Zaznacz stronę
A kto wie czy za rogiem…

A kto wie czy za rogiem…

Zmiana. Słowo, które potrafi przyprawić o ból głowy, dreszcze, skurcze żołądka, niestrawności, bezsenność i kilka innych atrakcji. I wielu mówi o zmianie. I wielu nie robi zupełnie NIC żeby do niej doszło. Ani tyni tyni kroczku. Jedynie o niej mówi. Jedynie jej chce. Jedynie kreśli w wyobraźni wizje. I nie robi NIC by ruszyć, by zaciągnąć się powietrzem zmiany, by posmakować czym jest i jak dobrze mieć ją za kumpelę.
Zmiana. Zmusza do wyjścia z dziupli, do zweryfikowania swojej drogi, do przyjrzenia się życiu, które trwa. Porusza starymi konstrukcjami wybudowanymi w umyśle, w których straszą duchy przeszłości, a upiorne lęki sunące w obłokach myśli wyją: – nie rób nic, nie męcz się, po co ci to, odpuść sobie, dobrze jest jak jest, zostań tu gdzie jesteś.

Zmiana. Ostatnio przyjrzałam się jej z bliska. Zajrzałam w niebieskie oczy i spodobała mi się ta, która na mnie patrzyła. Nowa istota. Nowy człowiek. Nowa kobieta. Nowa ja. Byłam klasyczną ofiarą, to świat był sprawcą moich problemów, mojego cierpienia, mojego smutku. To inni. To oni. To tam. To gdzieś. Wszędzie, tylko nie w środku, we mnie. Ciało wyło z bólu a dusza cierpiała na wieczne zapalenie krtani i nic nie miała siły mówić, więc w cichości łykała truciznę jaką ją karmiłam i czekała. Byłam osobą z fobią społeczną, wycofaną, zestresowaną, schorowaną, smutną, szukającą sama nie wiedziałam czego. Jadłam śmieci. W głowie miałam śmieci. Otaczały mnie śmieci. Czułam się śmieciem. Dawałam się kopać w dupę, dawałam się wykorzystywać, dawałam się poniżać. Piłam alkohol. Miałam kochanków. Szukałam rozrywki. I z niczego nie czerpałam przyjemności. Byłam pusta. Głucha. Ślepa. Aż przyszła ona.
Zmiana. I zrobiła ze mnie nowego człowieka. Taka metamorfoza, jaką ogląda się z programach, gdzie kobiecie robi się fotkę przed i po i po to wiadomo, ach i och. We mnie wymieniło się wszystko. Mogłabym nawet zaryzykować zmiana dopadła mnie na poziomie emocjonalnym, komórkowym, osobowościowym, materialnym, życiowym. Każdym. Jakbym mając 32 lata nagle się urodziła tylko, że jakaś taka duża od razu i szczęśliwa i czysta i zresetowana. Wszystko to samo, ale inne jednocześnie. Dziś staję przed kolejną decyzją i porywa mnie…
Zmiana. Po raz kolejny ściskam się z moją przyjaciółką serdecznie. Czeka mnie wyprowadzka. Do innego kraju. Do innych ludzi. Do innych doświadczeń. Z zadziwieniem przyglądam się sobie. Jak łatwo mi to przychodzi, że się nie boję aż tak bardzo (no bo trochę to tak…), że cóż… najwyżej mi nie wyjdzie ;-). A jak nie spróbuję to nic się nie zmieni. To się nie przekonam. To nie posmakuję. To nie zobaczę. Bo tak naprawdę nie ma się czego bać! Nic nie tracę. Nic mi się nie stanie. Nie ma czegoś takiego jak porażka. Nie istnieje ryzyko. To wszystko farmazony, które kręci w mikserze umysł lękliwy. W dniu, kiedy podjęłam decyzję, że wyjeżdżam z kraju otworzyło się tyle różnych przejść, możliwości, opcji, że codziennie zapisuję je w moim magicznym zeszyciku pomysłów kreatywnych. Na wiele w nich w życiu bym nie wpadła w obecnej sytuacji, na tyle w głowie ciasno się zrobiło. Jedna decyzja, może szalona, może odważna, może naiwna, ale moja własna. Jedna decyzja wykarczowała pół dżungli i teraz mogę wybierać dziesiątki ścieżynek, a każda dziewicza, każda ciekawa tego, co za tą wielką kępą paproci schowane. A lęk? Kurczył się i kurczył jak mały głód po zjedzeniu Danio. Dostałam kilka cudownych propozycji na wypadek: co jeśli mi nie wyjdzie. I teraz wiem, że nie burzę mostów, tylko je buduję, że mam gdzie wracać, mam z kim się śmiać, mam pomocne dłonie dookoła siebie, radosne spojrzenia i zaproszenia. Więc czego się bać?
Zmiana. Czasem jedna decyzja potrafi wszystko… Wielu się na nią nie decyduje, bo w głowie scenariusze więzienne a każda jedna krata to hasła typu: nie mam pieniędzy, boję się, a co dalej, a jak sobie poradzę, a nie wiem czy mi wyjdzie, a co inni powiedzą, a to głupie, a to i tamto. I godzisz się na coś, co Ci nie służy, gniecie, ogranicza. A tuż tuż jest przestrzeń wolna, nowa, wielowymiarowa, której nie da się zaplanować, a którą można jedynie eksplorować.
Nie daj się lękowi. Zagraj w nim w klasy, w gumę, chowanego, ganianego.
Zmiana. Możliwości. Szansa. Nowy horyzont. Rozwój. Przestrzeń. Lekkość. Inspiracje.
Zmiana może zabrać Cię na niezły shopping. W markecie życia nie zabraknie Ci niczego.

PS Podziel się w komentarzach swoją zmianą ;-). Czym jest dla Ciebie, z czym się kojarzy, jak Ci się z nią żyje. Daj znać w jakich okolicznościach przyrody do niej doszło, co dobrego do Twojego życia wpadło dzięki niej. Ty przed i po. Daj znać, że można. Podziel się, zainspiruj. Może akurat Twoja historia potrzebna jest temu, kto akurat stoi przed jakąś decyzją, tylko przeszkadza mu jedno wielkie: ALE.
Master Card do kamiennych kręgów

Master Card do kamiennych kręgów

 
Dziś wywiad z Eugeniuszem Leciejem, człowiekiem wielu darów. Wykonuje zabiegi w domu klienta, w zakresie bioenergoterapii, usuwania opętań, klątw, uroków, róży, uzależnień, usuwa stany depresyjne, oczyszcza domy i mieszkania ze złych energii. Zabezpiecza mieszkania, domy i inne budynki, czy teren, przed wpływem cieków wodnych, starymi metodami bez używania drogich odpromienników. Pracuje oryginalnymi metodami wypracowanymi długoletnią praktyką od stycznia 1983 roku do chwili obecnej. Jest prezesem Stowarzyszenia Badań Kamiennych Kręgów w Gdyni. Opracował autorskie metody leczenia energią kamiennych kręgów, które wykorzystuje w pracy z większymi grupami ludzi. Więcej informacji o Stowarzyszeniu www.kamienne.org.pl
Agnieszka Kawula: Stowarzyszenie Badań Kamiennych Kręgów już jakiś czas istnieje… Jak doszło do jego założenia?
Eugeniusz Leciej: Pierwsze spotkania i rozmowy odbywały się w klubie oficerskim Marynarki Wojennej „Riwiera” w Gdyni, jesienią 1997 r. prowadziła je wówczas koleżanka Zofia Piepiórka zajmująca się od paru lat Kamiennymi Kręgami w Odrach. Podczas wyjazdu na przesilenie zimowe do Odr, podczas przystanku w Szymbarku i wędrówki po wzgórzach Szymbarskich powstała myśl o utworzeniu Stowarzyszenia. W styczniu 1998 r zorganizowaliśmy pierwsze spotkanie ludzi którzy poznali już Kamienne Kręgi i pragnących poznać te niezwykłe tajemnicze budowle. Zofia Piepiórka była tym katalizatorem, który zebrał nas wszystkich, jakieś 25 osób. Co prawda nasze drogi się szybko rozeszły, ale ona była inicjatorem i widać tak miało być. Przecież wszystko jest po coś…

AK: A jak wyglądają spotkania stowarzyszenia? Pojawia się stała ekipa czy jest pewna rotacja?
EL: Podchodzę do tego co robię z pasją. Kiedy ktoś przychodzi na spotkania trzymam się spraw ducha i energii, a nie plotek. Zawsze mówię im, że na pogaduchy to do kawiarni obok. I tak jestem w temacie od 15 lat, przewinęło się dookoła mnie tyle ludzi, a  nie każdy ma takie samozaparcie jak ja. Ogólnie stowarzyszenie zajmuje się szeroko pojętą ezoteryką. Uczę ludzi radiestezji, jak posługiwać się wahadłami…
AK: Dlaczego ezoteryka tak pana oczarowała?
EL: Jestem człowiekiem, który jak już coś pozna przestaje się tym interesować. Dotknąłem, zbadałem, poznałem, wiedziałem na czym to polega więc zostawiałem za sobą. Ezoteryka jest taką dziedziną, której nie można do końca poznać, zawsze coś zaskakuje, coś nowego się urodzi. Jestem zwolennikiem doświadczania. Zawsze mówię moim uczniom, złap coś tak samo jak ja, pokazałem ci ścieżkę, którą możesz iść, ale to ty na nią wchodzisz, to twoje doświadczenie, twoje poznanie, badaj sam, nie przestawaj, idź, rozwijaj się.
AK: Prowadzi pan jakiś „dziennik pokładowy” swoich odkryć?
EL: Obowiązkowo. Wszystkie badania dokumentuję, spisuję. Jestem zawsze sceptyczny do wszelkich duchowych doświadczeń. Jednak najpierw muszę coś zbadać zanim zacznę o tym mówić. Poświęciłem się pracy z drugim człowiekiem, więc czuję się za tych z kim się spotykam odpowiedzialny. Dlatego ciągle się rozwijam, sprawdzam, mierzę, badam… Tej podróży nie ma końca.
AK: A jak to było z tymi kamiennymi kręgami? Coś pana jednak do nich intensywnie musiało przyciągać…
EL: To gdzieś tkwiło we mnie od zawsze, takie mam wrażenie… Natomiast kręgowi mocy w Węsiorach oddałem swoje serce. Pojawiłem się tam pierwszy raz w 1996 roku. Pojechałem z córką i jej chłopakiem, wiedziałem, że takie miejsce mocy istnieje, budziło moją ciekawość, ale wybierałem się jak sójka za morze. W końcu święta majowe okazały się idealnym pretekstem do małej wyprawy. Jak tylko się tam znalazłem, poczułem to miejsce bardzo silnie. No i się zaczęło… Tu mnie dopiero zaczęło ciekawić wiele rzeczy. I tak wiosna, lato praktycznie co niedzielę jestem tam, odpoczywam, badam, doświadczam.
AK: Celem stowarzyszenia jest między innymi opieka nad miejscami mocy, współpraca z władzami tych miejsc, prowadzenie obrzędów… Pamięta Pan swoje pierwsze ceremonie w kręgu mocy?
EL:  Pamiętam… Z kolegą zjawiliśmy się w Węsiorach i tak sobie rozmawiamy, że przyjeżdżamy tu do miejsca mocy, czerpiemy z niego energię, ale czujemy taki dyskomfort nie zostawiając czegoś w zamian. Chcielibyśmy tym duchowym opiekunom też złożyć jakiś hołd tylko nie wiedzieliśmy jak. I tak rozpocząłem moje poszukiwania pradawnych obrzędów. Na targach ezoterycznych wpadła mi w ręce książka Vicca. Moje badania trwały dłuższą chwilę, miałem tę świadomość, że z energiami się nie igra, a że chciałem do miejsc mocy też zapraszać innych ludzi, musiałem za nich brać odpowiedzialność i przygotować się porządnie. Najpierw więc sam zbadałem kamienny krąg w Węsiorach, sprawdziłem jak rytuały, które robiłem wpływają na mnie, na energetykę tego miejsca i kiedy po kilku próbach odnotowałem pozytywne efekty, mogłem poprowadzić otwartą ceremonię.
AK: A ten pierwszy raz?
EL:  Pierwszy raz pojechaliśmy zaprzyjaźnioną grupką podczas równonocy jesienniej. Na ten konkretny czas przygotowałem odpowiedni rytuał. Było lepiej niż się spodziewałem. Ludzie naprawdę niesamowicie to odebrali. Sam zrobiłem pomiar energii przed i po ceremonii. I mimo, że jak zwykle sceptycznie podchodziłem do całej sprawy, bardzo się zdziwiłem jak mocno podniosła się energetyka miejsca po… Pamiętam, że było kilka osób, które trochę się tego obawiało i wolało przyglądać się na zewnątrz kręgu całemu wydarzeniu. Jak się okazało ich i nasze odczucia się różniły. Uczestnicy w środku kręgu czuli otulające ciepło, a obserwatorzy chłodny wir powietrza. Co ciekawe, w pewnym momencie widzę jak jeden z kolegów będących poza kręgiem, zerwał sobie z szyi krzyż ankh i odrzucił gdzieś daleko. Jak potem powiedział, poczuł silne pieczenie na klatce piersiowej i nie mógł go nosić. I tak eksperymentalnie się udało. Myślałem, że na tym koniec, że starczy…
AK: Ale?
EL:  Ale kolejne osoby mnie prosiły o ceremonie, więc zacząłem się tym parać, a kiedy opuściłem któreś z ośmiu świąt słonecznych, czułem, że czegoś mi brakuje, jakbym się umówił na spotkanie z kimś ważnym dla mnie i o nim zapomniał. Więc tak naprawdę powiedziałem sobie, że albo się tym zajmuję na serio, albo dam sobie spokój. Podjąłem się tego zobowiązania i tak do dziś spotykamy się osiem razy w roku, robimy osiem świąt słonecznych. I nie ma zmiłuj się, niezależnie od pogody. Raz było nawet -24 stopni… Z czasem zacząłem też eksperymentować z runą spełniającą życzenia. Opracowałem taką runę zainspirowany książkami Sandemo i jej „Sagą o ludziach lodu”. Wyglądem przypomina trochę symbol słońca. Przygotowuję ją podczas każdego święta, kiedy prowadzę ceremonię. Lewą ręką przykłada się do środkowego koła i wypowiada swoją intencję… Runa bardzo szybko zdawała swój egzamin i robi to do dziś.
AK: Każdy może wziąć udział w takiej ceremonii?
EL:  Oczywiście! Czasami podczas ceremonii uczestniczą też dzieci. A wiadomo jak to z nimi jest, są bardzo podatne na energię i nie raz relacjonowały otwarcie co widzą. Dzieci widziały, a dorośli jak te sroki nic… Pamiętam ciekawe zdarzenie z pewnym młodzianem. Zapytałem kilkuletniego chłopca jak ma na imię, odpowiedział: Karta Kredytowa. Pomyślałem, że ze mnie sobie kpi. Zapytałem jeszcze raz. Popatrzył na mnie zdziwiony i mówi: no przecież powiedziałem ci jak mam na imię Karta Kredytowa. Jaka karta kredytowa? Młody był już lekko podirytowany moim dopytywaniem i zdaje się, że całkiem serio mówił. Dzieci nie udają, mają szczerość w sobie. Po chwili podszedł do nas jego dziadek: no powiedz panu jak masz na imię. Chłopiec spojrzał na dziadka, na mnie: no przecież Kacper mam na imię, cały czas to temu panu mówię. Zacząłem się zastanawiać co on chce mi przez to powiedzieć… Zacząłem główkować… Karta Kredytowa to KK, Kamienne Kręgi, karta kredytowa, czyli dostałem jakiś kredyt zaufania na tym terenie, obym go nie zmarnował. Tak to wtedy odczytałem…
AK: A zdarzają się panu jakieś nowe odkrycia miejsc mocy?
EL: Oczywiście. Sporo znajduję kamieni z charakterystycznymi porostami, świadczącymi o tym, że tu jest właśnie miejsce mocy, choćby małe, ale zawsze. Często chodząc po lasach odnajdujemy różne kurhanowiska, współpracujemy z muzeami, z archeologami, ale głównie zajmujemy się stroną energetyczną miejsc mocy. Tu jest zawsze ciągły ruch, zmiany, nigdy nie jest tak samo, ciągle coś mnie zaskakuje.
AK: Co pan ma na myśli mówiąc o ciągłym ruchu w odniesieniu do miejsc mocy?
EL: Kręgi do 2010 roku pracowały stałym rytmem, potem rozpoczęły się zmiany, wahania i one trwają do teraz. Niestety ma to związek ze słońcem i wybuchami jakie na nim zachodzą. Jeszcze nie potrafię tego do końca wyjaśnić… To tak jakby na promieniowaniu gamma do ziemi docierały obce, nowe byty i to one powodują przeróżne zakłócenia przysparzając ludziom sporo kłopotów. Moje przyrządy, którymi pracuję przestają przy nich działać, więc to co do nas dociera jest nowe i niestety o wiele mocniejsze niż kiedyś…
AK: Jak bada się takie miejsca mocy i co na ich podstawie może pan powiedzieć?
EL: Mam wahadło uniwersalne, czyli zadaję pytanie: pozytyw-negatyw, do tego kolor wibracji, wspomagam się różnymi wykresami, choćby ten w skali Bovisa. Energia ciągle się zmienia, więc na podstawie moich badań jestem w stanie przewidzieć co się będzie działo w najbliższych dniach, jaka może być pogoda i co się może dziać z ludźmi. Dla mnie ważna jest też częstotliwość Ziemi. Już jakiś czas temu przeczytałem artykuł, że nasza planeta wzniesie się na wyższe wibracje, aż do 40 hz, bardzo chciałem zbadać te zmiany. Nie mam żadnego przyrządu, który rejestrowałby to zjawisko, ale poradziłem sobie inaczej i na podstawie skali Bovisa zbudowałem skalę hertzów. I zacząłem eksperyment. Faktycznie przez pierwsze trzy miesiące Ziemia pracowała na poziomie 7hz czyli zupełnie prawidłowo, zgodnie z tym co mówią astronomowie. Sprawdzałem też kosmos i zaznaczałem na swoich wykresach. Potem badałem sobie częstotliwość własnego serca, jak wibruje…
AK: A jak pan to wszystko odczuwał?
EL: Mam kolegę muzyka, który komponuje i ma do tego odpowiedni sprzęt. Spytałem czy może na swoich przyrządach wygenerować częstotliwość 7hz. Jasne, że tak, tylko tego nie będzie słychać, można jedynie odczuć wibrację.
AK: I jakie efekty?
EL: Szczerze… Po tej demonstracji z częstotliwością Ziemi o mało byśmy sobie do gardeł nie skoczyli, czyli nie była to zbyt dobra wibracja. Potem poprosiłem by puścił częstotliwość 40hz, och, oboje odczuliśmy niemal euforię dzięki tej fali drganiowej. Przyszedł też czas na serce, moje wibrowało wtedy na częstotliwości 24hz i tego też „posłuchaliśmy”, naprawdę czuliśmy się cudownie. Teraz znowu wszystko się pozmieniało, był nawet moment, że Ziemia podskoczyła do 120hz, ale mniej więcej miesiąc temu spadły jej wibracje aż do -24hz i weszła w ciemną strefę, wtedy rozdzwoniły się u mnie telefony nawet od ludzi, którzy nigdy nie zajmowali się żadną ezoteryką z prośbą o pomoc. Trzeba było ich oczyszczać i ściągać negatywną energię, która się do nich podczepiała. Obserwowałem też co się działo w kręgach. Ich energetyka też mocno spadła, byliśmy naprawdę przerażeni, bo w miejscu mocy powinna być pozytywna wibracja, a tam całe stada złych duchów, wręcz namacalnych. Coś tam się dzieje w tym naszym astralu, że tak różne wibracje do nas docierają i wpływają na nasze pole magnetyczne tak człowiek jest albo totalnym depresantem, albo staje się nagle agresywny. I to niestety nie zawsze jest to zależne od nas.
AK: Jak się zatem bronić?
EL: Nie okazywać lęku. Najważniejsze to się nie bać, bo te niskie byty tylko na to czekają. Warto pamiętać, że nie spotyka nas nic ponad to, czego sami nie udźwigniemy. Czyli jeśli dzieje się jakaś nowa, trudna sytuacja, czasem nieznana, należy się utwierdzić w sobie, w pewności, że nic złego nas nie może spotkać, poczuć się mocnym, a negatywna energia nas nie naruszy. Wystarczy jednak odrobina lęku i już się coś podczepia.
AK: Tak pana słucham i coraz bardziej czuję, że przygoda z kamiennymi kręgami to dar dla pana…
EL: Tak. To był silny przeskok w mojej duchowości. Bardzo mnie to wszystko zmieniło. Tam też zobaczyłem strażnika kręgu… Pojawił się pod postacią mgły i przepowiedział mi, że będę tu często przyjeżdżał. Wtedy w to nie uwierzyłem, z resztą jestem bardzo sceptyczny do tego typu doświadczeń… Ale strażnik miał rację, ciągnęło mnie niesamowicie. Długo po pierwszej wizycie czułem non stop niesamowity zapach. Cały dzień to za mną chodziło… Tydzień później, skoro świt, wróciłem do Węsior. Już chyba o 6 rano tam byłem. Strażnik powiedział mi też jak się z nim witać. Miałem przyłożyć rękę do serca, potem ją podnieść wewnętrzną stroną przed siebie, na znak, że moje serce jest czyste, potem podnieść dłoń ku czołu, podnieść ją na znak, że moje myśli są czyste… I tak na przestrzeni lat im czyściej w sercu i umyśle, tym więcej się przede mną odsłania.
AK: Widzę, że wypracował pan sobie system komunikacyjny z ukochanymi Węsiorami.
EL:  Coś w tym jest… Kamienne kręgi mnie tak umiejętnie prowadzą po meandrach duchowości. Kuszą mnie marchewką przed nosem, kuszą, więc poświęciłem się im, a w „nagrodę” zawsze coś nowego mnie do nich przyciąga. Dopiero tu poczułem tę łączność z Bogiem i ufnie idę tą droga. Kiedy jadę do pacjentów tak naprawdę uzdrawiam modlitwą, więc ciągle dbam o tę więź z Bogiem… Moja duchowość zbudowała się właśnie tam, przy kamiennych kręgach i tak naprawdę ona się nadal tworzy. To nie ma końca. Spojrzałem na świat z zupełnie innej strony… Czasem ten inny świat jest bardzo niepokojący, ale jednocześnie szalenie ciekawy.

*Żaden z zamieszczanych wywiadów nie jest tekstem opłaconym ani pisanym na zamówienie. Materiał jest sponsorowany przez samo życie i autorka tekstu czerpie z niego korzyści jedyne duchowo-towarzyskie.

Kochane wczoraj

Kochane wczoraj

Dziękuję Ci za wszystkie dary i pokornie proszę o wybaczenie za nieuważność, za te wszystkie fragmenty Ciebie, które przegapiłam. Dziękuję za muzykę, której słucham przygotowując sobie śniadanie i dzięki której całe moje ciało wibrowało w rytmie salsy. Dziękuję za chmury spokojnie sunące po niebie i słońce zabierające złotymi promieniami ciemne smugi tęsknoty. Dziękuję za spotkania dalekie i bliskie, myśli dzielone twarzą w twarz i te spływające granatowym atramentem na białą kartę papieru. Dziękuję za kilka łez, które spłynęły po policzku pamiętającym upalne słońce i morską sól nagrzaną nadzieją spędzenia w raju całego życia. Dziękuję za samotność godzin, które spijały śmietankę spokoju. Dziękuję za spontaniczność i radosne bujanie się na huśtawce. Dziękuję za kawę wypitą w samo południe w wyśmienitym towarzystwie. Dziękuję za gruszkę soczystym sokiem spływającą po dłoniach. Dziękuję za nostalgiczne spojrzenia w małą świeczkę otulające wnętrze pierzastą kołdrą anielskich dotknięć.

Dziękuję za wspomnienia i wszystkich ludzi w nich wygodnie siedzących w fotelach przeszłości. Dziękuję za każdą emocję i za ich brak. Dziękuję za białą koszulę na mojej pachnącej kokosem skórze. Dziękuję za wszystkie myśli, które wysłałam do kogoś i te odebrane od kogoś. Dziękuję za drzewa mijane w drodze do… Dziękuję za śpiew ptaków tuż po zmierzchu układających się do snu. Dziękuję za czyste posłanie. Dziękuję za spontaniczny taniec uwalniający napięcia po całym dniu wirowania w tornado spraw mniejszych i większych.
I wybacz mi, że nie dziękuję za tyle innych rzeczy… Ale wiedz, że jestem wdzięczna za wszystko co od Ciebie otrzymałam. Kochane wczoraj. Dziękuję… Ale… Puszczam Cię wolno. Mnie trzeba iść dalej. Jesteś cennym nauczycielem. Dziękuję. Jednak dziś czas mi uwolnić wszystko, nawet tę radość, a może zwłaszcza ją… Życzę Ci naprawdę wszystkiego dobrego. Przytulam Cię mocno do serca. Ty wiesz, że właśnie tak jest w porządku, że tylko tak mogę… Kocham Cię. Dziś idę sama i z kimś tak jak chcę iść, w rytmie, który mi odpowiada, którego nikt ani nic mi już nie narzuca.
Dlatego kochane wczoraj, bądź zdrowe, szczęśliwe i pogodzone z tym, co w sobie mieścisz. Może jeszcze staniesz naprzeciwko mnie w nieco zmienionej formie by mnie zawołać do odpowiedzi, by wymagającym okiem zajrzeć w głębiny mojej duszy i poszukać czy aby na pewno odrobiłam już zadane przez Ciebie lekcje. Może… Dziś się tym nie martwię. Dziś Ci po prostu dziękuję delektując się pianką cappuccino kończącą żywot na moich wargach. Dziś, teraz tylko tyle mi potrzeba, bo skoro nie mam więcej… No wiesz, to znaczy, że tego nie potrzebuję teraz …
I jeszcze na koniec powiem Ci drogie wczoraj, że dziś zamierzam wykorzystać wszystkie szanse, które wypuściłam z dłoni jedynie z lęku, że w porę nie wyrosną mi skrzydła. A przecież te cały czas miałam u ramion, gotowe bym je rozpostarła i po prostu poleciała…
Całuję, przytulam, wypuszczam z objęć i zatapiam się w Teraz…
Są takie miejsca…

Są takie miejsca…

Kawa, kawusia, kaweczka, kawka, kawunia, kawula. Ma w sobie to COŚ. No ma i koniec. Zapach, kolor, fakturę, dźwięk młynka mielącego wyselekcjonowane szczęśliwe ziarenka, smak… Ach ten smak… I ten pierwszy łyk świeżego cappuccino, muśnięcie pianki na wargach… Nie ma w tym żadnej tajemnicy, że Kawula zawsze lubiła kawulę. Na tyle, że miała ekspres do kawy jeden, drugi, trzeci, aż w końcu pozbyła się trzeciego bo postanowiła, że jednak uwielbia nagradzać się porcją aromatycznego cappuccino w kawiarni. Kawula po prostu lubi wtapiać się w klimat miejsca, gdzie może zatopić się w wygodnym fotelu, z ulubioną gazetą, z książką, z kimś, sama, ot po prostu siedząc i relaksując się chwilą z filiżanką pełną kawowych inspiracji.

I Kawula tak już ma, że kiedy wędruje ulicami miasta takiego czy owego, kiedy jedzie samochodem i zatrzymuje się na stacji benzynowej, kiedy jest w podróży po obrzeżach i centrach miast różnych lubi wypić kawę. To jej magiczny kubek, który otula ciepłymi wspomnieniami pełnymi zapachów, barw, smaków, ludzi. Każdy jeden łyk jest czystą przyjemnością.
Sama nie pamiętam kiedy pierwszy raz trafiłam do kawiarni Lili’s w Gdyni. Wiem, że było lato, upalne. Wędrowałam z laptopem szukając miejsca, gdzie mogę usiąść i popracować nad artykułem. Powędrowałam do Centrum Gemini, letnie ogródki kawiarniane zachęcały by to właśnie w nich się rozsiąść. Tylko jeden okazał się TYM. Należał wtedy do kawiarni o nazwie Gray, który od przeszło roku nosi nazwę Lili’s. Weszłam, usiadłam, zostałam, wyszłam, wracam.
Po prostu uwielbiam tę przestrzeń, ma w sobie coś magnetycznego. Choć nie przepadam za hałasem miasta, właśnie w tym miejscu potrafię napisać felieton w mgnieniu oka, popijając aromatyczne cappuccino. To właśnie tu obsługa wita mnie z szerokim uśmiechem malując na mojej kawie serca. Przez te kilka lat działalności kawiarni zmienił się personel, właściciele, trochę wystrój miejsca, menu, ale została niepowtarzalna magia, rewelacyjna kawa, kuszące ciasta…
Spędziłam tu wiele godzin, wydałam pieniądze, których wolę nie podliczać, napisałam sporo tekstów, przesiedziałam mnóstwo czasu po prostu siedząc i obserwując ludzi, tu poznawałam nowe osoby, tu rozstawałam się ze starymi, tu rodziły się pomysły, tu byłam świadkiem wielu spotkań, wzruszeń, zmian…
W majowe popołudnie zaglądam do Lili’s w towarzystwie idealnym na świętowanie dnia. Nie było mnie tu kilka miesięcy. No… Jakoś tak wyszło. Ale tego dnia zatęskniłam i wróciłam. Przywitał mnie uśmiechnięty właściciel, z którym od czasu do czasu sobie ucinałam małe pogawędki. Podzielił się nowiną, że kolejna Lili’s powstała w Klifie, że ciasta się ciut zmieniły, że nowa kawa, ale że on i jego żona taka sama, z tą samą pasją podchodzący do swojej pracy. Zasiadam na żółtej kanapie, uśmiecham się do słońca, które wchodzi przez wielkie kawiarniane okna. Zaczepia mnie mała dziewczynka, która defiluje przed moim stolikiem wymachując świeżo narysowanym obrazkiem. Uśmiecham się do tych wszystkich wspomnień, które wtopiły się w te ściany…
Zamawiam dwie kawy, dwa ciasta. Dla siebie i mego towarzysza. Nowe smaki. Nowe zapachy. Podoba mi się nowe… Znikam w nim na prawie dwie godziny i oddaję się słodkiemu lenistwu, słodkim rozmowom, słodkim obserwacjom, słodkiej lekkości bytu…
PS Artykuł nie jest sponsorowany, a jego bohaterowie nie mieli wpływu na moją opinię, to znaczy mieli wpływ bo prowadzą świetne miejsce, które po prostu lubię ;-).
Ona prawdę Ci powie…

Ona prawdę Ci powie…

– Aleś mnie umęczyła!
– No co?! Przecież chciałam się tylko dowiedzieć co u ciebie! A Tyś się nakręciła!
– To nie moja wina, sama zaczęłaś swoją śpiewką o zmartwieniach! Za dużo masz w sobie dobrego by nie zarażać tym świata i rozbijać się na pierdoły typu materia. Najważniejsze są dary, które masz, to właśnie nimi przyszłaś się tutaj dzielić. A skoro już wpadłaś na to, że je masz to już wiesz czym to jest to zacznij ich używać. Rób swoje. Przestań się przejmować czy te pieniądze są czy ich nie ma. Tu chodzi o to, żebyś pozbyła się raz na zawsze lęku, przecież właśnie przychodzi do ciebie rozwiązanie twoich największych rozterek życiowych. Sama mówiłaś, że wielu osobom pomogłaś i to w różny sposób, finansowo także. Teraz to wszystko do ciebie wraca, a ty się boisz i myślisz kategoriami, którymi już naprawdę nie wypada…

Jesteś inną osobą niż kilka lat temu! Czujesz, myślisz, działasz inaczej. Otwórz się na to, co wraca, stoi przed tobą i weź! I nie ważne w jakiej postaci to do ciebie właśnie przychodzi, nie analizuj tego umysłem. Po prostu przychodzi, bierz. Za jakiś czas sama zobaczysz, jak wszystko zostało perfekcyjnie ułożone, tylko się poddaj, zostaw ten umysł i wszystko: bo wiem, bo znam, bo pamiętam, bo już tam byłam, bo i bo… Gówno prawda, nie znasz, nie wiesz, bo to jest INNE od tego, co było! Jeszcze nie raz siebie zaskoczysz! Jak możesz siebie poznać do końca, skoro siebie wiecznie tworzysz? Jesteś nieograniczona, więc nie możesz siebie pojąć umysłem! Jesteś tworzeniem! Twórz, po prostu twórz i bierz co przychodzi! Jeśli coś daje ci radochę, bierz to. Za każdym razem kiedy się otwierasz, zarażasz świat energią Boga. Koniec kropka. Skoro sama sobie zbudowałaś lęki, sama możesz sobie z nimi poradzić i się ich pozbyć. Poddawaj się… I Twoje duchi niech też ci pomagajo! A nie tylko stojo i patrzo!
– No się ostatnio rozleniwili, w bierki za długo grali, na wakacje pojechali i myślo, że robota zrobiona!
– No właśnie! Niech zasuwajo! Nie majo już rozśmieszać, tylko wachlować i przepędzać te wątpliwości! O, no machajo wachlarzami, aż im pot leci! Pracujo lepiej niż wentylatory! Aż ci włosy rozwiewa tak pracujo teraz! Wszystkie te głupie myśli ci wywieje zaraz! Pamiętaj! Masz wszystko! Jesteś na wiecznych wakacjach, a Bóg masuje ci stopy! Unosisz się na obłokach radości i szczęścia, zobacz to, weź to. Tak już jest od dawna. I to nie jest pycha, i nie bądź fałszywie skromna. Masz w sobie światło i go nie chowaj! Wszystko już masz i nie pozwolę ci żebyś to zmarnowała tylko przez jedną bierkę, która się poruszyła.
Kim jest ta, z która właśnie walnęła mnie z liścia tak, że głowa do teraz obraca się dookoła szyi gubiąc po drodze wszystkie pesymistyczne myśli? No to Dorota jest. Z Suryt! Surytanka! Kobieta tak zwykła, że aż niezwykła… Mieszka w chatce w lesie, prawie takiej jak z piernika. U niej czas się zatrzymuje. U niej jak w inkubatorze, cieplusio i bezpiecznie, w domu unosi się zapach wolno sączącego się rosołu, biszkoptowy pies Dyzma pochrapuje, a kotka Kaśka przechadza się tu i tam, i tylko widać jej tańczący szary ogon. I Dorota maluje, i zajmuje się kwiatami tworząc z nich bajeczne kompozycje, i gotuje wyśmienicie, i aranżuje wnętrza na swój unikalny sposób, i… I mówi… Dużo, na temat, mocno, dosadnie, z miłością, prawdziwie. Mówi, jej słowa trafiają celnie w te miejsca w człowieku, które wymagają nowego wglądu, jasnego światła prawdy.
Poznałyśmy się parę lat temu. Przyjechała do mnie na masaż. Ukochałam jej ciało, utuliłam duszę. Po jakimś czasie nasze drogi znowu się połączyły, tym razem to ona była dla mnie i cierpliwie, i troskliwie, aczkolwiek zdecydowanie trzymała mnie mocno, trzęsąc mną tak długo swoimi słowami, aż wytrzęsła wszystko co było we mnie fałszywe, lękliwe, pozbawione blasku. Jej pełne mocy przekazy nie raz sprawiały, że chciałam walnąć w cholerę ten cały mój wymysł z pisaniem, masowaniem i pracą z drugim człowiekiem. Ale ona pokazywała mi wtedy lustro. Kazała się w nie gapić tak długo, aż zobaczyłam, że to, co uważałam za brzydkie w istocie jest piękną prawdą, tylko przykrytą płachtą strachu, starych konstrukcji myślowych i złowrogich podszeptów umysłu, któremu średnio chciało się wchodzić w nowe. No i duchi też byli z nami zawsze! Bo duchi nasze so i się ich nie boimy. Duchi same się pojawili i tak jakoś wnieśli w nasze życie sporo radochy, spontanicznej głupawki. Bo z Dorotą to nie tylko tak o duszy i poważnie i w ogóle. O nie. Z nią to można do łez się zaśmiewać i to też rewelacyjny sposób na wywalenie z siebie stęchlizny.
No dobra, to co robi Dorota? Jeśli nie pracuje jako florystyka, czy nie maluje obrazów, czy nie aranżuje komuś domu, pracuje z człowiekiem, telefon, skype, real, cokolwiek jest po drodze drugiemu człowiekowi, ale połączenie głosowe musi być: – Tak do końca nie mam świadomości co robię i jak to wszystko się odbywa – przyznaje. Każdy dostaje to, co potrzebuje. Nie myślę, po prostu jestem otwarta na to, co pochodzi sama nie wiem skąd, ale czuję, że jest dobre. Każdy mój przekaz jest inny. Jestem jedynie przekaźnikiem, często po sesji nawet nie pamiętam co mówiłam do danej osoby. Nie utożsamiam się z tym, po prostu pozwalam informacjom przeze mnie podróżować. Zawsze dostaję końcowy obraz, czyli w jaki sposób czyjaś dusza chce emanować w tym życiu, jaki jest jej najwyższy potencjał. I na tym się skupiam.
Na pierwszym kroku jaki trzeba wykonać by finale dotrzeć do tego jednego jasnego punktu czystej prawdy.
A jeśli chodzi o prawdę to tej dotyka za każdym razem. I nie każdemu się to podoba… I tak z jednej strony ludzie tęsknią za rozmową z Dorotą, albo za spotkaniami, ale z drugiej obawiają się kontaktu, bo to dla nich nie jest łatwa praca, bardzo dużo się zmienia i dzieje, a życie od razu stawia nowe próby by zweryfikować na ile zmiana jest zakorzeniona czy dana osoba ucieknie w lęk przed nowym, czy pójdzie dalej. Ze wszystkich prac najtrudniejszych jakie człowiek ma do wykonania to jest praca nad sobą bo więcej nie można pokonać niż przełamać w sobie coś, co wydaje się być niemożliwe.
– W dorosłym życiu przez jakiś czas byłam dla innych jak chodnik na kałuży, po którym można się przechadzać suchą i czystą stopą. Pozwalałam sobą pomiatać. Aż powiedziałam dość i przekierowałam uwagę z tego co na zewnątrz na samą siebie. Szukałam autorytetów i każdy był lepszy tylko nie ja sama. Wierzyłam innym, zamiast szukać w sobie. Doszło do tego, że byłam bliska śmierci… Na szczęście pojawiły się osoby, które mi pomogły, trochę pobłądziłam, ale odnalazłam siebie. Wiele osób się ode mnie odwróciło, ale i tak miało być…
Był czas kiedy całkowicie odwróciła się od swojej pasji, zapomniała o niej, wręcz wyparła się jej. Można powiedzieć historia klasyczna, po szkole, liceum plastycznym trafiła do pracy w kwiaciarni, tam poznała swojego byłego męża. Wiadomo miłość… I dla tej miłości zapomniała o sobie. Przez lata stała za ladą i sprzedawała wędliny. Dla niej była to praca ciężka, a do tego klienci, którzy znali ją jako florystykę nie mogli się pogodzić z tym, że właśnie podaje im kiełbasy, zamiast pięknych bukietów. Aż przyszedł dzień, kiedy nie mogła tak dłużej i wszystko powoli zaczęło się zmieniać. Rozstała się z mężem, poznała obecnego partnera Nikodema, kupili razem ziemię w Surytach, postawili tam chatkę z piernika i każdego serdecznie w niej witają. To tam wszystko się rozgrywa. I tam duchi so, i tam radość, i tam spokój, i tam sanatorium dusz. I tam bywam i ja, i tam mi dobrze, i tam wracam by naładować wewnętrzne akumulatory, pośmiać się, zatopić w tajemnicach pobliskich lasów, pogadać o sprawach ważnych i mniej ważnych. Zawsze wyjeżdżam z nowymi pomysłami, zainspirowana, zmotywowana, porządnie nakarmiona i wytrzęsiona z głupich myśli. I tam też jej obrazy. Lubię sobie przy którymś przycupnąć i pokontemplować. Zawsze czegoś nowego się o sobie dowiaduję… To moje lustra do mnie samej.
– Często mam też tak, że malując wiem, że muszę dać obraz konkretnej osobie – stwierdza Dorota. – Jeśli ktoś przyjeżdża i staje przed obrazem i niemal modli się do niego, wiem, że musi go mieć bo to jest dla niego ważne. Kiedy mój brat zobaczył obraz jaki wymalowałam dla niego został rozłożony na łopatki. Popłakał się i powiedział: – Wymalowałaś całe moje życie. Wymalowałaś w nim wszystko…
Choć nie przywiązuje się do swoich obrazów do jednego ma sentyment. To OKO. Kiedy pracuje z kimś i potrzebuje głębszego wejścia w swoją intuicję OKO prowadzi ją wszędzie tam, gdzie ma dojść by zobaczyła wszystko to, co ma zobaczyć by pomóc drugiej osobie, by przekaz był najczystszy jak to tylko możliwe.

– Dziś wiem, że każdy ma swój indywidualny talent, dar i może albo go wykopać ze swojego dna i pozwolić mu zajaśnieć tak by inni mogli ogrzać się przy jego cieple, albo przysypywać warstwą wymówek i wstydu, wypierać i unikać – mówi Dorota. –  Nie jestem nikim wyjątkowym. Czy pracuję z ludźmi, czy robię aranżację czy robię wianki ślubne dla mnie to jest to samo, mogę robić naprawdę wszystko. Choć jeszcze nie tak dawno wypierałam się swoich talentów i trudno mi było je zaakceptować. Dziś znam moją moc. Dziś akceptuję to kim jestem, nawet za cenę wykluczenia, bo nie każdy rozumie to czym się zajmuję. Nie musi. Najważniejsze, że ja rozumiem siebie, że dobrze mi tu gdzie jestem i kocham to, co robię.
PS Gdybyś miał ochotę porozmawiać z Dorotą i umówić się na sesję, albo może któryś z obrazów przemówił właśnie do Ciebie dzwoń (obrazy mają duże formaty). Ale ostrzegam, po tej rozmowie wszystko może się zmienić, pytanie czy wykorzystasz tę szansę by żyć w swojej prawdzie.

Telefon: 666 578 408
PS Artykuł nie jest sponsorowany, a jego bohaterka nie miała wpływu na zapisane tu słowa. Dostała do wglądu by potwierdzić, że niczego nie pokręciłam i napisałam tu prawdę i tylko prawdę i tak mi dopomóż Kawula 🙂