Przychodzi w snach w trudnych momentach życia i z podpowiedzią. To mój tajemniczy przyjaciel, bo nigdy nie poznałam jego imienia, ale to spotkanie wiele zmieniło w moim życiu. Nie chcę wiele mówić, bo nie czuję, że powinnam. Kiedyś próbowałam pokazać kuzynce zdjęcia z tego wspólnego trekkingu, ale otworzyły się tylko w połowie. Tak, że nigdy nie poznała jego twarzy. Nie potrafię tego wytłumaczyć, bo wszystkie zdjęcia otwierały się na całym ekranie, tylko tych trzech nie mogła zobaczyć. Dlatego przemilczę tę historię… Powiem tylko tak lama„wyjął” ból z kręgosłupa, wezwał duchy na wspólną kolację i nauczył latać. Serio, widziałam siebie siedzącą na kamieniu w otoczeniu gór. Ty znasz tę historię. Ja nie potrafię o tym wiarygodnie napisać, ale chętnie spotkam się z tymi, którzy myślą, że się po prostu „spaliłam” ;-).Zresztą to nie jedyna historia, bo i szamanki afrykańskie mnie pod niebo wysłały…na kromce chleba.. Ale wystarczy ;-).

Wiem, że Twoją miłością jest Afryka. Byłaś tam i budowałaś plac zabaw. Co Cię podkusiło żeby tam wyjechać?
Nie rozważam na temat walorów kuszących, by odwiedzić dane miejsce. Ciągnie mnie zwykle w takie, o których nic nie wiem, nie słyszałam. Na przykład Surinam – gdzie to właściwie leży? Stolicę Paramaribo ma, to pamiętam z geografii, ale więcej nie wiem. Ale gdybyś rzuciła mi hasło, że jest bilet i trzeba tam jechać to tylko pogodę sprawdzę, żeby wiedzieć jak się ubrać. No, może jeszcze kilka spraw, ale to już raczej pro forma, bo TAK już dawno się rzekło. Podobnie było z Afryką. To pierwsza moja podróż i to tak trochę jak z pierwszą miłością. Już zawsze będzie budzić emocje. Był koncept budowy placu zabaw – symbolicznie, konstrukcja w kształcie tęczy. I pojechałam, nie wiele wiedząc na temat budowania, a jeszcze mniej na temat czarnego lądu.
Co zapamiętałaś z tego wyjazdu najbardziej?
Pamiętam, że to wszystko nie było łatwe, całe to szlifowanie, wykrajanie, śrubowanie, ale to była niesamowita frajda i ta współpraca, trud integrowały nas ze sobą. A organizatorzy to cudowni ludzie i organizowali nam niezapomniane wieczory, zawsze z tych, trudnych niekiedy, rozmów coś wynikało, poszerzały się horyzonty, w jakiś sposób to otwierało na „inność”. Dla mnie dodatkową barierą było brak znajomości języka angielskiego. Wiele musiałam się domyślać, albo ktoś mi tłumaczył na niemiecki. Śmiesznie, bo angielskiego nauczyłam się tam i był to angielski, jakim mówią Afrykanie „yvry wynsdej ajm goin tu skuul”. Z takim akcentem na początku mówiłam, i z tym podkreślonym „er”! A teraz tłumaczę gry z angielskiego na niemiecki. Nie, naprawdę nie trzeba znać języka, żeby podróżować.
A w pamięci utkwiła mi jeszcze wizyta w hospicjum i te dzieci z wirusem HIV, które przychodziły do nas. Pewien mały chłopiec umarł właściwie na moich rękach. Trudne to było dla mnie bardzo. Jak go zobaczyłam to jakaś siła pchnęła mnie, by podbiec do niego, mimo że nie wolno nam było, bo to była umieralnia. Ale weszłam do tej umieralni, chwyciłam go za rękę i płakałam, bardzo chciałam być wtedy chora – ja, nie on. Taki maleńki był, 4 lata miał i chciałam zrobić wszystko, by mu pomóc. I chyba pomogłam, bo bardzo długo się męczył, a umarł zaraz po mojej wizycie. Ja po tym wszystkim zasnęłam na trawie pod drzewem. Zabrakło mi energii, by iść dalej, choć jeszcze nie wiedziałam, że on już odszedł. Po prostu wyszłam stamtąd i zasnęłam.


Podróże podróżami, ale z czegoś trzeba się utrzymać. Często podróżnicy mówią, że na to wcale nie potrzeba aż tylu pieniędzy, że to kwestia priorytetów. Jak to jest w Twoim przypadku? Jaki jest Twój czas przed podróżą?
Taki, że jest znośny najbardziej wówczas, gdy w perspektywie jest już jakaś podróż. Żart 🙂 Na miejscu mam naprawdę wiele do zrobienia.
Nie wiem, jest marzenie i są środki. Kiedyś bardzo lubiłam swoją pracę – testowanie gier, ale już do niej nie pasuję. Niebawem lecę na Jamajkę i zrezygnowałam ze stałej pracy, umowy i 26 dni urlopu. Bałam się ogromnie tej decyzji, ale nie mam dzieci na utrzymaniu, więc jedynie ja poniosę jej konsekwencje;-) I jedyne co słyszę od ludzi po jej podjęciu to „Gratuluję!”, a to niezwykle wspierające. Natomiast kilka dni temu otrzymałam informację, że czeka mnie ogromne zlecenie tłumaczeniowe, praca na cały rok! Miałam w tym niejaki udział, bo już wcześniej podpisałam umowę ze znajomym człowiekiem, który sam mnie w świat tłumaczeń wprowadzał, ale zwykle sam taki warsztat nie wystarcza, to jest ciężka praca i nie daje pewności stałych zleceń. I tych zleceń była garstka do tej pory. A teraz nagle przyszło… przypadkiem?
A czy trzeba fortuny? Chyba nie, bo jakoś nigdy jej nie miałam, a z plecakiem przewędrowałam już parę zakątków. Ba, większość energii i swojej pracy oddaję po prostu, w ramach wolontariatu, na przykład w warszawskim Domu Spotkań z Historią. A ostatnio zagrałam w Teatrze Powszechnym, też jako wolontariusz. I dostałam mnóstwo w zamian, nie da się przeliczyć na pieniądze. Ale też zawsze ktoś zna gdzieś w świecie kogoś i w ten sposób też da się podróżować.

Mimo wszystkich trudności napotkanych po drodze (choćby tych fizycznych) nie ma mowy by przestać? Nie masz momentów zwątpienia?
Zazdroszczę ludziom, którzy znajdują radość i spokój w codzienności. Mieszkają na wsi i są szczęśliwi. Ja też jestem, ale moja dusza nie jest spokojna. Chyba taka karma… Bo siedzę tutaj, a tymczasem… no, co jest za rogiem???
Raz doszłam do wniosku, że całe to podróżowanie jest bez sensu, bo przecież świat się zmienia i co z tego, że znam uliczki południowoafrykańskiego Soweto, jeśli za 10 lat już tam wszystko będzie inaczej? To ja przecież znów muszę tam jechać i poznać na nowo!! I tak bez końca, każdy zakątek! A tyle już pisano o Afryce i tej Afryki tak naprawdę już nie ma! To śmieszny powód, ale tak mi kiedyś do głowy przyszło. Ale na szczęście to nie tylko przez podróże można wiele poznać. Dostałam w prezencie od ukochanego Antologię Polskiego Reportażu XX wieku. Przepiękny prezent, to tak, jak by mi podarował cały świat! Dwa tomiska, nie mogę przestać czytać i wcale nie ze względu na objętość. I tego świata tamtych czasów też już nie ma. Za chwilę nie będzie tego, który widzę ja. Dlatego oglądam i to nigdy nie jest za dużo...

Pamiętasz swoje największe dotychczasowe marzenie, które się spełniło?
Sen się spełnił i zarazem marzenie. Jak byłam mała, wielokrotnie miałam sen, że wyglądam przez okno (a mieszkaliśmy wtedy na drugim piętrze w bloku), a tam pod moje okno podchodzi słoń. Wsiadam na jego grzbiet i ruszamy razem na wędrówkę. Potem zakochałam się w Kingu z „W pustyni i w puszczy” i zazdrościłam małej Nel, że na słoniu jeździ i bardzo przeżywałam historię, kiedy usiłowali razem ze Stasiem uwolnić Kinga z wąwozu. Marzyłam, by jeździć na słoniu i tak się spełniło. Oczywiście zeszłam z niego dość poturbowana, bo choć delikatnie stąpa, tak niestety sięga koron drzew. Nie myślałam o tym, że tak chcę i co mam zrobić w tym kierunku, ale wierzyłam, że mnie drogi do takiego punktu prędzej czy później zaprowadzą.

A o czym marzy Tina teraz?

Marzę, by ruszyć na kilka miesięcy w surowe warunki i nagrać film przyrodniczy. Nie wiem czemu akurat tak, ale w tej wizji przeważa krajobraz zimowy i wiele trudu, nieprzespane noce, podglądanie przyrody o każdej porze dnia, prace filmowe i badawcze. I zorza polarna… Mogłoby przyjść do mnie może jakieś mniej wymagające marzenie i nie rozumiem dlaczego w tym trudzie widzę siebie szczęśliwą, no ale marzenia są marzeniami… I nie patrzą na to, że przecież ja przeklinam, kiedy mi bardzo zimno…tym bardziej nocą…

PS Sis idź bez lęku szczęśliwa. Niech Cię bocian niesie wysoko na swoich skrzydłach…

Od piekła, do nieba, do raju będę szła…

Od piekła, do nieba, do raju będę szła…


– Możesz mi tak porządnie wymasować uda? Proszę, skup się na nich… – Słyszę głos jednej z uczestniczek spotkania z Susan Pa’iniu Floyd, nauczycielki Lomi Lomi Nui.
– Jasne! – i z zapałem zabieram się do masowania boskiego ciała, które wpadło pod moje lomi dłonie. Dopiero po chwili zreflektowałam się, kogo masuję. I trochę się przejęłam. No bo taki świeżak jakim ówcześnie byłam, masował jednego z nauczycieli Lomi. Jej ciało jednak wdzięcznie przyjmowało dotyk, a kilka godzin później podziwiałam te wymasowane uda w akcji! W pięknym tańcu. Ognistym. Wzruszającym. Egzotycznym. Fascynującym. Falujące biodra. Mocne uda. Zmysłowe dłonie. I te stopy… Na tyle mnie porwał jej taniec, że parę miesięcy później wylądowałam u niej na weekendowym warsztacie hula. I choć sama dziś nie tańczę hula, to właśnie dzięki tamtym zajęciom zwróciłam uwagę na moje biodra i jak dalece można je rozbujać, jak pobudzić energię ognistą i kreatywną w sobie, jak w chłodny dzień rozgrzać ciało. Do dziś ja i moje biodra bawimy się świetnie ;-).
I te stopy… Jedno zdanie z tamtego spotkania będę niosła w sobie do końca: nie ważne czy tańczysz czy po prostu chodzisz, nie rób tego mechanicznie pomyśl, że masujesz stopami ziemię…

Skąd wzięło się hula w Twoim życiu? Dlaczego właśnie ten rodzaj tańca?
Jak większość ludzi, zwłaszcza w Polsce, krytyką byłam otoczona od dziecka, krytyką, osądzaniem, patrzeniem na braki, przeszkody, negatywy. Nie wierzyłam w siebie, byłam przekonana że nie zasługuję na nic dobrego, pozwalałam się ranić. Tak też wyglądało moje życie – było trudne i nieszczęśliwe, bo jak myślisz, tak masz… Moje małżeństwo mówiąc delikatnie nie należało do udanych. Te lata były więc dla mnie latami hmmm… nauki – głównie tego, czego w nim nie chcę. W tamtym czasie byłam w głębokiej depresji, wymagałam pomocy psychologa by jakoś funkcjonować. Było ze mną naprawdę źle.

Ale wszystko jest po coś…
Tak, wszystkie trudności zmusiły mnie do poszukiwań: sensu istnienia, przyczyn tego, że w życiu dzieje się właśnie tak jak jest, sposobów radzenia sobie w trudnych i bardzo trudnych sytuacjach, umiejętności dźwigania się wciąż od nowa, gdy rzeczywistość przygniata tak bardzo, że nie chce się już żyć.

Co Cię podciągnęło do góry?
W tym właśnie stanie trafiłam na hawajskie masaże, dowiedziałam się że mogą mi pomóc, spróbowałam – pomogło i to jak szybko! Tak, że po kilku miesiącach byłam w doskonalej formie, co więcej sama zapragnęłam pomagać w ten sposób innym. Odżyły moje wizje z dzieciństwa. Odkąd pamiętam chciałam pomagać ludziom. Zapisałam się na kurs takiego masażu. Hawaje od zawsze kojarzą nam się z rajem i ja miałam to samo skojarzenie. Poszłam więc uczyć się jak być w raju każdego dnia…

I jakie przyszły do Ciebie nowe skarby?
Hmmm, tak wiele tego… Tak naprawdę nauczyłam się żyć na nowo. Kurs hawajskiej pracy z ciałem to bardzo kompleksowa praca – masaż, taniec Hula, hawajska filozofia życia, a tak naprawdę nauka o szczęśliwości, o byciu w stanie rozluźnienia, bo wtedy nic złego nie może Ci się przytrafić… Nauka o tym w jak odmienny sposób można patrzeć na świat i wszystkie życiowe zdarzenia… dostrzegania pozytywów, najmniejszego nawet przejawu dobra. Nauka o miłości oraz szacunku do siebie samego i do wszystkiego co nas otacza – do innych ludzi, przyrody i do całej Natury oraz tego jak ważne jest żyć z nią w połączeniu, bo to ona daje nam wsparcie i energię do życia. Uczę się tego wciąż i wciąż na nowo w przeróżnych sytuacjach życiowych, że miłość i szacunek to najważniejsze wartości a stan szczęścia jest decyzją która tylko od nas zależy i że Wszechświat zawsze podąży za naszymi myślami.

No dobra, też znam ten stan po kursie. Wszystko zdecydowanie w kolorach tęczy się jawi… Ale po pewnym czasie ona znika i pojawia się rzeczywistość… Która bywa różna. Jak radziłaś sobie w sytuacjach kiedy dopadały smutki?
Wiesz, kiedy już zaczęłam uczyć Hula i Lomi, jeszcze czas jakiś trwałam w małżeństwie – tym nieudanym… No i w końcu nie dało się dłużej… Musiałam to zmienić. Czułam że mówiąc ludziom te wszystkie mądrości tylko ich oszukuję. No i w końcu przyszedł dzień, gdy musiałam posłuchać samej siebie i przewrócić swoje życie do góry nogami. A gdy już dokonałam tej zmiany, zmieniło się wszystko, już nie musiałam walczyć i mogłam też myśleć po nowemu… Z wiarą, nadzieją i miłością – przede wszystkim do siebie ;).
Ale i teraz bywa trudno, nadal miewam gorsze dni… Muszę wtedy pilnować tego jak myślę..;) i trzymać dyscyplinę mentalną, by nie pozwalać starym nawykom wrócić.

Można powiedzieć, że hula towarzyszyło też Twoim trudnym momentom życiowym. 
Zdecydowanie tak. Dzięki niemu transformowałam wielki smutek po zdradzie partnera – płakałam i tańczyłam, tańcząc usuwałam przeszkody, które pojawiały się na mojej drodze i zmieniałam własne stare, niepotrzebne już nawyki, i w końcu przywoływałam też nową miłość do swojego życia. I przyszła (śmiech). Wytańczyłam sobie partnera, najlepszego na świecie. To niezwykłe nowe i piękne dla mnie doświadczenie, że można żyć inaczej, z godnością, z miłością, z szacunkiem do siebie i innych, razem w harmonii i że wszystko może tak do siebie pasować.
Hula ma niezwykłą moc!

To dlatego oddałaś Hula swoje serce?
Tak, to co mnie w tym tańcu urzekło to to, co ten taniec przekazuje. Dla Hawajczyków był to w przeszłości jedyny sposób przekazywania tradycji, historii i legend (bo nie mieli języka pisanego), dla nas natomiast jest to ogromny dar, który robi tak wiele dla naszego ciała, serca, umysłu i dla naszej „duszy”. Taniec Hula odmienia życie, budzi w nas wielką radość, budzi moc – siłę życia, budzi kobiecość w kobietach a męskość w mężczyznach. To nie jest zwykły ruch… Hula to taniec życia, dzięki niemu stajemy się nie tylko lepszymi tancerzami, ale i lepszymi, szczęśliwszymi ludźmi. A dzięki temu również nasz świat staje się lepszy ;-).

Wiele nauk płynie z tego tańca…
Tak naprawdę każdy odnajdzie tu dokładnie to, czego potrzebuje, uzdrowi swoje braki i przeszkody życiowe. Każdy taniec jest inny, opowiada inną historię, każda opowieść ma swoją mądrość, która wzbogaca nas, gdy tańczymy, gdy się z nią utożsamiamy… Uczymy się więc odwagi do podejmowania trudnych życiowych decyzji, transformacji przykrych i smutnych uczuć w siłę, miłości do siebie i do otaczającego świata, otwierania się na miłość w naszym życiu, no i doceniania pięknych chwil – Czasem nie mamy nawyku by je w ogóle dostrzegać… a cóż mówić o docenianiu…
Dla mnie jest to bardzo głęboka i wzbogacająca forma ruchu.

No i ten piękny ruch bioder…
Właśnie! Warto wspomnieć, że Hula działa pozytywnie nie tylko na naszą psychikę, ale również na nasze ciało fizyczne. Łagodny ruch bioder pozwala rozluźnić się całemu kręgosłupowi i stawom, rozluźnić napięcia w różnych jego obszarach. Ważne jest również to, że poprzez swoją łagodność jest dostępny dla osób w różnym wieku i nie ma tu żadnych ograniczeń.
 
No ale jak to hulanie się zaczęło? Pamiętasz pierwsze wrażenie związane z Hula?
Hula początkowo było tylko elementem warsztatu Kino Mana. przyjechała obca nauczycielka – z RAJU!, pomyślałam: skoro tego wszystkiego nas uczy, znaczy że to ważne i potrzebne! I faktycznie było. Na początku trzeba było ogarnąć tyle różnych form pracy, technik – masaż, taniec i całkiem inna filozofia życia… zupełnie inny sposób patrzenia na wszystko co się nam przydarza. Hula było wtedy lekiem, którego bardzo potrzebowałam. Ale absolutny zachwyt, fascynacja i miłość do Hula przyszły na Hawajach…
 
Kiedy to było?
Rok 2004. Piękne doznania… Zobaczyłam cudowne KOBIETY – w każdym wieku, od dzieci po staruszki, o różnej posturze fizycznej, niektóre NAPRAWDĘ duże, inne NAPRAWDĘ wiekowe, które poruszały się tak pięknie, z taką gracją. Były tak pełne wewnętrznego blasku i kobiecej mocy, no i przede wszystkim seksapilu – nawet te czasem i 70’cio letnie babcie… naprawdę warto było to zobaczyć. A mężczyźni… ho ho… wrażenia odbierające dech… to była moc! Patrzyłam zauroczona i wtedy już wiedziałam, że też tak chcę. By ten piękny taniec i to, co ma do zaoferowania, istniało również w Polsce – to był mój nowy cel. Po raz kolejny też przypomniały się dziecięce marzenia.
Po powrocie do Polski zorganizowałam regularne spotkania osób które Hula poznawały wraz ze mną i chciały ćwiczyć, a także pierwsze grupy dla nowych osób.

Z jakim odzewem spotkała się Twoja propozycja uczenia Hula w Polsce?
Hula to była nieznana forma tańca, nieznana dla nikogo. Z początku nie było łatwo. Więc potrzeba było trochę czasu i samozaparcia, by ktoś przyszedł i spróbował… ale z roku na rok coraz więcej osób hula. Początkowo tylko Warszawa, w ślad za nią Trójmiasto i Wrocław, potem Katowice, Łódź i Elbląg i Poznań. Aktualnie uczę również za granicą – Węgry, Słowacja, Rosja i Ukraina. Ale wciąż o Hula jeszcze tak mało jest wiadomo… zarówno w Polsce jaki i poza nią, a jeśli już ktoś coś kojarzy, to tahitańskie kokoski i spódniczki z trawy…

Jakie są pierwsze reakcje uczestniczek Twoich zajęć?
Są zawsze podobne – ogromna radość i lekkość po zajęciach, dużo harmonii i spokoju. No i ten uśmiech na twarzach… Uczestniczki dzieląc się wrażeniami mówią. że dla jednych jest to relaks i wyciszenie po pełnym napięcia dniu, dla innych to ogromne doenergetyzowanie gdy są bardzo zmęczone. I to wszystko na tych samych zajęciach, więc naprawdę dostaniesz to czego najbardziej potrzebujesz… taka mała magia…;-)
 
A jeszcze więcej tej magii zapewne dzieje się na dłuższych wyjazdach z hula 😉
Tak, od kilku już lat cyklicznie organizuję letnie wyjazdy z Hula, nazwałam je Wakacje ‘LITTLE HAWAII’ – są oczywiście w Polsce, ale dają możliwość doświadczyć Hula i hawajskiej kultury naprawdę głęboko. Prócz tańca uczymy się języka hawajskiego, co ważne jest w dokładnym rozumieniu treści tańców które później odtwarzamy naszymi ruchami, uczymy się też grać na hawajskich instrumentach – bębnach i ukulele, malujemy hawajską grafikę na tkaninach, robimy własnoręcznie ozdoby z roślin i kwiatów – girlandy na głowę i na szyję… w nich na koniec prezentujemy się naszym gościom, którzy mogą zobaczyć czego nauczyliśmy się przez ten tydzień. Ten czas jest dla wszystkich niezwykły.
 
Masz swoją ulubioną piosenkę, która ma dla Ciebie szczególne znaczenie?
Mam wiele ulubionych, niektóre z nich są naprawdę cudowne… Może więc lepiej opowiem o postaci o której opowiadają różne pieśni… Moja ulubiona to Poliahu. To bogini która swego czasu była moją bliską przyjaciółką..;). Z nią uczyłam się odpuszczać i wybaczać bo to bogini związana z tak ważnym dla nas wszystkich wybaczaniem, a bez wybaczenia nie można przecież pójść do przodu… Poli’ahu uczy nas też jak transformować trudne chwile i wspomnienia w takie które nas wzmacniają i dają wewnętrzną siłę. Och, której z nas to nie dotyczy… ;-).
 
Wiem, że taniec jest obecny w Twoim życiu praktycznie od zawsze.
Można tak powiedzieć, choć jako mała dziewczynka byłam bardzo nieśmiała i na wszystkich zabawach trzymałam się raczej z boku… Potem, już jako nastolatka zakochałam się w tańcu. Poszłam kiedyś na jakiś turniej i zobaczyłam ubrane w piękne, błyszczące suknie, w tiule i szyfony i uczesane w piękne fryzury z kwiatami we włosach, cudowne dziewczyny, które tak pięknie poruszały się w rytm muzyki. Od razu zrozumiałam, że tak chcę. Zgłosiłam się natychmiast do klubu i zaczęłam trenować taniec towarzyski. Byłam w tym czasie jedną z najmłodszych uczestniczek zajęć – do klubu przyjmowano wtedy od 15 roku życia! Taniec nie był wtedy tak popularny jak teraz i niewieloma jego formami można było zajmować się wyczynowo – taniec towarzyski był jedną z nich. I tak taniec zagościł w moim życiu i pozostał już na zawsze choć z czasem zmieniła się jego forma.
 
Pewnie nie było łatwo…
Oj nie. Rano szkoła, potem szybki obiad, trening, w nocy lekcje, często i do bardzo późna, rano znów wstawanie w piątek po południu pociąg i wyjazd na turniej, dwa dni zawodów w niedzielę, w nocy pociąg do domu – często prosto do szkoły w poniedziałek. Naprawdę dużo wyrzeczeń, brak spotkań z kolegami po szkole czy w weekendy… notoryczne niedospanie… Ale w sumie – cudowny czas. W tym czasie trenowałam intensywnie, każdego dnia, gdyż byłam w sekcji turniejowej i na takie turnieje wyjeżdżałam, czasem nawet i co weekend. Był to też czas liceum i matury, więc nie było lekko, ale pasja to pasja, a taniec stał się moją pasją prawdziwie. Nic nie było w stanie mnie oderwać. Jak coś kochasz to się nie zastanawiasz.. Niestety by tańczyć trzeba mieć partnera, a mój partner po kilku latach poszedł do wojska. To przerwało moja karierę, ale ja nie przerwałam jednak kontaktu z tańcem – zrobiłam uprawnienia trenerskie i zaczęłam prowadzić w moim klubie zajęcia z dziećmi, gdy po kilku latach mogły tańczyć już i dzieci.
 
Czyli naturalnie przeszłaś do roli nauczyciela.
Tak. Pracę trenerki kontynuowałam jeszcze po urodzeniu pierwszego dziecka, jednak już wkrótce musiałam zająć się szybko powiększającą się rodziną.
 
Masz to szczęście uczyć się u świetnych hawajskich nauczycieli.
Naukę Hula rozpoczęłam oczywiście w Polsce, potem pojechałam na Hawaje by zdobić uprawnienia trenerskie. Od tej pory na Hawaje jeżdżę tak często jak mogę by pogłębiać swoją wiedzę. To mój duchowy dom. Tańców hawajskich nie można bowiem zmieniać według własnego widzimisię, bo to głęboki i pełen mocy przekaz transformujących treści…
To co najbardziej urzeka mnie w moich obecnych nauczycielach to ich ogromna pokora i oddanie dla Hula. Są cały czas ‘w służbie’ nigdy nie przedkładają swojego dobra nad dobro innych.
Od nich właśnie otrzymałam duchowe hawajskie imię – Meali’iokalani – oznacza wiele dobrych rzeczy z nieba, nie tylko tych wielkich, ale i tych malutkich. To takie błogosławieństwo… Jestem im wszystkim ogromnie wdzięczna za wszystko co dane mi było przy nich przeżyć.

A co Tobie daje uczenie innych Hula?
Być nauczycielem Hula to ogromna przyjemność, ale i wielka odpowiedzialność. To cudowne móc patrzeć jak zmieniają się osoby, które przychodzą na zajęcia, jak nabierają tego wewnętrznego piękna, jak kwitnie w nich radość życia. To ogromna satysfakcja dla nauczyciela widzieć, że to służy innym i że można zarażać swoją pasją. Odpowiedzialność natomiast by Hula przekazywać najlepiej jak tylko można, najczyściej i najwierniej. Reprezentujemy naszych nauczycieli i ich linię przekazu, a jest to wielosetletni przekaz tradycji. Ponieważ rdzennych Hawajczyków jest coraz mniej, my również uczestniczymy w przechowywaniu tej tradycji, nawet będąc po drugiej stronie Ziemi… Zapraszam wszystkich bardzo serdecznie w ten cudowny świat, do naszego Raju, do Małych Hawajów w Polsce ;-). Aloha!
 
 
*Żaden z zamieszczanych wywiadów nie jest tekstem opłaconym ani pisanym na zamówienie. Materiał jest sponsorowany przez samo życie i autorka tekstu czerpie z niego korzyści jedyne duchowo-towarzyskie.
 
Cały czas czuję, że coś fajnego jest przede mną

Cały czas czuję, że coś fajnego jest przede mną

 
Wiele o niej słyszałam… Już sama nie pamiętam od kogo, skąd, gdzie i jak. Słyszałam i tyle. I tak życie się poukładało, poskręcało, poplotło barwne warkocze przewrotnych fryzur ludzkich spotkań, że to ona zgłosiła się do mnie proponując współpracę. Los chciał, że nasze drogi zeszły się tuż przed moim dłuższym wyjazdem do Indii, więc entuzjazmu z mojej strony zbyt wiele nie było ale… Wyjechałam. Wróciłam. Wydarzyło się to i owo. I… Znowu trafiłam na nią. Tym razem to ja „złowiłam” ją. Akurat szukałam wielowymiarowych i pozytywnie zakręconych osób do mojego nowego projektu Aloha Świat. Po raz kolejny spotkałyśmy się w miłych okolicznościach przyrody, znowu w przeddzień mojego wyjazdu za granicę… Tym razem udało się i wierzę, że jeszcze nie raz o niej usłyszę! Słońce mile nas rozpieszczało, dźwięki miasta mieszały się z wrzaskiem mew, a w naszych brzuchach znikało smakowite cappuccino.
Oto człowiek: Agata Oriana Kwhas
 
Ona: Przed naszym spotkaniem zastanawiałam się czy jestem takim pozytywnym człowiekiem, w sensie chodzenia własnymi drogami, realizowania swoich pasji i tak dalej…

Wiesz, z jakiegoś powodu z Tobą właśnie rozmawiam, a mnie mój wewnętrzny radar mówi, żeś człowiek z pasją działający.
Hmmm… Nie jestem osobą, która powie w stu procentach TAK i zacznie stosować w rozmowie rodzaj „keep smilingu” typowo amerykańskiego. Pamiętam, że jako dziecko byłam osobą bardzo zajętą i nawet nie miałam czasu żeby pomyśleć, czy coś jest moją pasją. Dzieci chodzą a to na jakiś rodzaj sportu, a to na naukę języka, a to na tańce i tak dalej. Moich zajęć było naprawdę sporo… Chodziłam do szkoły muzycznej i byłam w tym kierunku bardzo intensywna prowadzona przez rodziców. Początek był na fortepianie, potem pojawiła się wiolonczela w której od razu się odnalazłam. Wszystko toczyło się gładko i swoim rytmem.
Czyli potem naturalnym krokiem były studia muzyczne?
Tak. I dopiero wtedy zorientowałam się, że to co robię nie sprawia mi radości… W połowie studiów zdecydowanie coś nie grało. Nic mi już nie sprawiało przyjemności… Wykonywałam wszystkie czynności działając na tak zwanym autopilocie. Uczyłam się, zdawałam wszystko w wyznaczonym terminie, ale nie było w tym jakiejkolwiek fascynacji i radości. To było dość dziwne, bo przecież wszystko sobie szło spokojnym trybem. Byłam zdrowa, młoda, studiowałam, nie miałam problemów, a mimo wszystko nie czułam, że jest po co wstawać rano. I to jest taki moment, kiedy się zatrzymujesz i zastanawiasz co jest z tobą nie tak…
I…?
Rozpoczęły się wtedy moje poszukiwania, zadawałam sobie pytania, dlaczego jest mi tak niewygodnie, co mnie wkurza, o co tak naprawdę chodzi… I w pewnym momencie doszłam do wniosku, że przecież od zawsze chciałam pisać książki!
Tak!
Dość szybko nauczyłam się czytać i pochłaniałam wszystko, co wpadło mi w ręce. To była zawsze moja odskocznia. Pamiętam, że wyobrażałam sobie miłe sytuacje z przyszłości: idę ulicą, a na witrynach księgarń leży moja książka, która daje ludziom dużo magii i dobrych emocji…
Czy to znaczy, że rzuciłaś muzykę?
Nie, odnalazłam swoją drogę, nadal grałam, ale zaczęłam też w końcu pisać!
Czyli presja grania była dość duża?
Och, od zawsze. I to często mocno demotywująca. Choćby w wieku 12 lat usłyszałam, że solistką to ja raczej nie zostanę. Cóż…
Tobie w duszy grało coś więcej niż piękna wiolonczela…
Moje było pisanie. Zaczęłam szukać w Trójmieście środowisk związanych z pisaniem. Przez chwilę zaczepiłam się w Dzienniku Bałtyckim. Tam poznałam jednego z redaktorów związanego z klubem pisarzy. Zaczęłam chodzić na ich spotkania. Tam też wzięłam udział w konkursie poetyckim i nawet dostałam wyróżnienie co mnie mocno podniosło na duchu i zmotywowało. I tak to się toczyło.
Aż…
Aż pewnego razu stwierdziłam, że fajnie by było zacząć coś robić dla dzieci.
O!
Pewnie zapytasz, dlaczego. Bynajmniej nie dlatego, że wybitnie lubiłam dzieci ;-). Nie. Dzieci cię po prostu nie oceniają tak jak dorośli, a ja miałam tych ocen naprawdę dość… Całe życie oceny, oceny, oceny i porównywanie z innymi. Dzieci są naturalnie szczere. Jak się im coś podoba to stoją z rozdziawioną buzią i słuchają (grałam dużo koncertów dla dzieci, więc doświadczyłam tego wielokrotnie).
Gra dla dzieci, brzmi ciekawie.
W pewnym momencie postanowiłam przełamać ten schemat, że granie muzyki klasycznej wymaga publiczności z odpowiednim gustem i smakiem, a ja muszę ją ciągle zadowalać wysokim poziomem. Dzieciom się po prostu coś podoba albo nie, nie ma tam maniery i przekombinowania.
Domyślam się, że Twoje zapędy pisarskie nie spotkały się z wielką aprobatą rodziny?
Oczywiście…Usłyszałam wiele mało zachęcających zdań, że to bzdura, że z tego nie wyżyję, że bez sensu, żebym się lepiej trzymała tej mojej wiolonczeli. Na szczęście pisanie sprawiało mi coraz więcej radochy i „dobrych rad” nie słuchałam.
Znam to! Często jedyną osobą, która w Ciebie wierzy jesteś Ty sama bo reszta świata stuka się w czoło i kręci głowami z politowaniem.
Wiesz, przeszłam też swój okres buntu, ale taki trochę ze spóźnionym zapłonem. Miałam rozterki typu: po co ja poszłam na te studia,może trzeba było na coś innego, dziennikarstwo, albo muzykologia… Byłam mocno zbuntowana… Szkoła muzyczna to było tak naprawdę spełnienie marzeń mojej mamy i jako ta grzeczna dziewczynka zrobiłam czego się ode mnie wymagało. Pamiętam moment, kiedy przyjechałam do domu cisnęłam w mamę moim dyplomem krzyknęłam: Masz! I wyszłam trzaskając drzwiami. Oczywiście później doceniłam swój wysiłek i dyplom wychuchałam, w ramkę oprawiłam… Ale wtedy to był taki moment, w którym zdałam sobie sprawę z tego gdzie jest ta moja radość? Wzięłam się za siebie i zamiast być ciągle w poczuciu takiego „głodnego ducha” jak ja to mówię, który marzy o tym: gdyby gdzieś tam, gdyby coś tam… Postanowiłam zaakceptować moją sytuację. Pewna mądra kobieta bardzo mi wtedy pomogła zadając pytanie: No dobrze, ale co chcesz tą swoją muzyką osiągnąć, co Ty byś chciała ludziom dać? Odpowiedziałam jej: Przyjemność! Na co ona stwierdziła: To wiesz co, może w takim razie nie zaczynaj od tych ludzi z wielkich sal koncertowych, którzy często wcale nie mają ochoty niczego słuchać… Zacznij od takich dla których będziesz najlepszą wiolonczelistką na świecie bo jesteś jedyną, która przed nimi zasiądzie i której można posłuchać.
I jak się zastanowiłam kto mnie nie będzie oceniał doszłam do wniosku, że dzieci będą najcudowniejszą publicznością. Zrobiłam wiele koncertów dla najmłodszych. Grałam w przedszkolach, kawiarniach, punktach opieki nad dziećmi. Po prostu brałam za telefon i dzwoniłam, mówiąc kim jestem i że chcę dla nich zagrać. I wbrew mojemu początkowemu sceptycyzmowi parę naprawdę fajnych rzeczy udało się zrobić. Wszyscy byli zadowoleni i ja i dzieci i rodzice i panie opiekunki. Wtedy mnie olśniło: Ach! To może być tak, że wszyscy są zadowoleni więc co jeszcze mogę z tą muzyką zrobić? I tak okazało się, że dzięki komputerowi i temu, że są różne programy do tworzenia muzyki mogę zacząć zrobić coś nowego.
Krok po kroku odnalazłaś, odkryłaś, dokopałaś się do siebie prawdziwej.
To naprawdę fajnie obserwować to, jak życie prowadzi cię w odpowiednie miejsca. Jak się uprzesz i łazisz, łazisz i łazisz, choć nie wiesz po co gdzieś idziesz bo przecież racjonalnie to się nie da tego wytłumaczyć, a tam stoi jakaś osoba i mówi: Wiesz co, potrzebuję tekstu, prowadzę grupę teatralną, albo: Wiesz co, mój znajomy śpiewa i potrzebuje kogoś kto napisze mu tekst piosenki. U mnie mniej więcej tak to właśnie wyglądało. Spotkałam kolegę, który okazało się, że pracował w teatrze muzycznym. Przedstawił mnie swojej szefowej, która wzięła moją adaptację „Baśni tysiąca i jednej nocy”. Z tego zrobił się spory musical. Potem pojawiło się kolejne zlecenie i kolejne na zasadzie: ktoś, gdzieś, kogoś poznał ;-). Wszystko samo się z sobą łączyło.
Te magiczne guziki magicznie się naciskają jak ich nie przegapić… Jakie były Twoje kolejne?
Od dłuższego czasu mieszkam w Gdyni i uważam, że jest to cudowne miejsce. Jestem Gdynią zafascynowana. I tak pewnego razu nieskromnie pomyślałam, że fajnie by było wymyślić postać bajkową, która mieszka w Gdyni, jest takim stworem pół mitycznym, pół realnym. Efektem tych rozmyślań jest Troll Anatol, który mieszka sobie pod Kamienną Górą. I tak zaczęłam wokół tej postaci tworzyć poszczególne opowiastki, wplatając też w to różne miejsca, które odwiedzam czy imprezy, które odbywają się w Gdyni i sama w nich biorę udział. Moje fajne wydeptane ścieżki wydeptywał krok w krok Anatol. Dziwnym trafem, jeśli coś jemu się podobało to i mnie się podobało… W końcu Troll to takie moje małe rogate alter ego. Książkę skończyłam, nad ilustracjami pracuje teraz fantastyczna graficzka, a ja wydeptuję ścieżki do wydawnictw tak by książka ujrzała światło dzienne. Zobaczymy co z tego wyjdzie ;-).
Trzymam mocno kciuki! Wierzę w Anatola bo jego magia działa na mnie… Wiesz, podesłałaś mi do poczytania i tak od niechcenia się za lekturę zabrałam (po prostu od paru lat mam dość jakiejkolwiek literatury, no nie mogę i już…). Ale coś mnie podkusiło pewnego deszczowego dnia no i się zaczęło! Dla mnie była to na tyle cudowna odmiana i odświeżenie zakręconych neuronów, że w nocy miałam sen, gotowy pomysł na opowiadanie! Dawno tego nie miałam. Dlatego Anatol dla mnie już teraz jest magiczny i nic tego nie zmieni! Zatem niech wszystko dalej kręci się samo i jeden krok prowadzi Cię do kolejnego.
Dla mnie wszędzie teraz czają się inspiracje. Wystarczy latająca mewa, która wydaje śmieszne odgłosy, a ja już nazywam ją Panem Gęgajło ;-).
A co się stało z muzyką?
Ona jest cały czas obecna w moim życiu. Z racji, że jestem zawodowo sama sobie szefową i muszę opłacić rachunki,gram wszędzie gdzie mnie zaproszą i nie wybrzydzam. Tak naprawdę dopiero po studiach uczyłam się na nowo odnaleźć w graniu przyjemność.
Co odkryłaś?
Zainteresowałam się muzyką relaksacyjną. Czyli czymś co sprawia, że mnie samej też jest przyjemnie. I też okazało się, że ktoś, gdzieś dowiedział się o moich nieśmiałych próbach, zgłosił się do mnie opowiadając o projekcie stworzenia muzyki dla osób dotkniętych chorobą nowotworową. Zgodziłam się. Potem znowu kolejna osoba przyszła i poprosiła o muzykę do warsztatów rozwoju osobistego, ale taką z wiolonczelą. Jasne. Usiadłam i zrobiłam. Znowu okazało się, że to jest fajne i wszyscy są zadowoleni. Zdarzało mi się też grać na wiolonczeli dla kobiet w szkole rodzenia… Podczas tych moich eksperymentów wiele się także musiałam nauczyć. Jakie dźwięki jak wpływają na człowieka i tak dalej… Sporo naukowych badań przejrzałam. I okazało się, że wiolonczela ma naprawdę dobry wpływ na ludzkie komórki. Więc zaczęłam twórczo myśleć dalej. Skoro instrument na którym gram jest taki pozytywny to chcę go w tym kierunku wykorzystywać. Krok po kroku zaczęły się pojawiać nowe możliwości…
A co Cię motywuje do pracy? Przecież to nie jest tylko kwestia natchnienia tylko bardzo często ciężkiej pracy często nawet wtedy kiedy się tego natchnienia zbyt wiele nie ma…
Otóż to. Zdarza mi się czasem wpadać w poczucie „winy”, że nie chodzę do „normalnej” pracy, która co miesiąc przekłada się na regularną pensję… Pisz sobie bajkę dla dzieci przez kilka miesięcy, w międzyczasie graj koncerty, które sama sobie musisz załatwić, aranżuj sobie utwory i nie miej niczego oprócz swojego wewnętrznego przekonania, że to wypali bo to co robisz jest takie dobre, że wszyscy będą chcieli czytać Twoje teksty i słuchać Twojej muzyki… Że nie wspomnę o częstym braku płynności finansowej… I ten temat dla twórcy powinien być jako tako opanowany, jeśli faktycznie chce się sam utrzymywać. Bycie sobie samemu szefem to nie tylko sielanka jak się czasem wydaje tym, którzy zazdroszczą tego „wolnego czasu” kiedy się chce.
A jakie są reakcje dzieci na Twoje dźwięki?
Zdarzało mi się kiedyś grać z koleżanką na ulicy w Szwajcarii. Dzieci się zatrzymywały i wykazywały zafascynowanie żywymi instrumentami. One potrafią bawić się całym ciałem. Nie są nauczone, że to jest muzyka wymagająca sztywnego siedzenia na krześle, tylko wyrażają swoją reakcję ruchem. Często śmieję się i mówię: że część mojej publiczności pełza, część dłubie w nosie, a część wali się klockiem po głowie, ale i takmuzyki słucha ;-). Szczerość dzieci jest dla mnie szczególniecenna. Jak im się coś nie podoba to wprost powiedzą: e, to jest nudne. I w tym monecie wiem, że mam skończyć to co robię i potem zweryfikować swoją pracę.
Wróćmy na chwilę do Twojego pisania. Co chcesz powiedzieć do dzieci poprzez Trolla Anatola?
Cóż… Mam nadzieję, że ma osobowość. Bywa czasem wycofany i musi się do pewnych rzeczy przekonać. Pokazuje całe spektrum emocji. Pokazuje wszystko to, co jest w każdym z nas i czego czasem się wstydzimy. Jest ostrożny, ale jak poczuje, że coś jest dla niego to wchodzi w to i potrafi tego bronić. Ogólnie pisząc Trolla nie myślałam żeby narzucać dzieciom jakiś rodzaj zachowań.
Czyli nie moralizujesz zbytnio?
Nie. Raczej trzymam się z daleka od pedagogicznego podejścia do życia. To się po prostu pisało samo i bez założeń. Jedyne co miałam od razu w głowie to miejsca w Gdyni i wokół nich ciekawa akcja w którą Troll jest zamieszany.
Jak ładujesz swoje twórcze akumulatory?
Wiesz co? Po prostu śpię. Mogę spać 12 godzin, regeneruję się, a przy okazji śni mi się coś ciekawego. Jak ładuję akumulatory to jestem zdecydowanie leniem. Bardzo chętnie jadę na Mazury, chodzę boso po trawie i odpoczywam. Najlepiej sama, gdzieś w plenerze, cisza, spokój, leżaczek…
Jesteś szczęśliwa?
Hmmm… Dość trudne pytanie… Nie wiem. To jest tak, że nie mam się do czego przyczepić. Cały czas się czuję na początku drogi, dlatego mówię, że nie wiem. Nie odczuwam upływu czasu na zasadzie: O jej, coś mnie ominęło, mimo że skończyłam w czerwcu 44 lata. Ostatnio zrobiłam sobie takie podsumowanie, poszłam w miasto na cappuccino, usiadłam i zadawałam sobie pytania: Chciałabyś tu być? Chciałabym. A podoba Ci się to co masz? Podoba. A co Ci się nie podoba? Sytuacja finansowa. No to hej w nowe! Wiesz, ogólnie cały czas czuję, że coś fajnego jest przede mną.
Ha! No jak na moje to jednak jesteś tą osobą, którą zdecydowanie warto gościć na Aloha Świat i nie tylko ;-). Poczułam się zainspirowana na wielu płaszczyznach i coś czuję, że Troll Anatol nie da mi spokoju i jeszcze poczaruje w tej kawulowej głowie… Naprawdę bardzo tego potrzebowałam i dziękuję!

PS Zdjęcia pochodzą z archiwum przepytywanej.

*Żaden z zamieszczanych wywiadów nie jest tekstem opłaconym ani pisanym na zamówienie. Materiał jest sponsorowany przez samo życie i autorka tekstu czerpie z niego korzyści jedyne duchowo-towarzyskie.