Zaznacz stronę
Chodź, opowiem Ci…

Chodź, opowiem Ci…

Kiedy pracowałam w Muzeum Historycznym Miasta Gdańska w dziale Edukacji, Promocji i PR-u, prowadziłam dla dzieci zajęcia muzealne. Pamiętam, jak tydzień po lekcji o Królu Arturze i odważnych rycerzach przyszedł do mnie pewien ośmioletni młodzieniec z poważnym wyznaniem: – Pani zmieniła moje życie! (więcej…)

KIEDYŚ zamienić na DZIŚ

KIEDYŚ zamienić na DZIŚ

 

20150817_143530Do napisania tego tekstu przyczyniły się odwiedziny kogoś wyjątkowego. Ależ ucieszyło mnie to spotkanie! Nie widzieliśmy się zbyt wiele lat. Najpierw zobaczyłam jego oczy…

Wstyd przyznać, ale zaczynałam zapominać jak wygląda osoba, która zajmuje w moim sercu bardzo ważne miejsce. W mojej wyobraźni drobne zmarszczki wokół oczu wygładził czas zostawiając tylko te wyraźne na czole, wąsy równo przystrzyżone wcale nie były oprószone białymi nitkami tego, co nieuniknione, dłonie nie były takie zmęczone od pracy jak mi się wydawało, a oczy… wiem, że zawsze patrzyły na mnie z miłością, ale jakiego są koloru? Szukam w obrazach z przeszłości, na zdjęciach, w sercu… Nie pamiętam. Teraz on stoi przede mną, taki realny. Jego brązowe roześmiane oczy przyglądają mi się z rozbawieniem. Widzę je wyraźnie, jak mogłam zapomnieć! Wyciąga do mnie dłonie. W pierwszej chwili nie dostrzegam tego, co mi przyniósł, patrzę na niego i chłonę każdą sekundę. Tyle lat, tyle pytań i słów niewypowiedzianych, wszystko ciśnie się na usta, ale z jakiegoś powodu musi pozostać w niemej przestrzeni. Zwracam uwagę na to, co mi przyniósł, pieniądze, dużo pieniędzy. Wręczał mi banknot po banknocie, każdy o nominale 200zł, a kiedy uzbierało się tego wystarczająco dużo powiedział: „Teraz możesz spełnić swoje marzenia i już o nic nie musisz się martwić”. Patrzył na mnie jeszcze tylko przez chwilę, jakby chciał mi przekazać całą swoją wiedzę, wlać w moje serce otuchę, pogłaskać po głowie i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze.

Mój dziadek nie żyje od szesnastu lat. Jeden z wrześniowych snów zwrócił mi go na mgnienie nocy i przypomniał jak dziadek wyglądał naprawdę, jak pachniał, jak się poruszał, jaką miał skórę, jak brzmiał jego głos. Tyle chciałabym mu opowiedzieć, o wiele zapytać… Nie zdążyłam.

Tak szybko zapominamy, a po jakimś czasie już nam się tylko wydaje, że pamiętamy, żywimy się strzępkami całości bo nic innego nam nie pozostało. Przywołujemy słowa, które kiedyś miały paść, ale zatrzymały się na końcu języka, głaszczemy prezenty te nigdy nie przekazane, odtwarzamy spotkania do których nigdy nie doszło, karmimy się wymówkami i tylko pozornie nam z tym dobrze, bo po jakimś czasie pojawia się męcząca niestrawność, że jednak trzeba było coś zrobić w danym momencie, zanim wpadliśmy w sidła wymówek.

Swoją fabrykę pretekstów zamknęłam już jakiś czas temu, bo jaki jest sens utrzymywać coś, co zatruwa wewnętrzne środowisko? Kiedyś myślałam, przecież nie będę dzwoniła do mamy tylko dlatego, żeby powiedzieć, że ją kocham. Po co zadręczać przyjaciółkę sms’ami o tym, że za nią tęsknię i jest mi bliska, choć mieszkamy dwadzieścia kilometrów od siebie? Co sobie pomyśli koleżanka jeśli podziękuję jej za co, że jest? Jak zareaguje dawna przyjaciółka kiedy powiem jej, że nie żywię już urazy, że to dziecinne i że nadal jest mi bliska?

Kiedyś myślałam, że to, co czuję jest dla wszystkich oczywiste i nie trzeba niczego mówić dużymi literami. Faktycznie, czasami wystarczy popatrzeć sobie w oczy i wiadomo, jednak jak często słyszymy od kogoś: kocham cię, jesteś fantastyczna, cudnie się śmiejesz, uwielbiam spędzać z tobą czas, jesteś dla mnie ważna, dziękuję ci za to, co wnosisz do mojego życia, cieszę się, że cię widzę. A jak często potrafimy po prostu przyjąć podobne słowa bez skrępowania?

Dziś wiem, że jestem wyleczona z niestrawności wymówek: nie teraz, że po co, że innym razem. Dziś wiem, że „kiedyś” może zamienić się w „nigdy” i mogę nie mieć już okazji powiedzieć tego, co spoczywa na dnie mojego serca.

Dlatego chwytam za telefon, ślę znajomym życzenia z okazji dnia nieurodzin lub nieimienin, ciepłe słowa kieruję do przyjaciółki, która jest w Nepalu już od miesiąca i nie mogę się doczekać kiedy wróci i będziemy mogły razem posiedzieć nad brzegiem morza i cieszyć ze swojego towarzystwa. Mówię kocham, tym, którym chcę to powiedzieć, właśnie DZIŚ, nie: jutro, pojutrze, później, innym razem, nie teraz, w wolnej chwili, jak ugotuję obiad, skończę pracę, umyję okna, zrobię zakupy.

DZIŚ pielęgnuję wszystkie drobiazgi i pamiętam, wybaczam i kocham, cieszę się i jestem.

Koniec kłamstw!

Koniec kłamstw!

dscn4931

Jak bardzo zmieniło się moje wnętrze. Czasem zatrzymuję się po środku dnia i patrzę do swego wnętrza i szukam… Szukam tej Agnieszki, która no właśnie… Płakała. Cierpiała. Miała żal. Żebrała. Miotała się. Błądziła po omacku. Co się zmieniło? WSZYSTKO.

Gdyby tamta Agnieszka spotkała tę dzisiejszą, zdecydowanie by się nią zauroczyła, ale też nie uwierzyłaby za nic, że może być właśnie tą Agnieszką, którą podziwia…

Fakty są jakie są

Często opowiadam moją historię. Ostatnio na Festiwalu Świadomej Pracy z Ciałem relacjonowałam w jakim stanie było moje ciało. Lubię mówić: dobrze, że mam świadków mojej zmiany, bo nikt by mi nie uwierzył. Antydepresanty, próby samobójcze, terapia, ból, choroby, niemożność, zdradzanie samej siebie, autoagresja, wielki bunt, niezrozumienie, żal, brak czucia. I jeszcze kilka innych spraw…

I może moja historia nie jest niczym wyjątkowym. Każdy ma jakąś. Nie ma co wartościować. Ja mam taką, ktoś ma inną. Ale skoro miałam jaką miałam, chcę wycisnąć ją na maksa i powiedzieć Ci: TO MINIE, czegokolwiek teraz doświadczasz, minie, Ty też przejdziesz wszystko, co jest do przejścia i dojdziesz i znajdziesz to, co jest do znalezienia. Może to trochę potrwać, a może wcale nie musi. Jest tylko jeden maleńki haczyk…

Ty i tylko Ty

Samo się nie zrobi. Ty to zrobisz. Tak, właśnie Ty! Jeśli czujesz, że czegoś Ci brakuje, że jeszcze nie tak, popatrz na swoje dłonie, podnieś je do twarzy, otul policzki, pogłaszcz głowę, muśnij oczy i obiecaj sobie miłość absolutną. I wcale nie musisz nigdzie wyjeżdżać. I nie musisz zaliczać żadnych warsztatów. Możesz znaleźć siebie po środku mieszkania, z dłońmi na swoich policzkach, patrząc sobie głęboko w duszę i słuchając, ale tak bez ściemy, nie że tylko to co wygodne…  Przestań siebie okłamywać. No chyba, że tak Ci wygodnie… Tylko wtedy nie marudź, że gniecie i boli. Bo będzie bolało bardziej i bardziej, aż pojawi się przepaść i od samej jej głębi sparaliżuje Cię…

Nie czekaj, działaj

Wiem, wiem, znowu mnie metafory ponoszą… Prosto i na temat? Nie musi boleć! Nie musisz cierpieć! Nie musisz się bać rewolucji życiowych! Co za ulga! Wystarczy, że przestaniesz siebie okłamywać. To tak jak z przeziębieniem… Czujesz te mikro symptomy i co robisz? Później… Później… A później tydzień z głowy a Ty zasmarkany. Czy może herbata lipowa, gorąca kąpiel, głębsze oddechy i… mija. Tak samo jest ze wszystkim w naszym życiu. Ile razy olewałeś te drobne znaki i podszepty, to nie dla Ciebie, zostaw to, idź inną drogą, zmień coś teraz, zrób coś, nie rób czegoś. Przecież wszystko GADA a u Ciebie jakaś głuchota permanentna… I właśnie dlatego jest trudno. A wcale nie musi…

I żeby nie było, życie nadal się wydarza, nadal pojawiają się emocje, nadal sprawy i spraweczki na chwilę mogą przygasić, ale przechodzi się je naprawdę łagodnie kiedy żyje się spójnie i zgodnie z sobą. Kiedy nie karmisz się kłamstwami. Kiedy nie przestawiasz wymówek z kąta w kąt.

Co wybierasz?

I czasem nie wiesz jak, i co, i którędy iść, i od czego zacząć. Ale jeśli czujesz, że COŚ JEST NIE HALO… No to wyjścia są dwa, albo sobie żyjesz tak dalej i nie dzieje się zmiana i cierpisz, albo kończysz z tym i robisz wszystko, ale to absolutnie wszystko, żeby zejść ze swojego krzyża. Mnie to zajęło w cholerę lat, jak widać właśnie tyle miało mi to zająć. Jedno wiem, droga jaką przeszłam, była dużo mniej bolesna niż tkwienie w beznadziei. Nie bój się tak bardzo ruszyć do życia jakim chcesz żyć… Naprawdę nie ma się czego bać… Dziś wiem, że bardziej bolesne byłoby pozostanie w stanie w jakim tkwiłam ledwo żywa, niż wyruszenie by coś zmienić z niewygodnym aczkolwiek nieparaliżującym lękiem u boku.

Przestań ściemniać!

Okłamywanie siebie boli… tak bardzo. Mnie bolało zbyt mocno, dlatego złapałam siebie za loki, posadziłam dupsko i codziennie, miesiącami, latami szukałam Kawuli w Kawuli. I kazałam jej wyśpiewać całą prawdę. Wyspowiadałam się przed samą sobą. Wybaczyłam wszystkie kłamstwa. Obiecałam już nigdy nie zapomnieć. Samą siebie wzięłam na świadka.

Muszę żyć z sobą do końca moich dni, dlatego dla mnie ważne jest jaką Kawulę widzę codziennie w lustrze i co ma mi do powiedzenia kiedy zasypiam…

A Ty? Co słyszysz? Co czujesz? Co widzisz? Czego doświadczasz? Jak Ci w Twoim życiu? I co możesz dla siebie zrobić, by było Ci lepiej?

Samochwała wychodzi z kąta

Samochwała wychodzi z kąta

DSCN2975

Podczas ostatniego kursu masażu lomi lomi nui pod koniec dnia zapytałam uczennicę: Za co dziś możesz się pochwalić, wymień minimum trzy rzeczy ;-)? Początkowo odpowiedziała mi cisza… Po chwili słyszę: – Dobrze stół umyłam! A co powiesz na to, że trzeciego dnia potrafisz zrobić dużo więcej niż dnia pierwszego? A co powiesz na to, że jeszcze wczoraj napinałaś całe ciało, a dziś potrafisz się szybciej rozluźnić? A co powiesz na to, że wspaniale oddychasz? A co powiesz na to, że Twoje ruchy są płynniejsze?

– No ale nie jestem taka dobra jak Ty!

– Kochana, mam za sobą przeszło 8 lat praktyki… ale uwierz mi, kiedy zaczynałam byłam daleko daleko w polu i za cholerę nie mogłam zapamiętać połowy tego, co Ty już umiesz! Skoro ja doszłam gdzie doszłam to Ty też możesz!

– Tylko chcesz mnie pocieszyć…

Ech…

Niestety sama za dobrze pamiętam te lata, kiedy własne istnienie uznawałam za tak nieistotne, że chciałam nie być, a gdyby ktoś kazał mi się za cokolwiek pochwalić chyba bym go wyśmiała i uznała, że nie do końca zrozumiałam zadanie…

Praca u podstaw

Przykro mi, naprawdę… Że w szkołach nie dostrzegają potencjału ucznia, że tylko te wady, że dobrze i źle. Sama pamiętam oceny za moje wypracowania: treść 5, błędy 3 (przy dobrych wiatrach ;-)). I wychodziła dziwna ocena…

Na szczęście w liceum miałam zajęcia z retoryki z fajnym aktorem. Bardzo kreatywny człowiek. Zadawał nam śmieszne wypracowania do pisania i pamiętam, że potrafił się prawdziwie zachwycić treścią, przekazem, słowem. Zachęcał nas do myślenia samodzielnego. Jak nie ważne dla niego były akcenty, przecinki i inne dziwne wymysły interpunkcji. On widział potencjał. Wydobywał na światło to co siedziało w cieniu. Dzięki takim osobom jak on, wytrwałam w pisaniu. Nie wyśmiewał moich opowiadań o smokach, elfach i nie krytykował kiedy napisałam płomienną mowę w obronie wielorybów. Nigdy nie poprawiał błędów na czerwono i na każdej pracy zawsze napisał coś miłego, nawet jeśli ktoś oddał mu naprawdę gniota… ;-).

Wiem, że są nauczyciele tacy jak on. Wierzę w nich. Moja mama też jest niezłomna! Uczy w klasach początkowych, aktualnie przedszkole. Potrafi z każdego wycisnąć to, co najlepsze. Widzi w jąkających się dzieciach to, czego nie widzi nikt inny. Nie ma łatwych uczniów, oj nie… Opowiada mi o takich dysfunkcjach o jakich nie mam pojęcia, a ona z pasją z nimi pracuje. Wystawia przedstawienia, dzieciaki jeżdżą na konkursy, recytują wiersze, rysują, tańczą i wygrywają! I jest dla nich autorytetem i co powie Pani Ela to żaden rodzic tego nie da rady zachwiać 😉 Nie wiem jak ona to robi… To już tyle lat. Podziwiam ją i pod tym względem jest moim idolem ;-). Że jej się chce, że ciągle się kształci i jeździ na coraz to nowsze szkolenia, że ciągle wymyśla coś specjalnego, że ciągle tworzy i że ma tę niewyczerpaną cierpliwość i miłość do swojej pracy…

Przełamać schemat

To tak jakbyśmy mieli to w kodzie DNA, krytykowanie, zauważanie tego, co wyszło nie tak, oceny, szufladkowanie, a gdyby tak szlifować diamenty zamiast psioczyć na węgiel? Naprawdę nie potrzeba wiele… Sama długo zmagałam się z: dobrze, ale… I zostawało mi w głowie to: ale… I dążyłam do ideału, którego nie byłam w stanie doścignąć bo go po prostu nie ma.

Wiele lat minęło zanim odważyłam się pierwsze teksty komuś pokazać. Bałam się tego: ale… I wtedy trafiłam na Macieja Parowskiego, „ojca redaktora” Nowej Fantastyki. Wysłałam mu opowiadanie. Z drżeniem całego ciała. Odpowiedź przyszła dość szybko i brzmiała mniej więcej tak: „Potencjał w tekście jest fajny, ale dialogi są sztywne, poczytaj Chandlera i zobacz jak on to robi. No nic, będzie trzeba popracować trochę nad tekstem, ale kupuję”. I tak zarobiłam pierwsze pieniądze na literaturze, otrzymałam cenną radę i przestałam się bać tego: ale…

Promotor mojej pracy magisterskiej też wspaniale podszedł do Kawuli, która za nic nie umiała i nie umie pisać naukowo. W weekend majowy napisałam com wiedziała, a pisałam o reportażu radiowym, mojej miłości wielkiej… Profesor Michał Błażejewski naprawdę wspaniale mnie potraktował… Wystawił mi bardzo dobrą ocenę motywując mój styl mało naukowy mądrymi słowami naukowymi i wyszło, że Kawula wymyśliła coś fajnego ;-). I nie wiem jak takim nauczycielom na jakich trafiłam udawało się wyjść poza schemat, skąd oni czerpią tę siłę i motywację by z roku na rok, robić naprawdę świetną robotę i im się nadal chce, nawet jeśli są na kilka lat przed emeryturą…

Dziś kawałek dalej niż wczoraj

Dla mnie nie ma dobrze-źle. Jest inaczej. Pod innym kątem. Z innej perspektywy. Kiedy uczę innych, nie wymuszam swojego stylu. Nie umiem tego opisać… Po prostu widzę potencjał w człowieku. Zacierają się też granice uczeń-nauczyciel, bo nie raz nauczyłam się czegoś nowego od moich uczniów.

Jakkolwiek on sam by uważał, że mu „nie wychodzi” widzę w nich więcej i to więcej mnie zachwyca. Nie ma czegoś takiego jak pomyłki i błędy. Przynajmniej nie ma ich dla mnie. To proces nauki. Jeśli czegoś się uczysz, przecież nie robisz tego od razu jak zawodowcy! Po to się czegoś uczysz… Więc dlaczego od razu ma „wyjść” i być jak po latach praktyki? Po co ta dziwna presja? Po co te wysokie oczekiwania? Choćbyś miał największy talent świata będzie on niczym bez praktyki… Przetrenowałam na własnej skórze i wiele nocy przeryczałam chcąc już, zaraz, teraz, bo przecież inni w tym wieku byli dalej, lepiej, wyżej… Nie ma sensu porównywać się do nikogo innego, jak tylko do własnej wersji siebie.

Dziś jesteś o krok dalej niż wczoraj, o kilka godzin praktyki więcej niż kilka dni temu. Bez tej pracy nic się samo nie wydarzy… (raczej…). Od Ciebie zależy czy wytrwasz. To Twoja podróż, twórz ją :-).

Czas wyjść z cienia

Jesteś tylko Ty i Twoje życie. Jak długo chcesz żyć w cieniu wszystkich: ale…? Jak długo chcesz jeszcze wisieć na krzyżu i się umartwiać nad tym co „nie wyszło”? Rób dalej swoje, rób tak długo aż zachwycisz się sam sobą. Ten dzień nadejdzie, prędzej czy później… Uwierz mi… Te wszystkie głosy dziwnej treści ucichną i wybrzmi Twoje piękno. A wtedy przestanie mieć znaczenie co powiedzą inni…

Dopóki nie docenisz siebie, nikt inny tego nie zrobi za Ciebie. A kiedy Ciebie zaczną doceniać Ty nie będziesz już żebrał o poklask… To piękny dzień, nie przegapisz go.

To jak? Idziesz dalej?!

PS A za co dziś możesz siebie pochwalić?

Spotkanie na samym czubku tęczy

Spotkanie na samym czubku tęczy

na tęczy

To był listopad 2013 roku. Ale wcześniej był wrzesień. Pewnego wrześniowego dnia odebrałam telefon. Ktoś polecił mnie do tej roboty ;-). Jakaś dobra dusza powiedziała, że u Kawuli dają świetne Lomi Lomi Nui i że Kawula się nadaje. Kawula nie miała nic przeciwko, dopiero potem jak usłyszała kogo ma masować to się z lekka zestresowała…

Uwaga mnich!

Zadzwoniono do mnie z prośbą o zrobienie Lomi pewnemu mnichowi… Lopon Trinley Nyima Rinpoche miał w listopadzie gościć w Gdańsku, a że dużo podróżował i był już dość zmęczony, organizatorzy postanowili sprawić mu prezent. I może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby dookoła sprawy nie urosło mnóstwo niepotrzebnych i napiętych myśli…

Pierwotnie to Rinpoche miał dotrzeć do mnie. Po kilku telefonach okazało się, że mam przyjechać do hotelu w Sopocie, gdzie mnisie towarzystwo rezydowało. Przy okazji każdego kolejnego telefonu słyszałam, że to ważne, że taka dostojność, że wysoki poziom, że to i tamto… Powiem szczerze, początkowo byłam spokojna i wyluzowana. Okej, masaż to masaż, nie ważne kto to, ciało jest ciałem i nie robię wyjątków i każdemu się równo dostaje tego, co trzeba. Ale po którymś telefonie z kolei, zaczęłam się zastanawiać…

No czy mnicha może masować kobieta? No chyba organizatorzy to wiedzą…

No a jak mam się w jego towarzystwie zachować? Nie są mi znane wszelkie formy dostojności w zasadzie żadnej religii, szacunek okazuję tak samo każdemu, czasem tylko bardziej oczkami po podłodze wędruję onieśmielona…

No a w jakich warunkach mam masować? No chyba hotel nie jest taki zły, powinno być super…

No i jak z tym całym moim lomi tobołkiem dotrę na plecach do Sopotu? A przyjadą po mnie, dobre i to…

A może by tak bez paniki?

Kiedy już wszystkie pytania wyczerpałam i panika sięgnęła zenitu, zdecydowałam, że podejdę do sprawy zupełnie normalnie, czyli tak jak planowałam zanim organizatorzy wkręcili mnie w wir „na najwyższym poziomie dostojeństwa”. Czyli zapakowałam moje lomi rekwizyty, przed wyjściem z mieszkania pooddychałam, pogadałam ze stresem żeby przestał się wygłupiać i wsiadłam do samochodu, który po mnie przysłano.

No i już prawie, prawie udało mi się stres opanować, kiedy weszłam do pokoju, gdzie miałam masować. W tyni, ciasnym i wąskim pokoju, siedział w starym fotelu Lopon Trinley Nyima. Jego uśmiech roztopił połowę mojego niepokoju. Nie da się nie ulec magii takich uśmiechów. Spokojna, łagodna twarz, radosne i głębokie spojrzenie. Jego dłonie skręcały kolorowe niteczki w maleńkie supełki. Usta mimo, że mówiły coś do mnie, jednocześnie szeptały mantry, które, mogę przysiąc, wnikały w niteczki i zamieszkiwały w każdym supełku z osobna.

No wszystko fajnie, pięknie, ale… Zostałam sama, z Rinpoche, w jego ciasnym, wąskim pokoju, z moim jeszcze nie rozłożonym stołem do masażu i zastanawiałam się jak mam dokonać tego niebywałego aktu transformacji ograniczonej przestrzeni, w nieograniczoną… Kiedy rozstawiłam stół, w zasadzie dla mnie nie było już miejsca, a kto wie, jak wygląda lomi, ten pamięta, że dookoła stołu masażysta porusza się tanecznym krokiem i potrzebuje więcej miejsca niż przy masażu klasycznym.

Gdzie się nie obróciłam tam ściana, albo łóżko wielkie, albo ściana a z niej wystający wielki, plazmowy telewizor… No NAPRAWDĘ to TU mam masować?

Musiałam wyglądać dość śmiesznie z tą zdziwioną i z lekka zmartwioną miną, bo Rinpoche zapytał w czym może mi pomóc. Przeprosiłam i powiedziałam, że chwilowo jestem dość zestresowana, bo nie mam pojęcia jak technicznie się ustawić żeby zrobić mu najlepszy masaż w tych warunkach. I nagle ten spokojny mnich, z brzuszkiem i wszystkimi mnisimi atrybutami, poderwał się wartko ze starego fotela gotowy wynieść wielkie, drewniane łoże z pokoju, żebym tylko miała miejsce!

Wyjście z ciasnego pudełka

Uśmiałam się serdecznie, podziękowałam i poprosiłam o chwilę informując, że potrzebuję pomyśleć, żeby uelastycznić się w głowie bo jestem przekonana, że sprawa jest do zrobienia bez całkowitego remontu pokoju ;-). Rinpoche znowu się uśmiechnął i wrócił do skręcania supełków, a ja robiłam swoje. Ustawiałam, sprawdzałam, przestawiałam się z miejsca na miejsce, aż w końcu znalazłam to miejsce w głowie, które mówiło: Kawula, toć damy radę! To się da zrobić!

I zrobiłam!

A potem… Potem wprowadziłam mnicha w sprawę Lomi Lomi Nui, przykazałam się rozebrać, położyć brzuchem na stole, przykryć ręcznikiem, a resztę zrobię ja. I wszystko idzie super, fajnie, gładko, zaczynam rytuał, powoli zsuwam ręcznik z pleców, odkrywam nogi i co widzę! Długie majtki! O matko! No to się zdziwiłam… Prawie do kolan!!! Ratunku! I co teraz!? No… Przełknęłam ślinę i zapytałam, czy ja mogę te matki ciutek podwinąć bo jednak fajnie jest pomasować udo (że o pośladku nie wspomnę, ale myślałam, że w tym przypadku to nie wchodzi w grę). A Rinpoche znowu wartko się poderwał i mówi, że on może przecież całkiem rozebrać i czy tak będzie mi wygodniej!

No nie dało się nie pokochać tego cudnego człowieka! Jeśli miałam w sobie jeszcze jakiekolwiek resztki stresu to dzięki mnisiej otwartości ulotnił się i tyle go widziałam!

Tam, gdzie spotykają się dusze

Każda sesja jest dla mnie niezwykła, ale nie tak często mam okazję masować kogoś o pustym umyśle, którego puste spotyka się z moim pustym. Miałam wrażenie, że nasze ciała robią swoje, moje masuje, jego przyjmuje, ale nasze dusze siedzą sobie na czubku tęczy, machają radośnie niewidzialnymi nogami i jest im dobrze.

I choć pokój magicznie się nie poszerzył, a wielki, plazmowy telewizor nie zmniejszył, wszystko dookoła było szersze, większe, w zasadzie doszło do rozpłynięcia się jakichkolwiek granic.

Mnich spał sobie snem spokojnym, ale obecnym, świadomym, uważnym. Ciężko to opisać. Po prostu jego ciało spało przy zachowaniu całkowitej czujności ducha.

Po sesji rozmawialiśmy tak długo, na ile pozwoliły nam obowiązki Rinpoche. O Indiach, bogu Shivie, mantrach, ale też o codziennych, zwykłych sprawach. Śmialiśmy się, ach, jak my się śmialiśmy! Pod koniec spotkania, te wszystkie poskręcane supełki zostały zawiązane na moim nadgarstku z błogosławieństwem ochrony i sprzyjania mi w dalszych poczynaniach.

Po czym, zeszliśmy z tęczy i każdy wrócił do swojego świata, jednocześnie mając w sercu ten jeden, gdzie wszyscy jesteśmy tacy sami, gdzie nie ma słów, gdzie jest wszystko takie jakie jest i nie trzeba niczego zmieniać.

Wybieram Lomi!

Uwielbiam takie historie. Pełne wyzwań i sprawdzenia na ile jestem w stanie wyjść poza znane, na ile potrafię się uelastycznić i zrezygnować z potrzeby zrobienia czegoś po swojemu. Co jakiś czas utwierdzam się w przekonaniu, że warunki, w jakich masuję nie są takie ważne. Istotne jest spotkanie i wymiana. O wszystko inne troszczy się duch Aloha. Ba, czasem nawet nie jest potrzebny stół do masażu, o czym przekonałam się masując w Indiach na… podłodze! To dopiero był test dla mojego ciała i ducha i ego! Zdałam tańcząco.

Od tamtej pory mam wrażenie, że przeszłam jakiegoś rodzaju lomi wtajemniczenie. Jakby starożytni kahuni mnie sprawdzali, na ile jestem naprawdę oddana lomi, a na ile nowoczesnej wizji jak ono powinno wyglądać…

Jednocześnie towarzyszy mi poczucie, że ten hawajski quest nadal trwa i jeszcze nie raz mnie zaskoczy ;-). I am ready!

 

[Obrazek na zamówienie Aloha Świat, w wykonaniu Karoliny ‚Ilustratiks’ Czerwińskiej]

Przestań wierzyć swoim myślom

Przestań wierzyć swoim myślom

DSCN5895

Dziś, w siódmym dniu  „Słucham podcastów w ruchu” inspiracje przychodzą do mnie same. Ustawiają się w kolejce i mówią: Kawula, my na Twoje zawołanie i życzenie, wybierz mnie, mnie wybierz! I wybieram podesłany podcast dość niespodziankowy i nietypowy. Dziś w uszach brzmi Ram Dass i podcast „Pilgrim heart”. Siedzę w pełnym słońcu na balkonie, podziwiam show jaki robią chmury i jestem. Pustka w głowie, pełnia w sercu. Uśmiecham się. Bo dziś żadne podstępne myśli się mnie nie czepiają ;-).

Prawdą między oczy

I

Nigdy nie zaszkodzi usłyszeć po raz kolejny tej samej prawdy. Czasem powiedziane głosem kogoś innego może zdziałać wiele, może przebić się przez resztki fortyfikacji. Dlatego z ciekawością wsłuchuję się w to, co Krishna Dass mówi. A mówi to, co rezonuje ze mną. To właśnie teraz masz okazję dokonać wyborów. To właśnie teraz, otrzymujesz szansę jak zareagować, jakie podjąć decyzje, jakie siać ziarno, z którego wyrośnie to, co masz ochotę zjeść. Teraz kreujesz swoją przyszłość. Masz okazję wygenerować więcej współczucia, radości, spokoju, miłości, albo… Jakie nasiona sadzisz?

II

Gdzie jest Twoja wolność? Ciągle balansujesz na linie własnych projekcji. Ślepo wierzysz, we wszystko, co mówi Twój umysł. Każdą myśl bierzesz za pewnik. A myśl, jest tylko myślą… nie musisz nadawać jej barw emocji. Myśl się rodzi, wykwita w umyśle. Pozwól jej przejść. Nie chwytaj na wędkę, nie twórz z niej kolaży. Ktoś na Ciebie krzywo spojrzał i Ty już myślisz, co mu zrobiłeś. Człowieka już dawno nie widzisz, ale Ty go jeszcze nosisz przez cały dzień ze sobą i masz podły nastrój.

Myśl jest tylko myślą. Dlaczego tak szybko się do niej przyklejasz?

III

Inni mogą Ci pomóc, terapeuci, nauczyciele duchowi, warsztaty, książki, filmy. Mnóstwo tego dookoła. Ale… Prawdziwa siła przychodzi z praktyki. Nikt niczego nie zrobi za Ciebie. Weź podarowane Ci narzędzie i testuj, doświadczaj. Wyjdź poza ciasną celę zbudowaną z myśli. Myśl jest Twoim więzieniem. Więc cokolwiek poczujesz, że warto wprowadzić do swojego życia codziennego, po prostu to zrób i zobacz co się stanie. Obiecaj sobie i tylko sobie. Proste? E, nikt nie mówi, że jest łatwo, ale co możesz stracić? Czy naprawdę chcesz się jeszcze dłużej męczyć? Naprawdę chcesz dalej wierzyć swoim myślom i cierpieć?

The end

DSCN5896No Kawula… Naprawdę? Nie dziś i… wracam do oglądania spektaklu jaki się rozgrywa tuż przede mną. Dziś nie bawię się w myśli. Dziś ich haczyki na mnie nie działają.