Zaznacz stronę
Lomi Lomi Nui szpiegowsko-rozpoznawczo

Lomi Lomi Nui szpiegowsko-rozpoznawczo

Najpierw czujesz zapach. Bardzo delikatnie otula Twoją aurę, przysiada na ramieniu, zaprasza kojącymi nutami do ciepłego pokoju. Siadasz na wygodnej sofie by uspokoić oddech, trochę ochłonąć i złapać pierwsze nitki zaufania do mnie. Mój uśmiech zachęca byś opowiedział tyle ile potrzebujesz opowiedzieć na teraz. Jak się czuje Twoje ciało? Co Cię do mnie sprowadza? Kiedy kończą się słowa zostajesz na chwilę sam. W ciszy zapalasz świeczkę, czeka na Ciebie w małej łupince kokosa. W płomień możesz wpleść dobre intencje i wszystkie wspierające Cię myśli. A potem kładziesz się na łóżku do masażu. Czujesz jak ciepło przyjemnie rozchodzi się po twoim brzuchu, oddychasz coraz spokojniej.

Wracam do pokoju, pytam czy jest Ci wygodnie i czy jesteś gotowy . Wraz z Twoim TAK, zabieram Cię w podróż do tych zakamarków Ciebie, które potrzebujesz usłyszeć, uwolnić od wspomnień, ukoić ból, wnieść trochę słońca i lekkości.

Towarzyszy Ci mój oddech. Szumi falami morza i przypomina Ci o Twoim własnym oddechu. Ciepło podgrzewanego stołu do masażu sprawia, że Twoje ciało się uśmiecha i łatwiej uwalnia troski z mięśni.

Milczymy. Bo to czas na Twoją wewnętrzną rozmowę z sobą, albo na bardzo głęboki relaks, może półsen, a może regenerującą drzemkę. Muzyka zabiera Cię w drogę i tylko Ty możesz się tam wybrać. Czujesz się bezpiecznie, komfortowo, spokojnie. Czasem się wzruszysz, czasem zaśmiejesz, ale zawsze pod koniec sesji błogość rozkłada na Twojej twarzy kolorowy leżak. Tak bardzo lubię ten widok… Przykryty, otulony, spokojnie oddychający znowu na chwilę zostajesz sam by nacieszyć się tym stanem, by powoli zejść ze stołu, wytrzeć ciało z pachnącego oleju, ubrać się i zauważyć pierwsze efekty zmiany, która tak naprawdę dopiero się zaczęła…

Siła przebicia jednego piórka

Siła przebicia jednego piórka

Obcięli jej skrzydła. Maczetą słów. Przypalili rany wrogim ogniem. By nie odrosły. Na straży postawili czarnego, rozpalonego złością smoka. Natychmiast zjadał najdrobniejszy przejaw wolności.

– Nie po to masz nogi, by latać.
– Gdzie startujesz z tymi swoimi pomysłami, przecież sama sobie nie poradzisz.
– Zejdź na ziemię, ogarnij się.
– Beze mnie jesteś nikim.

Słuchała. Kuliła się. Słowa wnikały w mięśnie. Układały się w nich warstwa po warstwie tworząc okazały kanion. Nikt nie chciał nim wędrować.

A blizny płakały. Do środka ciała. Płynęły równolegle z żyłami, które toczyły czarną, gęstą krew. Mało w niej było tlenu.

Kiedy tej, której obcięto skrzydła przychodzi do mnie, nie potrafi powiedzieć skąd znalazła siłę by umówić spotkanie. Nie pamięta też dokładnie gdzie się o mnie dowiedziała. W ogóle mało pamięta. Słabo śpi. Szybko się męczy. Nie, nic ją w zasadzie nie boli fizycznie. W ogóle mało czuje. Nie wie co lubi, a czego nie. Je bo musi, choć wolałaby już nic nie musieć. Nie wie tak do końca dlaczego przyszła. Już nie ma siły. Możliwe, że potrzebuje trochę poleżeć. Ale nie jest pewna…

W chwili kiedy kładzie się na ciepłym stole do masażu zaczyna płakać. Przeprasza mnie. Przecież już dawno zapomniała jak się płacze… Masuję. Ona szlocha. Masuję. Jej ciało drży. Masuję i mruczę. Bo czasem trzeba ciału zanucić by poczuło się bezpieczne i zaufało. Masuję. Ona płacze. Jej ciało drży. Mruczę i się wzruszam. W połowie masażu dostaję milczące pozwolenie wejścia na teren wyhodowanego wzdłuż kręgosłupa kanionu. Smok odleciał. Moje dłonie gładzą skały.

Nie, to nie jest historia wielkiego happy endu. To opowieść o rozpoczętej wędrówce, kobiety, która podjęła decyzję o wyruszeniu. Po nowe skrzydła. Przychodzi do mnie już od trzech miesięcy. Kanion kruszeje. Ona płacze trochę mniej. Czuje dużo więcej… Wczoraj na starej bliźnie wyrosło pierwsze pióro… Nikt go nie wyrwał. Smok nie wrócił.

Są takie sesje masażu, po których potrzebuję… Oddechu. Zrozumienia sytuacji. Przypomnienia sobie, że mimo wszystko to też jest okej. Czasem chciałabym pójść do kogoś na superwizję. Usiąść i opowiedzieć o tym, jak różnych emocji doświadczają moi klienci i że czasem kawałek dłużej niosę je z sobą, choć wiem, że nie są moje przecież. Siadam wtedy sama z sobą. Otwieram szeroko okna, chodzę po pokoju, sapię jak lokomotywa, robi mi się zimno, chodzę dalej, robi się jeszcze zimniej. Chłód trzęsie moim ciałem i zabiera to, co ma być zabrane. Wraca spokój. Bo przecież każdy z nas ma możliwość przypomnienia sobie, sięgnięcia po siłę z brzucha, przegonienia smoka i wyhodowania nowych skrzydeł…

Syrena na masażu


Przyszła do mnie w samym środku ulewy. Miała przemoczone buty i końcówki nogawek granatowych dżinsów. Deszcz bębnił o parapet. Przez chwilę myślałam, że to sąsiad wylewa coś przez okno.

– Nieźle się zaczyna… – powiedziała podając mi chłodną, drobną dłoń. – Chciałam odwołać, ale mój kark nie może już czekać…

Buty i skarpetki położyłam na grzejniku w przedpokoju. Niech chociaż trochę podeschną.

Jej paznokcie u stóp mieniły się turkusowym lakierem. Gdyby syreny miały stopy, wyglądałyby dokładnie tak, jak te jej. Jakby przed chwilą wyszła z głębin oceanu i właśnie pocałowało ją popołudniowe słońce.

– Nawet nie mogę popatrzeć na moje stopy bez bólu… – wyrwała mnie z zamyślenia. – A o swobodnym skręcaniu głowy mogę zapomnieć… Cholerna praca przy komputerze, chyba już czas ją zmienić… I chyba powinnam się więcej ruszać. Pewnie dlatego córka zrobiła mi ten prezent u pani. Ciągle narzekam na to samo. Aż sama nie mogę siebie słuchać.

– A jak się pani ciało czuje teraz?

– Szczerze? Jakbym już zużyła całe powietrze przewidziane na mnie i nie miała czym oddychać…

Gdy 15 minut później masuję jej plecy nie dziwi mnie to, co powiedziała wcześniej. Moje gorące dłonie niemal chłodziły się o metal jej twardych pleców. Długo nie mogłam znaleźć choćby najdrobniejszej szczeliny, przez które mogłoby się przecisnąć więcej życia.

Kiedy kończyłam masaż przy jej głowie i zabrałam się za szczękę, poczułam tę samą twardość i ten sam chłód metalu. Musiało boleć… Odruchowo poruszyłam na boki moją żuchwą… 12 lat temu była w podobnym stanie…

Wygładziłam jej włosy i wsunęłam dłonie pod potylicę. Przytrzymałam na kilkanaście sekund. Poczułam pulsowanie. Kobieta westchnęła z ulgą. Głęboko. Pierwszy raz usłyszałam jej oddech.

Tuż przed wyjściem z pokoju, zapalam pół listka białej szałwii. Niech się tli…

Po masażu podaję kobiecie wodę. Pije ją w milczeniu, z przymkniętymi powiekami. Można by odnieść wrażenie, że nigdy wcześniej niczego podobnego nie piła. Po kilku łykach ciszę ciepłego pokoju przerwał delikatny głos:

– Czuję się jakbym wypiła cztery mocne espresso! Gdybym mogła, wskoczyłabym teraz do wody i popłynęła przed siebie!

Cóż… Myślę, że lakier na jej paznokciach u stóp nie miałby nic przeciwko…

– Cieszę się, że nie odwołałam… – powiedziała tuż przed wyjściem, podając mi swoją ciepłą dłoń… – Tak bardzo się cieszę…

Niekończący się Dzień Matki

Niekończący się Dzień Matki

Dzień Matki już minął, a ja do dziś realizuję prezenty jakie „dzieci” podarowały swoim mamom. To dla mnie mocne doświadczenie. Przez dwa tygodnie masować dojrzałe, piękne ciała z tyloma różnymi opowieściami…  Wysłuchać mnóstwa historii. Otrzeć kilka łez. Przyjąć dużo uścisków. Pomilczeć i napić się wspólnie wody z cytryną. Być i nie musieć. Być i niczego od siebie nawzajem nie potrzebować. Być i dać, być i dostać. Być i czuć. Tak dużo czuć…

To ogromna dawka zaufania jaką mnie obdarzacie. Powierzacie mi te, które są dla Was bliskie i choć czasem trudno się Wam porozumieć, chcecie dla nich jak najlepiej. I dajecie im w prezencie czas tylko dla nich. Dla ich ciał. Dla ich serc. By ktoś się nimi zaopiekował…

Pamiętam dzień w którym po raz pierwszy pomasowałam moją mamę. Upalny czerwiec. 7 lat temu. Praktykowałam Lomi Lomi Nui dopiero dwa lata. Wcześniej jakoś żadnej z nas nie było po drodze. Mnie by ją pomasować. Jej by chcieć poznać to, czym się zajmuję. I całe szczęście. Bo miałam trochę czasu żeby się przygotować. Głównie w sercu żeby pojawiła się taka przestrzeń ponad starymi urazami, słowami wypowiedzianymi w gniewie, emocjami, które nie raz raniły obie strony. To, co otrzymałam w trakcie masażu wykracza poza… w zasadzie poza wszystko… Poczułam każdy napięty mięsień, każde drżenie, każde westchnienie ulgi. „Zobaczyłam” jak bardzo  mnie kochała wtedy, kiedy dawałam jej mocno w kość. „Zobaczyłam” jak bardzo się o mnie martwiła, co odbierałam jako atak, krytykę, że coś nie tak. „Zobaczyłam” jak bardzo chodziło nam o to samo i jak bardzo obie tego nie umiałyśmy sobie dać. To było poruszające doświadczenie zdjąć kilka warstw niepotrzebnych już stresów z ciała mojej mamy. I ten moment po masażu… Kiedy mama rozanielona całuje moje dłonie…

Ostatnia seria dnio-matkowych masaży dała mi dużo nowych doświadczeń. Ileż w ciałach mam zmartwień, o nas, o dzieci. Nie ważne w jakim jesteśmy wieku. One nadal dbają, nadal się martwią, nadal zgrywają czasem odważne i że niby się nie przejmują bo przecież my dorośli tacy, swoje życie mamy… I każda z nich okazuje to na swój sposób. Co wedle naszych oczekiwań jest „nie takie”… Na ich napiętych karkach gromadzą się nie tylko ich troski, ale też nasze. Ramiona uginają się często nie tylko od ich plecaków z przeszłością, ale też naszą… Na ich klatkach piersiowych kumulują się nie tylko ich własne rany, ale też te, zadane nam. I czasem gdzieś w tej plątaninie napięć, oczekiwań, obwiniań, żali gubi się drożne połączenie komunikacyjne między Tobą a nią… I czasem nie jest możliwa naprawa. Czasem jest już za późno. Ale jeśli jest choćby szansa. Choćby drżenie nadziei… Spróbuj…

One potrzebują też tego samego co Ty czy ja. Kochać i być kochanym. Czasem kogoś, kto przytuli i powie, że wszystko będzie dobrze, że nie ma się już o co droczyć. Kogoś, kto zaakceptuje sprawy takie jakie były, są i będą bez chęci ich zmieniania. Kogoś, kto zrozumie i powie, że wszystko jest w porządku. Kogoś, kto doceni i zwolni z obowiązków bycia perfekcyjnym. Kogoś, kto powie kocham Cię, takim, jaki jesteś…

Tak… Te ostatnie dwa tygodnie umocniły we mnie przekonanie jak wiele jedno przytulenie może zmienić, uwolnić, ukoić… Córki z matką. Syna z matką.

Zachęcam… Przytul swoją matkę… Znajdź tę przestrzeń, ten czas, ten moment. Przytul. Pogładź po dłoni. Po plecach. Dotknij. Tak po prostu. Ponad tymi wszystkimi sprawami, które Was od siebie odsunęły… Zachęcam. Bardzo…

 

fot. Paweł Wieczorek

Opowieść masażem pisana

Opowieść masażem pisana

Kiedy słyszę pytanie: Ale co to jest za masaż to Lomi Lomi Nui, powiedz coś więcej… No sprawa nie jest taka oczywista do wyjaśnienia, więc często odpowiadam, że to mówienie komuś jak smakuje mango bez zjedzenia mango. O pewnych sprawach się nie teoretyzuje, ich się doświadcza. A Lomi Lomi Nui… Cóż… Dla każdego może być zupełnie innym przeżyciem.

A było to tak

Dziewięć temu, nawet w najśmielszych snach nie przypuszczałam, że wyląduję tu gdzie jestem, w pogodnym, kolorowym, twórczym miejscu, wykonująca pracę, która wydobywa zarówno ze mnie jak i z moich klientów prawdziwe piękno.

Moje życie sprzed pierwszego kontaktu z masażem Lomi Lomi Nui, mogę śmiało porównać do stereotypowej emerytury. Tendencja ewidentnie spadkowa, zatracanie smaków, barw, słuchu. Ciepłe kapcie i bezruch. Do tego moje ciało fizyczne przechodziło katusze, bolał mnie każdy centymetr, lekarze nie wiedzieli co mi dolega, a w wieku 25 lat brałam już leki na depresję oraz trzy różne tabletki na nadciśnienie i jedną na serce… [Mówiono, że do końca życia. Pomylili się, bo dziś nie łykam niczego oprócz miłości ;-)]. Byłam chodzącym wrakiem tuż przed kasacją. Racjonalna, poukładana Agnieszka, miała już dość samej siebie, bólu, tabletek i mądrych głów w białych kitlach. Bardzo potrzebowałam ukojenia, a tradycyjne  środki łagodzące nie pomagały. I jak to bywa we Wszechświecie, pojawia się pomoc w odpowiednim momencie. Dzięki przypadkowo-nieprzypadkowemu spotkaniu, trafiłam na hawajski masaż Lomi Lomi Nui.

I nic nie było już takie jak przedtem

Masaż wywrócił do góry nogami mój skostniały, bez wyrazu świat. Pamiętam tę pierwszą sesję jakby to było wczoraj, a przecież minęło już tyle lat. Mogę śmiało powiedzieć, że dałam sobie nowe życie. Gdybym stchórzyła, gdybym nie szukała pomocy dla siebie, oj kiepsko to widzę… W ciągu dwóch godzin odbyłam podróż do siebie, jakiej jeszcze nie znałam, a która czekała na zauważenie i uwolnienie. Przepoczwarzałam się w bólu i głębokim poruszeniu. Dotknęłam wewnętrznych kolorów i nie chciałam wracać do czarno-białego filmu.

Tuż po wyjściu z gabinetu, na każdym kroku zaskakiwała mnie intensywność doznań i choć dość szybko się ulotniła to jednak doświadczyłam stanu innego niż szarość i bezsens. Przez chwilę, ale jednak… poczułam coś idealnego i pamiętam, że wtedy obiecałam sobie, że będę dążyła do tego by zdarzało się częściej, ale o zwykłej porze, w zwykłe dni, a nie tylko od święta. Wymagało to ogromnej pracy, determinacji, potu, upadków, ale w końcu się udało, a Lomi Lomi było tego pięknym i wyzwalającym początkiem. Dziś sama masuję, uczę innych tej pięknej pracy z drugim człowiekiem, a jedną z moich większych nagród jest towarzyszenie klientom w podobnych przemianach, bycie milczącym i akceptującym świadkiem narodzin motylich skrzydeł.

No dobra, ale że o co chodzi?

Skoro już mam napisać coś więcej o moim mango, tym którzy go nie jedli to niech będzie… W trakcie masażu można doświadczyć głębokiego kontaktu z własnym ciałem, uczuciami i duszą. Lomi Lomi Nui zabiera w uzdrawiającą i oczyszczającą podróż do siebie samego, prawdziwego, spokojniejszego, zdrowszego. Bardzo często podczas masażu masowanemu przychodzą do głowy nowe rozwiązania starych problemów, czuje przypływ siły i gotowość do wprowadzenia w życie niezbędnych zmian. Żegna się z tym, co jest mu już niepotrzebne, odprawia natrętne myśli, a w ich miejsce zaprasza spokój, harmonię, wewnętrzny uśmiech. Bywa też tak, że do głosu dochodzą emocje, które długo były tłumione. Następuje ich uwolnienie, czasem łagodne, innym razem gwałtowne jak hawajski wulkan. A to wszystko w atmosferze miłości, akceptacji i święta.

Jedni odbierają Lomi Lomi Nui jako masaż wspaniale relaksujący, inni jako uzdrawiający, dający wytchnienie  od zmartwień i stresu, jeszcze inni doznają głębszych wglądów wewnętrznych. Tu nie ma miejsca na rutynę czy przewidywalność. Ani dla masażysty, ani dla masowanego. To niekończąca się podróż. W dniu, w którym przestanie mnie ona fascynować, wysiądę z tego hawajskiego pociągu. Na razie jadę dalej.

Na Hawajach masaż nie jest niczym dziwnym. Jest naturalny jak odżywianie. Członkowie rodziny masują się nawzajem. Jest do doskonały sposób by naprawiać i pogłębiać relacje. Spotkałam już osoby, które zjawiały się u mnie na kursie tylko dlatego, że chciały masować swoje dzieci, czy partnerów.

Dla mnie Lomi jest zdejmowaniem pamięci ciała. Warstwa po warstwie. Cierpliwie. Ze spokojem. Miłością. Skupieniem. Dotykaniem ciała czystą świadomością, która rozpuszcza wszelkie blokady. To tworzenie idealnej przestrzeni, w której można spotkać wszystko czego się na dany moment potrzebuje.  I nie, Lomi nie jest lekiem na całe zło i drogą do oświecenia i życia pełnego tęcz i jednorożców. Moja rola polega na zrobieniu masażu, reszta zależy od klienta. To tak jakby miał na chwilę zresetowane stare schematy i dostał szansę rozpoczęcia czegoś od nowa. Czy wykorzysta, czy weźmie, czy powie sobie samemu TAK? To już nie moje zadanie…

Więcej niż masaż, życie po prostu

Jest wiele wspaniałych narzędzi i dróg które prowadzą do tego samego. Ja ukochałam sobie akurat Lomi i jest to miłość odwzajemniona. A była to fascynacja od pierwszego Lomi dotyku. Wszystko to czego nauczyłam się podczas kursu od dawna przestało być dla mnie teorią. Dziś jest rzeczywistością i prawdą, którą żyję. Bo nauka Lomi to nie tylko mechaniczne uczenie się poszczególnych ruchów. To poznawanie własnego ciała. To chłonięcie hawajskiej kultury, filozofii, Ducha Aloha, miłości, akceptacji, to także poznawanie tradycji i rytuałów, które można włączyć do codziennej praktyki, by każdego dnia pamiętać o tym, co ważne. Siedem zasad huny staje się czymś, czym się żyje, a nie w co wierzy i ślepo powtarza. I jest też cudowny automasaż, dzięki któremu zabieram samą siebie w wewnętrzną podróż nie tylko po napięciach ciała ale i umysłu. Podróż z której wracam lżejsza, bardziej zrelaksowana i spokojniejsza.

Lomi Lomi Nui to dla mnie masaż idealny. Łączy oczyszczenie ciała, duszy, umysłu. Z każdym kolejnym masażem zmniejsza się napięcie w ciele, a umysł zaczyna wyciszać dopuszczając do głosu intuicję i naszą prawdziwą naturę. Polecam wszystkim niezależnie od wieku, stopnia zestresowania, nastroju i wiary w hula-huna-hokus-pokus-czary-mary.

Więcej niż kurs masażu

Więcej niż kurs masażu

 

Szukasz czegoś nowego, inspirującego, przynoszącego rozwój i piękno zarówno dla Ciebie jak i Twoich najbliższych, kurs hawajskiego masażu Lomi Lomi Nui może być dla Ciebie. Tu nie ma ocen, krytyki, wytykania błędów. Sposób nauczania masażu Lomi Lomi jest prowadzony w duchu ALOHA, gdzie nie ma osądzania tego co robimy w kategoriach „dobre” i „złe”, a bardzo dużą wagę nadaje się własnej intuicji i miłości.

Tej uzdrawiającej pracy z ciałem może nauczyć się każdy, wystarczy, że powie TAK. Zatem jeśli jesteś gotowy na wyprawę w nieznane hawajskie krainy, zapraszam! Po kursie nie musisz wcale pracować jako masażysta, możesz dzielić się tym cudownym dotykiem z rodziną i najbliższymi.

Podczas warsztatu poznasz:

masaż Lomi Lomi Nui

Masaż to nie tylko sama technika. To także odpowiednia koncentracja, uwaga, skupienie pełne miłości i oddania dla klienta. Dzięki masażowi doskonalisz swoją wrażliwość i intuicję, jesteś tu i teraz, pełen radości i uważności przekazujesz miłość, spokój swoim klientom. Lomi Lomi Nui to także świadomy, głęboki i energetyzujący oddech.

automasaż

Pozwoli Ci rozpoznać i uwolnić własne napięcia, dzięki czemu Twoja wewnętrzna energia będzie płynęła bez przeszkód. Poznając swoje ciało, jego blokady i napięcia uczysz się rozpoznawać jego potrzeby. Automasaż pozwala przywrócić i równowagę w ciele. Ucząc się swojego ciała, łatwiej wczujesz się w potrzeby klienta klientowi.

podstawowe zasady huny, hawajskiej filozofii życia

Poznając te zasady uczysz się zaufania do siebie, rozpoznawania swoich przekonań, kształtowania własnej przyszłości. A nade wszystko odkrywasz, że to Ty sam jesteś odpowiedzialny za nasze życie.

Na kursie Lomi Lomi Nui spotykasz się przede wszystkim z samym sobą i odbywasz podróż do prawdziwego siebie. Otrzymujesz narzędzie dzięki którym Twoje życie stanie się radośniejsze, bardziej soczyste, a ciało lżejsze i wolne od ograniczających blokad.

INFORMACJE:

Bardzo cenię sobie pracę indywidualną albo w małych grupach. Kurs trwa 5 intensywnych dni, po 7 godzin dziennie. Po szkoleniu, gwarantuję, że możesz z powodzeniem masować już swoich pierwszych klientów, a Twoje życie zacznie się zmieniać (jeśli tylko nie będziesz stawiał oporu ;-)).

Całkowity koszt kursu: 3,5 tys. (konieczne wcześniejsze zapisy min 3 tyg przed terminem).

Prowadzę także lomi doszkalania, dzień pracy indywidualnej z Kawulą, fascynatką tej hawajskiej pracy z ciałem to inwestycja 600 zł

Zapraszam do Kawuli, do Gdyni!