Zaznacz stronę
Spotkanie z samym sobą

Spotkanie z samym sobą

Lomi Lomi Nui to piękny masaż o prastarej tradycji i korzeniach. Jego ojczyzną są Hawaje. W dawnych czasach masaż wykonywali Kahuni – starożytni strażnicy wiedzy tajemnej i systemu uzdrawiania. Hawajscy szamani łączyli masaż ze świętym tańcem, który wykonywali wokół kamiennego ołtarza, stąd nazywano go masażem świątynnym. Rytuał ten spotykał wybrańców, którzy mieli wykonać dla swej społeczności szczególne zadanie. Kahuni wykonywali go przez wiele godzin, a czasami nawet wiele dni, przy akompaniamencie wielogłosowych uzdrawiających pieśni.

Lomi Lomi Nui jest świątynną wersją masażu stosowaną jako rytuał przejścia, otwarcia na nowy etap życia. Miał służyć zarówno uzdrawianiu jak również głębokiej osobistej transformacji. W trakcie masażu można doświadczyć głębokiego kontaktu z własnym ciałem, emocjami i duszą. Lomi jest masażem przynoszącym wielowymiarowe korzyści i kto raz go doświadczy trudno mu pozostać obojętnym na… siebie samego ;-). Lomi wydobywa prawdziwe piękno człowieka i to jego niezwykła moc.

Działanie Lomi Lomi jest holistyczne. Lomi to troskliwa opieka nie tylko nad ciałem, ale też emocjami i duszą. Masaż rozluźnia mięśnie i uwalnia nas od napięć powstałych podczas stresu. Poprawia krążenie krwi i wspomaga przemianę materii oraz odtruwanie organizmu. Zwiększa ruchliwość i elastyczność stawów. Pobudza układ limfatyczny i krwionośny.

Lomi Lomi Nui pobudza do działania i poprawia wewnętrzny przepływ energii.

Pozwala nam z innej perspektywy spojrzeć na problemy życia codziennego. Często podczas masażu pojawiają się sposoby ich rozwiązania. Może przyczynić się do usunięcia lęków i obaw, a niekiedy złych przyzwyczajeń. Często po masażu rodzi się chęć do zmian życiowych.

Serdecznie zapraszam na sesje na moich Hawajach w Gdyni

Lomi Lomi Nui to zdecydowanie coś więcej niż zwykły relaks… Doświadczenie warte kilku godzin wyrwanych z życia ;-). Twoje ciało Ci podziękuje. Gwarantuję.

Skontaktuj się ze mną: aloha@agnieszkakawula.pl

tel. 692 215 113

Agnieszka Kawula

To była komunikacja poza słowami…

To była komunikacja poza słowami…

IMG_0008.2jspgDawno dawno temu, a może to wcale nie było tak dawno temu i nie za siedmioma górami i nie za siedmioma lasami Kawula, a raczej jej cień poszedł na masaż Lomi Lomi… I życie wróciło… I wracało przez pół roku… Aż Kawula nabrała sił i wyruszyła w dalszą drogę by sama nauczyć się tej hawajskiej pracy z ciałem… Dla mnie jako terapeutki i nauczycielki Lomi Lomi Nui to była miłość od pierwszego dotyku i oddechu. Absolutnie się zakochałam i pozostaję w stanie zakochania już osiem lat. Miałam przyjemność towarzyszyć setkom osób w ich pięknych przemianach i odkryciach. Nieustannie zadziwia mnie każde kolejne spotkanie i zachęca do coraz większej uważności, wsłuchiwania się w mowę ciała, szept emocji i duszy moich klientów. Zachęca do własnego rozwoju i elastyczności w ciele i umyśle. Na przestrzeni lomi lat sama przeszłam niejedną transformację która zawsze wzmacniała jakość robionego przeze mnie masażu. Dlatego teraz głos daję moim klientom, dzięki którym pozostaję w nieustającym lomi zachwycie i którzy lepiej niż wszystkie mądre opisy oddadzą ducha tego masażu.

Przedstawiam Wam nowy cykl wywiadów, który przybliży ideę samego hawajskiego masażu świątynnego jakim jest Lomi Lomi Nui. Co to za twór, czym jest dla moich klientów, jak bardzo dzięki niemu zbliżyli się i otworzyli na samych siebie. Do przygody zaprosiłam też obraz w wykonaniu Karoliny Czerwińskiej(ilustratiks). To właśnie jej ilustracje będą wisienką na lomi torcie! Każdy wywiad to  nowy obrazek, więc będzie twórczo, kreatywnie, kolorowo, lomisiowo ;-)!

 

Anna, 46 lat, coach, mediator, opiekunka, Gdynia, Schwerte-Ergste (Niemcy)

 

Na ile masaż Lomi Lomi Nui był Ci wcześniej znany i dlaczego zjawiłaś się na sesji?

Doświadczałam różnego rodzaju masaży. Jeździłam po SPA, miałam masaże po kontuzjach sportowych i wypadkowych, oddawałam się w ręce terapeutów i to były masaże lecznicze, ale o Lomi Lomi Nui nie słyszałam. Różne rzeczy o nim czytałam, ale to czego doświadczyłam u Ciebie żaden tekst nie opisywał… Zanim przyszłam do Ciebie wiedziałam, że potrzebuję kogoś komu będę mogła nie mówić, a ta osoba będzie doskonale wiedziała w jakim miejscu i z jakim natężeniem moje ciało potrzebuje uważności. No i byłam bardzo ciekawa i samego masażu i osoby, która go wykonuje. A jak się zamawia to się zjawia… I zjawiłaś się Ty!

Wielka radość dla mnie z takich spotkań!

I to czuć! Dla mnie, zwłaszcza na tym pierwszym spotkaniu, miała niezwykłe znaczenie Twoja energia, śmiejące się oczy, empatia i szacunek do ciała który momentalnie czuć. Kiedy się pojawiłaś w drzwiach miałam wrażenie, że jesteś otoczona słońcem. Dzięki temu jakikolwiek stres czy napięcie znikają. Jesteś jak taki elf z różdżką, który jednym machnięciem zabiera wszelkie obawy. A w czasie masażu byłaś totalnie stopiona z moim ciałem, miałam wrażenie, że nie ma Ciebie i czułam, że jestem sama z sobą… Nie czułam dyskomfortu czy jakiejkolwiek ingerencji osoby trzeciej. Ciężko to wyrazić słowami…

Spróbuj opisać Lomi Lomi Nui swoimi słowami, czym jest dla Ciebie?

To  masaż, który daje przede wszystkim niesamowite wyciszenie, relaks i otwarcie na siebie. We mnie nie było żadnego spięcia, nawet jeśli coś się pojawiało to miałam wrażenie, że Twój dotyk roztapiał każde uczucie dyskomfortu. To co mi przychodzi do głowy to porównanie tego totalnego relaksu i odpuszczenia z tym, jakiego można doświadczyć po wysiłku fizycznym. Osoby intensywnie biegające mogą coś o tym powiedzieć. To stan bez umysłu. Miałam wrażenie, jakbym się unosiła w powietrzu albo w wodzie…

Czy coś Cię zaskoczyło w trakcie sesji?

W pewnym momencie bardzo się zadziwiłam bo miałam wrażenie, że masujesz moje wnętrzności, zwłaszcza przeponę! Miałam wrażenie, że włożyłaś mi w splot słoneczny ręce przynajmniej po nadgarstek i rozmasowywałaś mi kamień. To nie było nieprzyjemne, po prostu inne. Dopiero wtedy poczułam jak bardzo byłam w tamtym miejscu spięta…

Czy mój oddech miał znaczenie w trakcie masażu? Bo przecież jest słyszalny i dość specyficzny…

Wydawałby się może dziwny, gdybyś o nim nie uprzedziła. Ty o mnie zadbałaś i dokładnie wiedziałam co się będzie ze mną działo i nie było elementów zaskoczenia i dziwności. Dla mnie Twój oddech był nieodłącznym i pięknym elementem masażu i prowadził mnie przez wszystkie części sesji. Od pierwszego twojego oddechu brzmiałaś dla mnie jak ocean, jak fale które uwielbiam… Dzięki oddechowi dużo łatwiej weszłam w stan relaksu i praktycznie cały czas byłam gdzieś nad wodą, kiedy oddech zanikał czekałam żeby fale wróciły. Mnie to dodatkowo uspakajało…

Jak odebrałaś sam dotyk?

Była w nim niezwykła uważność. Odniosłam wrażenie, że moje ciało mówi, a Twoje słyszy. Mam szczególne miejsca, które wymagały Twojej pracy mniej albo więcej i Ty doskonale wiedziałaś jaka ma być intensywność dotyku i w jaki sposób pracować. To była niezwykła komunikacja poza słowami. Podobało mi się, że dbałaś o zachowanie intymności w trakcie sesji dzięki czemu mogłam się całkowicie odprężyć i odpuścić jakąkolwiek kontrolę. Dla mnie to było bardzo ważne.

Pamiętasz pierwszą myśl, albo uczucie po masażu?

Bezpośrednio po była we mnie totalna błogość i kiedy wyszłaś z pokoju zostawiając mnie w samotności, zastanawiałam się tylko jak długo ja tak mogę jeszcze leżeć bo zupełnie nie miałam ochoty wstawać… Nie miałam też potrzeby myślenia, nie pojawiała się potrzeba ruchu… Bardzo wolno wracałam do świata realnego.

A Twoje ciało jak się czuło?

Przede wszystkim miałam wrażenie, że ważę kilka kilogramów mniej. Byłam zdziwiona bo kiedy się ubierałam to rzeczy były na mnie po prostu luźne! Czułam się niesamowicie elastyczna i wiotka.

Przez kilka dni z podziwem patrzyłam na moje nogi i w okularach i bez i pod każdym kątem bo nie mogłam się dopatrzeć cellulitu! Tak mocno ruszyłaś mi limfę! To był fenomenalny „skutek uboczny” masażu! Oczywiście po pewnym czasie wszystko zaczęło wracać do normy, ale jednak nie mogłam wyjść z podziwu jak to fantastycznie podziałało!

Moje ciało było też absolutnie rozgrzane. Towarzyszyło mi uczucie gorąca łącznie ze stopami i dłońmi, które zazwyczaj mam zimne. Bardzo długo po masażu miałam ciepłe stopy, a dodatkowo czułam energię w dłoniach! Jestem osobą, która ćwiczy jogę i taka ciepłota mi się wcześniej nie zdarzała.

Poza tym miałam wrażenie całkowitego odetkania moich nozdrzy i uszu. Do tego stopnia, że zaczęłam czuć powietrze i to tak intensywnie, że niemal drażniło! Niesamowite…

Czy to co Ci powiedziałam po masażu miało dla ciebie znaczenie? Nazywam to takimi informacjami zwrotnymi od Twojego ciała dla Ciebie. Śmieję się, że w czasie masażu śnię sny dla kogoś…

Wszystko czego doświadczałam w trakcie masażu było dla mnie niezwykle spójne. Każdy ruch, oddech, atmosfera, zapachy… Też to, co powiedziałaś do mnie po samym masażu miało związek z tym, co się ostatnio w moim życiu dzieje. Całe spotkanie było jak układanie puzzli, dzięki któremu mogłam zobaczyć całość i to, co dotychczas nie było do końca dla mnie widoczne. Pojawiały się różne sygnały dla mnie w życiu codziennym, że powinnam zająć się swoją kreatywnością, ale dopiero w masażu poczułam to dosadnie, a to, co powiedziałaś do mnie po sesji było kwintesencją wszystkiego. Twoje słowa dodały mi skrzydeł i wiary w siebie, pozwoliły mi uwierzyć, że właśnie teraz jest TEN moment. Zobaczyłam jak sama siebie blokuję, jak dużo zależy właśnie ode mnie!

Czy pojawiły się jakieś małe-wielkie odkrycia PO?

Jasne, mnóstwo! Po samym masażu miałam wrażenie, że ile bym w siebie nie wlała czułam się jak gąbka, która wszystko momentalnie wchłania i jest sucho. Nie pamiętam takiej suchości, a byłam już w różnych temperaturach i nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. Ilość płynów jaką pochłaniałam była ogromna. Nie chciało mi się tyle jeść. Przestało mnie ciągnąć do chłodnych napojów i chłodnego jedzenia. Mam teraz potrzebę picia i jedzenia ciepłego. Bez względu na panującą temperaturę na zewnątrz! Przed masażem nie jadałam za dużo mięsa, ale PO to mnie już totalnie odrzucało, drażnił mnie już sam zapach…

Ale wiesz co? Przede wszystkim jest się dużo uważniejszym na siebie, swoje potrzeby, na ciało. Kiedy przyszłam na masaż to był czas tylko dla mnie, nie patrzyłyśmy na zegarek i czas płynął zdecydowanie wolniej. Mogłoby się wydawać, że półtorej czy dwie godziny to nie jest wiele, ale dla mnie wszystko absolutnie zwolniło i się rozciągnęło! To były warunki sprzyjające otwarciu się na siebie samego. Dla mnie to był taki mały detox i duchowy i fizyczny.

Jest taki moment PO, kiedy jest się przygotowanym by dalej kroczyć tą zdrowszą ścieżką i podtrzymywać ten stan, ale to już wymaga pracy od nas samych i od nas zależy co z tym dalej zrobimy. To już nie jest tak, że się przeczyta coś w gazecie, że pszenica czy biały cukier szkodzą. Nie, to się czuje samemu, co jest dla nas dobre a co powoduje wręcz ból ciała. Przychodzi taki moment świadomego wyboru… Wejdziesz w nowe czy wrócisz do starego. Zawsze można pójść jeszcze na Lomi by podtrzymywać motywację i żyć blisko siebie ;-).

Wyśnione, spełnione

Wyśnione, spełnione

lomi nasionko-sTo była miłość od pierwszego dotyku. Od pierwszego oddechu. Od pierwszego kroku. To była miłość, która zawładnęła mną absolutnie i zabrała mnie w takie rejony życia, jakie bym sama siebie nie wysłała. Nie mogłam sobie zaplanować. Nie mogłam sobie poukładać. Nie mogłam wymyślić. To przerosło mój logiczny niegdyś umysł.

Pisałam już nie raz o tym jak wielkim darem jest w moim życiu hawajski masaż świątynny Lomi Lomi Nui. Ale ile bym nie napisała zawsze znajdę coś nowego, a miłość nie słabnie, wręcz przeciwnie…

Dziś nie o tym jak to się zaczęło bo to możecie poczytać tutaj. Dziś moje myśli biegną do mojej hawajskiej  nauczycielki Susan Pa’iniu Floyd.

Poznałam ją dużo wcześniej zanim ją poznałam… Jak to możliwe? A u Kawuli wszystko jest możliwe. Bo Kawula śni czasem sny i się z nimi nie kłóci.

A było to tak…

Po kursie „podstawowym” Lomi Lomi Nui u wspaniałych polskich nauczycieli Danuty i Jerzego Adamczyków, wiedziałam, że moja droga od teraz będzie inna, że starymi szlakami już nie ma co wędrować, że coś się we mnie zmieniło nieodwracalnie i jestem w tej zmianie zakochana, a zachwyt utrzymuje się do dziś…

Wiedziałam, że Lomi Lomi Nui jest drogą do samopoznania, rozwoju, transformacji. Dla mnie. I dla każdego kto poczuje. To nie jest jedynie słuszna ścieżka. To wspaniałe narzędzie jakich wiele, z których można skorzystać, posmakować, doświadczyć i wybrać czy jest nam razem dobrze. Mnie z Lomi było i jest bardzo po drodze. Z osoby, która nie lubiła być przytulana i czuła dyskomfort w czyichś ramionach, dziś samej mi trudno utrzymać ręce od siebie bo uwielbiam się masować, rozciągać, poszerzać przestrzeń w ciele ;-). A jeśli ktoś może mnie pomasować to nie przegapię ani jednej okazji!

Nie wyobrażałam sobie kiedyś jak to jest kogoś masować… a mimo to pojechałam na kurs masażu! Potrzeba była tak silna, głos intuicji wrzeszczał wręcz i nic nie było w stanie odciągnąć mnie od tego pomysłu (a przeciwności była cała masa!). I po 8 latach mogę powiedzieć, że nigdy nie jest dość bycia blisko z drugą osobą, że zawsze można być bliżej, że zawsze można dać jeszcze więcej, że zawsze można nauczyć się czegoś nowego o samym sobie.

Takim turbodoładowaniem w rozwoju są zawsze spotkania z moim własnym ciałem. Samopoznanie jest fascynujące, ale jakże może być inaczej, przecież jestem dla siebie najważniejszą osobą, więc obiekt zainteresowania jak najbardziej słuszny ;-). Prawda jest taka, że jeśli poznam swoje ciało, jeśli odkryję coś ważnego w sobie, jakość mojego masażu też się zmienia. Potrafię być „bliżej i bardziej”…

Ale miało być o Susan… Na przestrzeni kilku lat spotkałam się z nią 8 razy podczas warsztatów Lomi. Do dziś nie wiem jak udawało mi się zarobić na te wszystkie zjazdy, ale wiedziałam, że muszę, w końcu snów się nie ignoruje…

A było to tak…

Susan zjawiła się w moim śnie. Nie bardzo wiedziałam wcześniej jak wygląda. (Jak się później okazało, sen wiele nie odbiegał od rzeczywistości…). We śnie jechałam pociągiem na spotkanie z Susan. Dotarłam na warsztaty. Mnóstwo ludzi… Zaczynamy zajęcia. Susan zaprasza nas co rano do wielkiej sali, gdzie każdy skupia się na swoim ciele podczas sesji automasażu. Sam na sam z własnymi napięciami. Sam na sam z własnym ciałem. Oddech. Uwalnianie. Oddech. Cisza. Oddech. Emocje. Oddech. Przestrzeń. Pamiętam, że zakochałam się w automasażu momentalnie. Ale byłam jedną z nielicznych… I z dnia na dzień coraz mniej osób pojawiało się na porannych sesjach. Aż Susan stwierdziła, że nie ma z kim więcej pracować bo mało kto jest zdeterminowany na tyle, żeby znaleźć w automasażu niezwykłą moc. Pożegnała się ze wszystkimi, spakowała i ruszyła na pociąg ;-). Nie mogłam uwierzyć w to, że odchodzi. Pobiegłam za nią krzycząc: Susan, proszę, zostań, ja tak kocham automasaż! (Chyba nawet krzyczałam przez sen…). Odwróciła się bardzo powoli… Podeszła do mnie spokojnym krokiem, miałam wrażenie, że jej długie białe włosy świecą. Zmrużyłam oczy… Poczułam jej ciepłe dłonie na moich ramionach i usłyszałam: Masz w sobie ziarno Lomi, będę Cię uczyć.

Obudziłam się zanim poznałam jakiekolwiek szczegóły.

Trzy miesiące później Susan faktycznie mnie uczyła i tym razem w realu. Nie spodziewałam się, że będę miała możliwość stanąć u jej boku i masować z nią w parze. Mój partner w masażu akurat źle się poczuł i było bardzo prawdopodobne, że najbliższe 3 godziny spędzę sama, początkująca, pogubiona i niepewna… I nagle obok mnie wyrosła Susan. Uśmiechnęła się. Ja przełknęłam ślinę i spanikowałam. O MATKO, przecież ja nic nie umiem! Ratunku!!! Boję się!

A potem…. Zaczęłyśmy razem masować.

A potem była cisza. Spokój. Oddech. Połączenie. Wymiana.

Pierwsze ruchy wykonywałam nerwowo i strasznie się przejmowałam co ta Susan musi o mnie myśleć i jakie niedoskonałości techniki we mnie wyczuwać i że w ogóle to beznadziejna jestem…

A potem… Spojrzałam na Susan. Miała zamknięte oczy. Ona robiła swoje. Po prostu. W skupieniu. Z miłością. Z uśmiechem na ustach. Oddychała. Podśpiewywała. Poszurała się z taką gracją. I wtedy zrozumiałam…

Zamknęłam oczy i popłynęłam razem z nią. Zaprosiła mnie do pięknego tańca, głupotą byłoby zignorować to zaproszenie. Dałam się poprowadzić czemuś większemu i nie miałam nic przeciwko. Od czasu do czasu nasze ręce się spotykały, a ja miałam wrażenie, że moje wewnętrzne lomi nasionko porusza się podekscytowane i zaczyna wypuszczać pierwszy kiełek, a z każdym kolejnym dotykiem kiełek wzrastał w siłę.

Nie miała znaczenia technika, ani podpatrywanie nowych ruchów jakie robi Susan. Zupełnie nie o to chodziło… Poza tym Susan nigdy nie pokazywała żadnych magicznych masażowych trików, a początkowo myślałam, że potrzebuję przecież wiedzieć więcej i widzieć… Z czasem zaczęłam rozumieć i przyjmować spotkania z nią nie logiką, a sercem.

W dotyku działo się najwięcej. W mowie ciała największe księgi świata zapisane. Więc patrzyłam na Susan. Podziwiałam jej ruchy. Oddychałam jej oddechem. Ustawiałam stopy tak jak ona ustawia. Poruszałam mięśniami odkrywając ich niezwykłą moc. Cała postawa Susan była wielką nauką. Im mniej mówiła, tym więcej mogłam się od niej nauczyć.

Do dziś, kiedy pojawiają się gorsze dni, kiedy czasem brakuje siły, albo staję przed nowymi wyzwaniami w masażu, zamykam oczy i widzę ją… I już wiem co zrobić, wiem w którą stronę poruszyć dłonią, wiem jak rozbujać biodra, wiem jak głęboki oddech wziąć, wiem kiedy się zatrzymać i być tylko w jednym tyni kawałku mięśnia…

Na przestrzeni lat moje lomi nasionko wydało obfite plony i ciągle pojawiają się nowe. Czasem mam wrażenie, że zakwitam w trakcie masażu, po same końcówki loków i staję się jedną, wielką uzdrawiającą rośliną, która przynosi i mnie i masowanej osobie wszystko, czego na danym moment potrzebujemy… A nasionko takie sprytne, że lubi podróżować i często wskakuje również w serca moich uczniów, z którymi dzielę się czymś więcej niż samą techniką ;-).

Tak. To była miłość od pierwszego lomi dotyku. Od pierwszego lomi oddechu. Od pierwszego lomi kroku.

 

[Obrazek na zamówienie Kawuli, w wykonaniu Karoliny ‚Ilustratiks’ Czerwińskiej]

Kocie łapy masują

Kocie łapy masują

Sześć lat temu, nawet w najśmielszych snach nie przypuszczałam, że wyląduję tu gdzie jestem, w pogodnym, kolorowym, twórczym miejscu, wykonująca pracę, która stała się pasją, która przemienia mnie i ludzi, którzy do mnie przychodzą. Dziś sama nie wiem kiedy i gdzie to wszystko się zaczęło… Proces dochodzenia do siebie, odkrywania wewnętrznej prawdy, przemiany z szarej istoty, w pięknego motyla.

A było to tak…
Moje życie sprzed pierwszym kontaktem z masażem Lomi Lomi Nui, mogę śmiało porównać do stereotypowej emerytury. Tendencja ewidentnie spadkowa, zatracanie smaków, barw, słuchu. Ciepłe kapcie i bezruch. Do tego moje ciało fizyczne przechodziło katusze, bolał mnie każdy centymetr, lekarze nie wiedzieli co mi dolega, a w wieku 25 lat brałam już trzy różne tabletki na nadciśnienie i jedną na serce… Byłam chodzącym wrakiem tuż przed kasacją. I jak to bywa we Wszechświecie, pojawia się pomoc w odpowiednim momencie. Dzięki przypadkowo-nieprzypadkowemu spotkaniu, trafiłam do masażysty Lomi Lomi. Racjonalna, poukładana Agnieszka, miała już dość samej siebie, bólu, tabletek i mądrych głów w białych kitlach. Zwróciła się w kierunku czegoś innego. Bardzo potrzebowałam ukojenia, a znane mi środki łagodzące nie pomagały. I tak stary dobry Internet przyszedł z pomocą… Poczułam, że ta metoda pacy z ciałem może zadziałać. Nie spodziewałam się takiego skoku!
Masaż wywrócił do góry nogami mój skostniały i bez wyrazu świat. W trakcie, miałam wrażenie, że się przepoczwarzam. Z masy bezkształtnej i szarej wydobywało się na świat coś pięknego. Jakby masażysta ściągał ze mnie dłońmi starą skórę i pomagał w ponownych narodzinach. Towarzyszył temu ból mięśni, różne stany emocjonalne, fala starych wspomnień. Nigdy mój racjonalny świat nie doświadczył ogromu piękna i niewytłumaczalności tego, co się działo…
Dziwnie przyjemną wydawała mi się też myśl, że oto całkowicie oddałam się w czyjeś ręce. Nie bez oporów rzecz jasna i nie od razu pojawiła się świadomość, że ktoś się mną opiekuje, troszczy tak po prostu. Bez oczekiwań, daje z siebie to, co potrafi i może. Przez kilka sekund czułam ulgę, że nic nie muszę. Nikt ode mnie niczego nie chciał, nikim nie musiałam się zajmować. Nareszcie ukojenie! Poczułam, że to taniec pełen pasji i miłości, do siebie samej, drugiej osoby do mnie, tak po prostu bez ocen, nakładek i filtrów. Ktoś dzielił się tym, co miał, a ja pierwszy raz poczułam prawdziwą, bezinteresowną miłość, która zapoczątkowała proces zmian.
Moje życie będzie dzieliło na to przed masażem i po. Zobaczyłam, że można cieszyć się swoim ciałem, że można czuć się pięknie, bez kompleksów, wolna (choć przez chwilę, ale to wszystko czułam). Tuż po wyjściu z gabinetu, na każdym kroku zaskakiwała mnie intensywność doznań i choć dość szybko ona się ulotniła to jednak doświadczyłam stanu innego niż szarość i bezsens. Pamiętam, że po raz pierwszy zadałam sobie sprawę z tego, że świat ma kolory, a nie tylko jeden szary… Przez chwilę, ale jednak… poczułam coś idealnego i pamiętam, że wtedy postanowiłam sobie, że będę dążyła do tego by zdarzało się częściej, ale o zwykłej porze, w zwykłe dni, a nie tylko od święta. Wymagało to ogromnej pracy, determinacji, potu, upadków, ale w końcu się udało, a Lomi Lomi było tego pięknym i wyzwalającym początkiem.
 
Najtrudniejszy pierwszy krok
Pamiętam, że zapytałam mojego masażystę, co mogę zrobić, żeby ludzie po kontakcie ze mną czuli się jak ja po lomi? Powiedział: – Jak to co, musisz iść na kurs i zacząć masować. Przyjęłam to wtedy jako dobry żart! Broniłam się przed tym pomysłem pół roku. Ciężko mi było wyobrazić sobie siebie masującą, dotykającą obcych ciał. Przecież jestem dziennikarzem, człowiekiem słowa większość czasu spędzającym przed komputerem albo na rozmowach z ludźmi. Nie, to nie dla mnie. Coś jednak nie dawało mi spokoju, jakby „ziarno Lomi” wskoczyło do mojego brzucha i rosło z miesiąca na miesiąc, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Kiedy stało się już sporą rośliną, nie sposób było ignorować głosu, który wręcz nakazywał zrobić coś ze swoim życiem. I tak znalazłam cudownych nauczycieli Lomi Lomi Nui, Danutę i Jerzego Adamczyków, którzy zatroszczyli się o mnie jak o własne dziecko, nakarmili miłością i wypuścili w świat bym leciała wolno. Choć od mojego szkolenia mięło sporo czasu, do dziś mamy z sobą połączenie, to wyjątkowa relacja, która zostaje w sercu na całe życie.
Pamiętam, że nie miałam ani grosza na kurs, ale już bardzo chciałam w nim uczestniczyć. A wiemy jak to jest, kiedy mówi się Wszechświatowi TAK. Zakręcił rogiem obfitości i w ciągu dwóch tygodni wpłynęła na moje konto dokładnie taka suma pieniędzy jakiej potrzebowałam! Zapłacono mi zaległości dziennikarskie za pierwszą książkę. Starczyło jeszcze na stół do masażu. Magia zaczęła pracować na moją korzyść. Wpadłam całą sobą w ten hawajski świat dotyku bezwarunkowej miłości i transformacji. Na tyle mono, że zrezygnowałam z regularnej pracy by dać szansę samej sobie, by iść inną ścieżką, już nie rozumu, a serca. Po półtora roku od pierwszego kursu, byłam już instruktorem masażu i dziś czerpię ogromną przyjemność z dzielenia się tym, co mi przekazali moi nauczyciele. Dwa razy w roku Polskę odwiedza Susan Pa’iniu Floyd z Hawajów i pod jej okiem można rozwijać się dalej. Spotkania z Susan też nie sposób opisać… Ona emanuje miłością, otula puchatą pierzynką, a kiedy kogoś dotknie podczas masażu czy przytulając serdecznie, ten automatycznie otrzymuje jakąś cząstkę jej umiejętności, bo po kursie już masuje zupełnie inaczej… 
O co tyle krzyku?
Słowo Lomi oznacza: ugniatać, uciskać, pracować nad wnętrzem i zewnętrzem, to w wolnym tłumaczeniu „dotyk miękkiej łapy zadowolonego kota”. Jest hawajskim słowem oznaczającym masaż. Kiedy powtórzymy dane hawajskie słowo, zwielokrotnia się jego moc i jakość. To tak jakby „masaż masaż”, czyli coś zdecydowanie więcej. Hawajskie Nui oznacza: jedyny w swoim rodzaju, ważny, szczególny. Tyle nazewnictwa. U Hawajczyków nic nie jest oczywiste, a słowa mają tyle znaczeń, jak prezent zapakowany w prezencie…
Pierwotnie masaż Lomi Lomi Nui praktykowany był w świątyniach hawajskich, wykonywany przez kahunów – mistrzów uzdrawiania, strzegących hawajskich mądrości. Osoba masowana kładła się na kamiennym ołtarzy, podgrzewanym pod spodu świętym ogniem. Sama ceremonia masażu była niezwykle uroczysta, podniosła, w akompaniamencie uzdrawiających pieśni i modlitw. Przygotowywała masowanego do nowego etapu życia. To jak swoista inicjacja. Lomi Lomi Nui oczyszcza ciało i umysł z tego, co zbędne, ciężkie, a w miejsce starego przynosi nową energię, siłę, gotowość do zmian.
Co ciekawe, nie każdy mógł doświadczyć tego kociego dotyku. Ten był zarezerwowany tylko dla ważnych osób w społeczeństwie. Bardzo często władcy przed podjęciem trudnych decyzji byli masowani przez wiele godzin, a nawet dni (zmieniali się jedynie tancerze). Tak długo, aż mieli czyste ciało i umysł. Wtedy byli gotowi wydać osąd najlepszy z możliwych.
Lomi Lomi idzie również w parze z filozofią huny, która opiera się na harmonii z całą przyrodą, łącznie ze wszystkimi ludźmi, miejscami czy rzeczami. Człowiek jest traktowany holistycznie. Zdrowie to nie tylko dobry stan fizyczny, ale również emocjonalny, bo jak mówi hawajskie powiedzenie: „Jak wewnątrz, tak i na zewnątrz”, a „Świat jest taki, jaki myślisz, że jest”. Jeśli emocje są chore, ciało również niemoże być zdrowe. Zadaniem masażu jest przywrócenie pacjentowi wewnętrznej równowagi, która gubi się w natłoku codziennych spraw. A co najważniejsze do wykonywania tego masażu nie ma przeciwwskazań, jedynym jest tylko białaczka. Trafiają do mnie osoby z naprawdę przeróżnymi schorzeniami, a nawet rakami. Pamiętam jedną kobietę, która przeszła operację kręgosłupa. Wycięto jej też mięsień, bo zamieszkał tam rak. Kilka kręgów było sztucznych, gdzieś mieściła się też metalowa wstawka. Pamiętam że popłakała się z radości, że chcę ją pomasować, bo wszyscy się boją ją nawet dotknąć, a ona potrzebowała ukojenia i dotyku, relaksu i czegoś innego, niż pamięć o chorobie.
 
Jak działa?
W trakcie masażu można doświadczyć głębokiego kontaktu z własnym ciałem, uczuciami i duszą. Jest to więc niezwykła, prawdziwie oczyszczająca i uzdrawiająca podróż. Dla każdej osoby może to być doświadczenie innego rodzaju. Bardzo często podczas masażu pacjentowi przychodzą do głowy nowe rozwiązania starych problemów, czuje przypływ siły i gotowość do zmian. Żegna się z tym, co jest mu w życiu zbędne, odprawia natrętne myśli, a w ich miejsce zaprasza spokój. Bywa też tak, że do głosu dochodzą emocje, które długo były tłumione. Następuje ich uwolnienie, czasem łagodne, innym razem gwałtowne jak hawajski wulkan. Cały masaż odbywa się w atmosferze miłości, akceptacji i święta.
Lomi Lomi to dla mnie masaż idealny. Łączy oczyszczenie ciała, duszy, umysłu. Traktuje ciało jako całość – podchodzi do niego  holistycznie. Z każdym kolejnym masażem zmniejsza się napięcie na karku, nogi stają się bardziej elastyczne, a umysł wycisza. Najpiękniejszy moment to kiedy po masażu patrzę na swoją twarz w lustrze i widzę błysk w oczach, odprężoną skórę i czuję się jakbym właśnie obudziła się z pięknego długiego snu. Snu który regeneruje, odżywia i uzdrawia. Jeśli tylko się na to otworzę. Polecam wszystkim niezależnie od wieku, stopnia zestresowania, nastroju i wiary w hula-huna-hokus-pokus.
Jedni odbierają Lomi Lomi Nui jako masaż wspaniale relaksujący, inni jako uzdrawiający, dający uwolnienie od zmartwień i stresu, jeszcze inni spotykają się z sobą prawdziwym. Tu nie ma miejsca na rutynę czy przewidywalność. Doświadczyłam na sobie niezliczoną ilość sesji Lomi Lomi, każda była inna, każda dotykała czegoś nowego we mnie i przynosiła przeróżne informacje o mnie.
Dla mnie jako masażystki i instruktorki każda sesja jest niezwykłym spotkaniem z drugim człowiekiem. To radość, miłość, cudowny taniec, medytacja i harmonia. Każde ciało jest święte, piękne i zasługuje na szacunek. Kiedy masuję liczy się tylko osoba, która leży na stole. Wszystkie sprawy, które mogą przeszkodzić w masażu zostawiam za sobą, w głowie pojawia się pustka, a w ciele chęć do podążania za każdym napięciem jakie napotkają na swojej drodze moje ręce. Nie ma dwóch takich samych sesji. Najpiękniejszym momentem jest ten tuż po masażu. Osoba schodzi ze stołu, ubiera się, pije wodę, dochodzi do siebie. Nie mogę się nadziwić i napatrzeć, bo oto siedzi przede mną ktoś z nową twarzą, łagodną, rozluźnioną, z pięknym błyskiem w oku. Dla mnie każda jedna osoba zaczyna świecić. I okazuje się, że klienci też to widzą. Cieszę się, że mogę być z nim w takich momentach. To dla nich ważne chwile, bo mogą doprowadzić do głębokiej przemiany.
Na Hawajach masaż nie jest niczym dziwnym. Jest naturalny jak odżywianie. W rodzinach każdy może masować każdego i jest do doskonały sposób by naprawiać i pogłębiać relacje. Spotkałam już osoby, które zjawiały się na moim kursie kursie tylko dlatego, że chciały masować swoje dzieci, czy partnerów, a nie zarobkowo. Pamiętam wzruszającą historię opowiedzianą na kursie instruktorskim przez Susan. Jej ojciec chorował na raka. Na kilka dni przez śmiercią poprosił swoje córki i żonę o Lomi Lomi. Trzy kobiety dzieliły się miłością z tym, którego kochały, jednocześnie żegnając się z nim w przepiękny sposób.
Bardzo ciężko jest opisać sam masaż. To tak jak opowiedzieć jak smakuje owoc mango, kiedy się go wcześniej nie jadło. Można to porównać do czegoś, ale nie odda esencji. Dopiero doświadczenie przynosi odpowiedzi.
W skrócie wygląda to mniej więcej tak: masażysta porusza się wokół stołu tanecznym krokiem, jego ruchy są płynne i łagodne. Masaży wykonywany jest dłońmi i przedramionami. Taniec służy rozluźnieniu ciała masażysty, integracji obu półkul mózgowych, a także poprawia elastyczności bioder i całego kręgosłupa. Pomaga osiągnąć jedność ciała z umysłem. Rytm kroków jest zgrany z biciem serca i oddechem. W trakcie pracy masażysta łagodnie porusza biodrami, budząc w sobie ogień przynoszący oczyszczenie ciała, plecy są wyprostowane, kolana ugięte, w dużym rozkroku, zaś bose stopy utrzymują kontakt z podłożem. Standardowo sesja trwa od półtorej godziny do dwóch godzin, choć zdarza się i dłużej. Wszystko zależy od potrzeby ciała. Czas przestaje istnieć, bo nie on tu jest najważniejszy. Moja najdłuższa sesja trwała cztery godziny…
Niezwykłe przemiany
Dopiero teraz, z perspektywy czasu widzę jak zmienił się mój styl i jakoś masażu. Im więcej pracy wykonałam nad sobą, tym więcej mogę przekazać klientom, tym głębiej wczuwam się w ich ciało. Zmieniam się ja, zmieniają się moi klienci (a nawet kraje w których masuję :-)). To ciągła wymiana i przygoda. Bo kurs Lomi Lomi to nie tylko mechaniczne uczenie się poszczególnych ruchów. To kilka dni bycia na starożytnych Hawajach, z wiedzą, która dotyka serca i przynosi zmiany, jeśli się na nie otworzyć. To poznawanie własnego ciała. To chłonięcie kultury, filozofii, Ducha Aloha, miłości, akceptacji. Nauka tańca hula i masażu żywiołami. To także poznawanie tradycji i rytuałów, które można włączyć do codziennej praktyki, by każdego dnia pamiętać o tym, co jest ważne. Siedem zasad huny staje się czymś, czym się żyje, a nie w co wierzy. I jest też cudowny automasaż, dzięki któremu każdy może sam sobie uwolnić napięcie z ciała, a także pogłębić wiedzę o sobie samym. Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia i teraz uczę go na swoich autorskich warsztatach. Czym jest? Można powiedzieć, że romansem ciała, podłogi i świadomości. Tu tym, który nas masuje jest podłoga, a także wszystko, to, co napotka ciało po drodze.
Pamiętam, że podczas mojego pierwszego kursu przez pierwsze trzy dni nienawidziłam serdecznie drewnianego parkietu! Wszystko mnie bolało, a tu jeszcze miałam za pomocą podłogi naciskać to, co właśnie było w moim ciele napięte. Szybko przeszłam do szczerej nienawiści mojego płaskiego wroga. Wyzywałam go od twardych, chłodnych, nieczułych i złośliwych! Zupełnie nie rozumiałam jak podłoga mogła mi pomóc, skoro miałam wrażenie, że kiedy się na niej kładę i się po niej powolutku „kulam”, napotykam same kamienie i kolce? Ale nie ona była winna, tylko moje napięte ciało… Przy każdym powolnym ruchu niemal słyszałam jęk zakończeń nerwowych, aż w pewnej chwili, tuż przed tym, jak chciałam wstać i obrazić się na dobre, zaczęłam głęboko oddychać. Odżyłam. Zrozumiałam, jak bardzo ta nikczemna podłoga może mi pomóc. Do dziś się przyjaźnimy.
Ta „zabawa” polega głównie na intuicyjnym podążaniu za tym, co nasze ciało chce zrobić. Rolowanie, kulanie się, naciskanie, podkładanie sobie różnych piłeczek pod plecy, naciąganie, rozciąganie – wszystko milimetr po milimetrze, z zamkniętymi oczami, z pełnym skupieniem na tym, co dzieje się wewnątrz ciała. I oddech! Głośny, uwalniający napięcie. Każdy ruch jest uważny, spokojny, na granicy bólu. Nie ma tu jednego przepisu na to, jak go wykonać. Po prostu trzeba się położyć na podłodze i zobaczyć co się wydarzy, czego ciało potrzebuje, i jaki wykonać ruch, żeby ulżyć miejscu, które jest napięte. Z czasem ta naprawdę niezwykła podróż prowadzi do niezwykłych odkryć. Dla każdego będą inne, jedyne co trzeba zrobić to dać sobie szansę i mieć otwartość na zmiany.
Bo kiedy już raz się decydujemy na skok w nieznane, już nic nie będzie takie samo…

PS Słów dopełnienie: Filmik i przemykający tu i ówdzie lomi-kot…