Zaznacz stronę
Dobrze poruszona

Dobrze poruszona

Kiepska ze mnie patriotka i w zasadzie trudno w ogóle mnie takową nazwać, ale chyba coś we mnie siedzi głęboko. Jakaś dziwna miłość nie tyle do kraju co do miasta, które odwzajemnia moje uczucia. Gdynia to moje miasto. Gdynia to miejsce gdzie oddycham głębiej. Gdynia to moja baza. Mogłabym z radością przechadzać się ulicami miasta z szalikiem I love Gdynia! Nie potrafię wytłumaczyć tej miłości. To jakby miasto samo mnie wybrało i nawet jeśli pogna mnie w inną część świata zawsze będę o Gdyni myślała jako o jednym z tych miejsc na ziemi, które robi ciepło w sercu. Pamiętam, kiedy pierwszy raz zobaczyłam morze. Mój zachwyt i radość zabrały mi słowa. Pamiętam, że miałam 15 lat, właśnie skończyłam podstawówkę i byłam na wakacjach z moją ciocią, która w ramach niespodzianki i nagrody za dobre oceny wybrała właśnie Gdynię na wspólne lenistwo. Pamiętam też, że właśnie wtedy powiedziałam sobie, że chcę tu mieszkać i cztery lata później wylądowałam w Gdańsku na studiach. I zamieszkałam w Gdyni.

Uwielbiam te szerokie ulice, brak tłoku (nawet kiedy Open’er Festival da się przeżyć, ledwo bo ledwo, ale się da), otwartą przestrzeń i ten zew świeżości, otwartości. Nie znam się na polityce i szerokim łukiem omijam, ale jakieś ciepłe uczucia we mnie się budzą na myśl o prezydencie Szczurku. No może na misia bym go nie witała, ale na pewno z radością bym do człowieka podeszła. I kiedy tak ostatnimi czasy z lekka osiadłam na tyłku, marazm mnie oblepił jakiś bliżej nieokreślony, ruszyłam w objęcia miasta w poszukiwaniu inspiracji. Nie do lasu, gdzie towarzyszami piękne buki. Nie, ludzi mi trzeba było, plakatów, chodników, trolejbusów, kogoś zmierzającego gdzieś, przypadkowych rozmów, no tak po prostu pogaduszek z miastem byłam spragniona. A miasto jakby wyczuło mój nastrój, od razu zaczęło szeptać co między blokami piszczy. Wystarczyło tylko spojrzeć w innym kierunku, zamiast patrzeć pod stopy i liczyć płytki chodnikowe, zadrzeć głowę wyżej, zaczepić wzrokiem balkony, witryny sklepowe, bilbordy…
I oto jest! Miasto przemówiło głośno i wyraźnie! Gdyńskie Poruszenie! Miasto zaprosiło mnie entuzjastycznie by wyjść z domu, by ruszyć tyłek i zrobić coś innego, by do ludzi pójść, by z nimi coś razem zrobić, by trochę się spocić, by nakarmić ciało porcją zdrowych endorfin. A że ze mnie człek ciekawy to postanowiłam skorzystać z zaproszenia mego miasta. Straty zerowe, bo poruszenie darmowe. Zyski nad wyraz smakowite bo faktycznie endorfin przybywa z minuty na minutę, a minut sześćdziesiąt, więc cóż za uczta!
Bilbordy przemówiły, zaprosiły, wygoniły z zimnego mieszkania najpierw na darmowe zajęcia jogi, następnego dnia na Nordic Walking, trzeciego na tai chi, czwartego dnia biegi sobie odpuściłam bo nie jestem fanką, a piątego też spasowałam bom nie jest seniorką jeszcze…
A miasto sobie sprytnie wymyśliło, że warto ludziska zmotywować, zintegrować, wytrącić z dłoni piloty do telewizorów, odkleić od witryn wystawowych, wyciągnąć z marazmu i ruszyć kości. Gdyńskie Poruszenie jest akcją zorganizowaną przez miasto dla jego mieszkańców. Cały tydzień w godzinach wieczornych odbywają się darmowe zajęcia rekreacyjne, które uwalniają całkiem fajną enerdżi szczęśliwości. Przetestowałam i jak tylko mam czas to eksploruję dalej. I żeby nie było wymówek, zajęcia są dla każdego, niezależnie od wieku, stopnia zaawansowania czy sprawności fizycznej. I choć początkowo tłum na sesji jogi mi z lekka przeszkadzał, to po chwili palnęłam się z liścia w nadąsane ego i zaczęłam wyciągać z tego, co dają ile się da.
No i jak tu nie kochać Gdyni? Dlatego wirtualnego misia ślę do władz miasta bo tym razem im się należy, nawet tym paniom co to nie raz burknęły na mnie zza okienka. A co tam, dziś rozdaję bo jakoś tak po tej jodze mi radośnie!
A wnioski są takie z tego tu oto mego pisania, że jak się chce to naprawdę można znaleźć i nie trzeba na to wydawać pieniędzy nic a nic, wręcz przeciwnie inni sami dają. Wystarczy wyjść z mieszkania, ruszyć kości, popatrzeć w innym kierunku, pomyśleć ciut inaczej niż zazwyczaj. I nagle okazuje się, że obok stoi ktoś, kto patrzy w tę samą stronę, kto też właśnie wylazł z domu i ma ochotę zrobić coś dla odmiany inaczej. I patrzy i widzi ciebie. I choć nie gadacie to idziecie w tym samym kierunku, lądujecie na tych samych zajęciach i uwalniacie do systemu endorfiny.
Możliwości jest bez liku, pytanie czy je zauważysz, czy może miniesz obojętnie zaślepiony rutyną swojego życia?

120 sekund

120 sekund

W ciągu przeszło sześciu lat pracy z drugim człowiekiem czy to jako masażystka Lomi Lomi czy to jako prowadząca różnego rodzaju warsztaty rozwojowe słyszałam niezliczoną ilość razy: nie dbam o siebie, zawsze inni są ważniejsi ode mnie, nie lubię siebie, mam siebie dość, nie akceptuję tego kim jestem, nie mam dla siebie czasu, mam za dużo na głowie, nie lubię swojego życie, nie umiem być sama, nie wiem co lubię, nie wiem czego chcę, nie zasługuję, nie potrafię, mam dość… Słyszałam tyle różnych form niezadowolenia z samego siebie, wymówek by czegoś dla siebie nie robić, żalu do samego siebie. Widziałam wiele łez opłakujących pochowane marzenia i pasje, bezradnie rozkładanych rąk bojących się złapać życie w ramiona. Słyszałam tysiące słów pełnych autoagresji i wiecznego niezadowolenia z samego siebie.

Zadaję często moim klientom pytania typu: kiedy zrobiłeś ostatnio coś dla siebie? Kiedy naprawdę wsłuchałeś się w odgłos lasu? Kiedy położyłeś się beztrosko na trawie? Kiedy pozwoliłeś by deszcz po prostu na ciebie padał? Kiedy pomyślałeś tylko o sobie? Kiedy naprawdę poczułeś zapach rodzącego się dnia? Kiedy ostatnio zrobiłeś coś co cię naprawdę cieszy? Kiedy tańczyłeś? Kiedy śpiewałeś? Kiedy obserwowałeś jak chmury płyną po niebie? Kiedy słuchałeś śpiewu ptaków? I choć nie oczekuję odpowiedzi to najczęściej słyszę obronne wymówki, dużo wymówek, wykrętów, zasłaniania się życiem ciężkim, obowiązkami, kłodami rzucanymi pod nogi, przeciwnościami losu, niemożliwością taką i owaką, pogodą, sąsiadem, rodziną, chorobą, zdrowiem, klimatem, szerokością geograficzną i o matko z ojcem mnóstwo kreatywnych wykrętów by tylko czegoś dla siebie nie zrobić, by zapomnieć o sobie totalnie, by wieść egzystencję jałową równie jak organizm po kuracji antybiotykowej.

Nie jesteś robotem! Przestań się zachowywać jakbyś nim był!
Często właśnie po sesji masażu moi klienci po raz pierwszy uświadamiają sobie, że właśnie zrobili coś dla siebie, że przez przeszło dwie godziny nie patrzyli na wyświetlacz telefonu komórkowego, że na chwilę zapomnieli o ciężarach jakie wrzucili sobie na barki, że dopiero teraz czują jak bardzo byli zestresowani i napięci. I płyną łzy. Duże kule toczą się po brodach damskich i męskich. Zawsze są tak samo oczyszczające i przynoszące ulgę. Ale zanim  ci ludzie przyszli do mnie musiało upłynąć dużo czasu, często spotkanie było przekładane z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Jedna klientka powiedziała mi, że przez rok wisiałam u niej na lodówce zanim w końcu powiedziała DOŚĆ, że już czas coś dla siebie zrobić. Tak rzadko przychodzi ktoś dla czystej przyjemności. Musi się coś w życiu wydarzyć, wyrosnąć jakaś niewyobrażalnie mocna ściana i dopiero wtedy wołają o ratunek… A można przecież inaczej…
Każdy jest odpowiedzialny za swoje życie. Też tam byłam… Pamiętam jak to jest pomijać samego siebie i właśnie dlatego jestem jedynie niemym świadkiem czyjejś przemiany, bo ona przychodzi w odpowiednim momencie. Jak już się umęczysz, urobisz, utaplasz. Jak już będziesz miał cały świat na swoich barkach tak, że ci zacznie pękać kręgosłup. Jak już nerwy zaczną zjadać twoje organy wewnętrzne trującymi myślami. Jak już nie będziesz miał sił by w sobotni ranek wstać. Jak już twoja twarz poszarzeje bo już dawno nie gościło na niej światło radości. Właśnie najczęściej wtedy przychodzisz do mnie na masaż, jedziesz do lasu, idziesz w cholerę przed siebie, zapisujesz się na zajęcia jogi i podejmujesz jakieś kroki by coś z tym wszystkim zrobić. Tylko dlaczego zwlekasz tak długo? Ach tak, bo te wymówki… Ale już wiesz, że tak dłużej nie można prawda? Bo ten kręgosłup pęka, bo znowu masz ból głowy, bo ciało ci dokucza, bo źle sypiasz, bo żołądek kurczy ci się na samą myśl o pracy. Więc wiesz, że czas coś dla siebie zrobić, tylko nie wiesz od czego zacząć, ba… Ty nawet nie wiesz tak naprawdę co to znaczy dbać o siebie. Trochę przeczytałeś w gazetach, książkach, trochę się słyszało tu i ówdzie, bo temat modny, bo gada się o tym to i owo. Ale co to znaczy dbać o siebie? Co to znaczy kochać siebie? Co to znaczy żyć? I czy możliwe jest wyjście z tego całego bagna w jakie się przez tyle lat wpakowywałeś głębiej i głębiej?
TAK. Można. Da się. TAK.
Nie potrzeba wiele. Naprawdę sam fakt, że sobie uświadomiłeś, że twoje życie nie jest zbyt harmonijne to już ogromny krok! Miłość do siebie samego może przejawiać się na tyle różnych sposobów! Zamiast mówić, że kiedyś pójdziesz potańczyć po prostu włącz muzykę i zacznij tańczyć. Zamiast obiecywać sobie, że kiedyś pojedziesz nad morze, wsiądź w pociąg i jedź. Kiedy czujesz, że twojemu ciału potrzeba ruchu, wstań od stołu, rozciągnij się, zrób kilka skłonów, weź głębokie oddechy, wyciągnij ręce wysoko w górę, podskocz kilka razy, zrób pajace, poruszaj głową na wszystkie strony, zrób parę przysiadów RUSZ SIĘ, nie musisz iść od razu na kurs jogi ani biec maratonu, twoje ciało samo ci powie czego mu potrzeba, tylko ZACZNIJ je zauważać w ciągu dnia, zacznij doceniać, że je masz, a nie wiecznie krytykować za to jakie jest. Nie potrzebujesz pieniędzy na drogie podróże by uciekać w odległe zakątki globu by tam przeżyć swoje odrodzenie. Miłość możesz sobie dać w tej chwili.
Zostaw na chwilę ważne sprawy swojej rzeczywistości, choćby na dwie minuty dziennie i… wypij dobrą kawę, zaparz sobie ziółka, weź kilka oddechów, spróbuj usłyszeć bicie swojego serca, przymknij powieki i daj odpocząć swoim oczom, zjedz ciastko, uśmiechnij się ot tak sobie, przeciągnij się, wyjrzyj za okno i obserwuj, przytul się do drzewa, weź piasek w dłonie i poczuj jego fakturę, powąchaj kwitnący kwiat bzu, włącz ulubiony kawałek muzyki, wypij kieliszek dobrego wina. To maleńkie sprawy, które robią ogromną różnicę… I z czasem dwie minuty z trudem wygospodarowane dla siebie zaczną się przedłużać i przedłużać, aż pewnego dnia stwierdzisz, że żyjesz tak jak tego pragniesz, że cieszy cię każda minuta, że wszystko to, co robisz jest przejawem miłości siebie do samego siebie.
Ale zacznij. Po prostu ZACZNIJ od dwóch minut dziennie.
Może tuż po przebudzeniu polenisz się świadomie te 120 sekund? A może tuż przed wyjściem do pracy? A może w samo południe bo to fajna godzina graniczna? Albo po dniu pracy? Albo przed wyjściem na zakupy? Albo po porannej toalecie? Albo przed pójściem spać? WYBIERZ swoje dwie minut i ZACZNIJ być w nich w pełni dla siebie. Daj sobie 120 sekund. Bądź dla siebie tak łaskawy i zobacz co się stanie. A kiedy tydzień wytrwasz, spróbuj w ciągu dnia dać sobie dwa razy po dwie minuty, a potem trzy razy, a potem cztery, a potem… Ale zacznij od dwóch minut. One są za darmo i dostępne od razu! To 120 sekund w których będziesz pamiętał tylko o sobie! Cały dzień myślisz o innych, nie ma cię, więc teraz uwaga, na dwie minuty WYŁANIASZ SIĘ i jesteś dla siebie cały! Na dwie minuty przypomnij sobie, że ISTNIEJESZ. Na dwie minuty zdejmij ze swoich pleców cały świat i odsapnij, poczuj lekkość bycia. Świat sam się o siebie zatroszczy, przekonaj się, tylko daj sobie szansę by to zrobić…
To tylko 120 sekund, co ci szkodzi spróbować?

Bo takie wybrałam życie

Bo takie wybrałam życie


Siedzę w ulubionej gdyńskiej kawiarni Lilis. Ostatnie promienie wrześniowego słońca ciekawsko zaglądają do środka przez wielkie okna. Zamykam oczy i chłonę atmosferę miejsca. Gwar rozmów, szum wielkiej lady z pysznymi ciastami, jeszcze większy szum ubijanej piany do cappuccino, śmiech, dźwięk odsuwanych co chwilę foteli, muzyka sącząca się z głośników, pisk dziecka, okrzyk: proszę odebrać ciasto marchewkowe i ice coffie creame, szum mojego laptopa, dźwięk trybików pracujących na wysokich obrotach w moim mózgu, pip pip pip otwieranej kasy, chrobotanie terminalu do kart drukującego potwierdzenie transakcji…

I choć nie przepadam za gwarem miasta, dziś siedzę w ulubionej kawiarni i akceptuję wszelkie odgłosy. Właśnie zamówiłam latte machiatto, sok ze świeżo wyciskanych pomarańczy i ciasto marchewkowe.
Tak sobie jestem w życiu moim własnym. Jestem w nim tak jak sobie wybrałam.

Sama nie wiem kiedy minęło 5 lat odkąd odeszłam z pracy. Zostawiłam za sobą wygodny etat, złudne poczucie bezpieczeństwa i zamknęłam na dobre stary rozdział życia. Białe kartki nowego etapu szybko zapisały się gęstym drukiem. Dziś przeglądam najnowsze zapiski. Niebywałe ile może się wydarzyć przez 5 lat! Ile zmian we mnie zaszło, ilu ludzi zdążyłam poznać, ilu się obraziło, ilu pomogło, a ilu odpuściło, ilu oszukało, ilu coś mi podarowało, a ilu lepiej mnie poznało, ilu zainspirowało, ilu zniechęcało, ilu pokochało i ilu przeszło obok mnie na ulicy bez echa. Mieni się mój kalejdoskop pięknymi barwami. Wir kolorów szaleje przed oczami. Czerwień radości życia tańczy z niebieską mocą wewnętrzną, zieleń miłości stepuje z różem lekkości, biel czystości myśli pląsa z fioletem przemian, czerń zaś w swoistym dance macabre pochłania szarość dnia codziennego.
Kolorowo mi. Wielowymiarowo. Niespokojnie. Zwyczajnie. Nieziemsko. Kobieco. Sprawczo. Tajemniczo. Pięknie. Twórczo. Wesoło. Czasem płaczliwie. Desperacko. Szalenie. Spokojnie. Do granic wytrzymałości. Intensywnie. Z oddechem i bez. Wielowątkowo. Gadatliwie. Milcząco. Towarzysko. Samotnie. Ileż słów mogłabym jeszcze wypisać by oddać stany w jakich się czasem znajduję! A każde z osobna nie odda tego, co czuję, może jedynie słowo WOLNOŚĆ jest najpełniejsze. Każdego dnia wybieram wolność do pracy, i od pracy, do przeżywania i trwania w obojętności, do śmiania się i smucenia, wolność do tworzenia i do marazmu, do cierpliwości i zniecierpliwienia, do buntu i do swobodnego bycia. Każdego dnia wybieram WOLNOŚĆ.
Jestem sobie sama szefem. Naprawdę różne stany przeżywam, ale żyję coraz pełniej i piękniej. Widzę i czuję coraz więcej. Klatka w której tkwiłam przez wiele lat, bez perspektyw, jasności i powietrza nagle rozpadła się ustępując miejsca niczym nieograniczonej przestrzeni realizacji marzeń. Cudownie jest móc rano zdecydować na co się ma dziś ochotę. Na pracę, czy na lenistwo. Jeśli wybiorę pracę, dzień mija w mgnieniu oka. Jeśli wybieram lenistwo sączy się nieśmiało i wytrawnie między godzinami bawiącymi się z płynącymi po niebie chmurami.

Żyję tak jak chcę żyć.I choć wszystkiego tego, co wypełnia moją rzeczywistość nie zaplanowałam, to właśnie tak miało być, tak miałam spędzać moje dni, właśnie tak, nie inaczej. To moje życie. Nie marzę o nim, żyję nim. Jeśli chcę iść na kurs salsy, idę. Jeśli mam ochotę jechać do innego miasta na kawę, jadę. Jeśli chcę iść na spacer, ruszam. Jeśli chcę spać, śpię. Jeśli chcę pisać, piszę. Jeśli chcę kogoś spotkać, spotykam. Jeśli chcę nic nie robić, po prostu jestem.

Tych godzin jakie wypełniają moje dni nie zaplanowałam. One pojawiły się same bo im na to pozwoliłam. Ale jedno jest stałą w moim życiu. Pasja życia. Coś co podnosi mnie za ręce nawet w najciemniejszą noc. Coś co napędza moje akumulatory. Coś co nie daje zasnąć dopóki nie dam jej uwagi. I nie mogę powiedzieć, że moją pasją jest pisanie, masowanie, prowadzenie warsztatów, praca z człowiekiem po prostu. Nie, to coś więcej. To moje życie. To integralna część mnie. To narracja, która sama się opowiada. Dopisują się kolejne strony, przewracam kartki na bieżąco, niczego nie skreślam, nie poprawiam do to zapis na żywca. Jeśli strzelę błąd nie traktuję go jako porażki. Nie trzeba go podkreślać na czerwono jak w wypracowaniu z języka polskiego i że jak będą trzy orty to sorry, oblałeś. Nie. Błędy tak naprawdę nie są błędami. To moje cegły, które budują mój wewnętrzny dom. To fundamenty, dzięki którym przetrwam. To podstawy, które mnie określają. Tak, każda tak zwana porażka jest niczym dodatkowe życie w grze komputerowej. Też mogę zacząć od nowa, też mogę wstać z kolan, też przybywa mi doświadczenia, też dostaję magiczne artefakty wspomagające rozwój mnie jako istoty. Dlatego, kiedy pojawiają się jakieś trudności, pomimo że ściska, wiem, że to mi potrzebne na ten moment, że w tej zabawie dostałam okazję przejścia na kolejny poziom gdzie nowa Agnieszka siedzi na pomoście i macha radośnie nogami, wolna, szczęśliwa, lżejsza o kilka lęków.

Czasami słyszę jak ktoś mówi: – Ale Ci zazdroszczę, robisz to co chcesz, możesz mieć urlop kiedy chcesz i jak długo masz ochotę, spotykasz tylu fajnych ludzi, Twoje życie jest takie fascynujące! – Cóż… No to prawda, ale nie ma czego zazdrościć. Wierzę, że każdy ma takie życie, jakie sobie wybiera. To, co mam teraz, jest sumą tysięcy drobnych kroczków, które zrobiłam przez moje 32 lata. Nic nie stało się ot tak sobie. Musiałam zakasać rękawy by przypomnieć sobie kim jestem i na co moja egzystencja. Musiało się wiele ran zagoić, tych, które sobie czasem samodzielnie zadawałam, zwłaszcza te… Musiałam totalnie zejść na dno by przy upadku potłuc się porządnie. Musiałam… A może nie musiałam? Nie wiem. Tak było, więc się nie kłócę. Wyciągam wnioski, uwalniam się z uprzęży starych schematów drażniących moją podświadomość.

Rano budzą mnie tęczowe refleksy na ścianach mojego mieszkania. Zanim wstanę obserwuję ich taniec. Jeszcze nie myślę, nie ma potrzeby. Potem wstaję, poranna toaleta, kilkuminutowa sesja oddechowa, lekkie śniadanie, kilka godzin pisania, albo masowania, albo spacerowania, albo spotkań, albo wyjazdy, albo oglądanie filmów. Nigdy nie wiem co wydarzy się tak do końca w moim dniu, ale nie robię w nim niczego nadzwyczajnego. Nie trzymam się też tego, że jeśli dziś kocham pisać czy masować to będę to robiła do końca mojego życia. Jestem otwarta na swoją duszę, a ona doskonale wie czego jej potrzeba by świecić, więc jej słucham. I na razie podobają mi się jej melodie, bo one doprowadziły mnie do życia jakim żyję.

Kawa już dawno mi się skończyła, po ciastku pozostało słodkie wspomnienie na języku i na talerzu. Resztą soku spłukuję mieszankę smaków i zamieniam się w pomarańczową wyspę spokojnie zmierzającą do celu, który sam sobie sterem i okrętem.

Detronizacja księżniczki

Dawno dawno temu księżniczka zaprojektowała sobie złotą klatkę. Pomyślała, że taka piękna, jasna, mocna, błyszcząca, drogocenna. Idealne miejsce do tego by schować w niej wszystkie kosztowności, by od czasu do czasu w niej się zmieścić cała, by w niej bawić się w księżniczkę z koroną na głowie, która idealnie komponowała się ze złocistymi prętami, złotymi poduszkami, złotymi wykończeniami. Od czasu do czasu ją otwierała, wychylałam z niej głowę i badała czy na zewnątrz jest bezpiecznie, czy tam też złoto się świeci i czy warto wychodzić do tego co tam. Nie wychodziła. Wolała obwąchane i znane złote pręty i to nic, że złota korona z lekka ciążyła na jej niezbyt dużej głowie. To nic, że ciasnawo, że mało wygodnie, ale przecież takie to wszystko znajome, lepiej zostać…

Dawno dawno temu księżniczka zaprojektowała sobie złotą klatkę. Okazała się zbyt ciasna. Zbyt mała. Zbyt ograniczona. Zbyt ciemna. Zbyt złota. Zbyt przewidywalna. Zbyt… Więc otworzyła złote drzwiczki, wychyliła najpierw głowę, a kiedy nic jej nie odcięło, ostrożnie wyszła na zewnątrz, centymetr po centymetrze. Ot i cała magia. Księżniczka zamknęła za sobą złote drzwiczki uprzednio wkładając do środka złotą koronę, która już nazbyt głowę obciążała. Wolna od dawnej złotej tożsamości ruszyła przed siebie nie oglądając się za siebie.
Dawno dawno temu księżniczka zaprojektowała sobie złotą klatkę, która była jej domem, schronem bezpieczeństwa, aż w końcu zrozumiała, że wolność pomyliła z niewolą. Zostawiła za sobą zdetronizowaną księżniczkę i jej złote włości, a sama przyodziała się w naturalne kolory, przyozdobiła zamglone oczy radością życia. Poszła w świat bez kompasu, mapy i ukrytych wskazówek, którędy wędrować. Kiedy na chwilę błądziła po nie swoich ścieżynkach jej wewnętrzny radar zaczynał świecić na czerwono. Zatrzymywała się wtedy, patrzyła na wolno lecące ptaki, na blask słońca, na sunące po niebie chmury. Czasem mijał ją po drodze przyjazny zwierz, czasem leśny strumyk szeptał swoje opowieści, czasem drzewa szumiały liśćmi i zdradzały pradawne tajemnice. I kiedy tak patrzyła, i kiedy tak słuchała, i kiedy tak była, nagle wiedziała gdzie postawić kolejny krok, w którą stronę skierować swoje stopy. I szła dalej, a radosne bicie serca potwierdzało trafność wybranej ścieżyny.

Dawno dawno temu księżniczka zaprojektowała sobie złotą klatkę. Dziś nowa kobieta nie pamięta już o swoim złotym sarkofagu, ani o tym, że kiedyś nosiła na głowie koronę, ani o tym, że kiedyś pomyliła wolność z niewolą. Dziś wędruje przed siebie w rytmie jaki wystukuje jej serce. A kiedy zmęczona przysiada nad brzegiem rzeki, przygląda się swojej twarzy, zagląda w swoje błękitne oczy i widzi jak bardzo się zmieniła i jak inna jest od księżniczki mieszkającej w złotej klatce, ze złotą koroną na głowie…
Lubię być fantastą

Lubię być fantastą

lubie-byc-fantasta-okladka

Zbiór 21 wywiadów przeprowadzonych z polskimi pisarzami zajmującymi się fantastyką w najróżniejszych odmianach – od fikcji filozoficzno-religijnej przez fantasy po science fiction i horror. Jakub Ćwiek, Eugeniusz Dębski, Rafał Dębski, Jarosław Grzędowicz, Jacek Lech Komuda, Maja Lidia Kossakowska, Konrad T. Lewandowski, Łukasz Orbitowski, Romuald Pawlak, Jacek Piekara, Andrzej Pilipiuk, Michał Protasiuk, Marcin Przybyłek, Piotr Rogoża, Jacek Sobota, Wojciech Szyda, Sebastian Uznański, Marcin Wroński, Milena Wójtowicz, Mieszko Zagańczyk i Andrzej Ziemiański opowiadają o swych literackich oraz życiowych fascynacjach i doświadczeniach, zdradzają też źródła swego pisarskiego natchnienia. Kreślą obraz fantastyki jako gatunku uniwersalnego, inspirującego i stymulującego nieskrępowaną wyobraźnię, a jednocześnie niespodziewanie bardzo realnego, traktującego o ludziach i ich problemach.

(Wydawnictwo Dolnośląskie 2009)