Zaznacz stronę
Dotyk, który „zakwita” ciało

Dotyk, który „zakwita” ciało

Beżowy, wyciągnięty sweter, dżinsy, dwa warkocze, wzrok utkwiony w stopy, przygarbiona sylwetka, ledwo wyczuwalny oddech. Oto ja. Szukająca sposobu na to, jak zniknąć, być niewidzialna, przeźroczysta.

Dzień, w którym poszłam na swój pierwszy masaż Lomi Lomi Nui, był momentem przełomowym z moim życiu.

Byłam jak pokruszone kostki lodu w koktajlu znieczulających leków. Znałam tylko kilka emocji. Słowo przyjemność kojarzyło mi się jedynie z dobrym jedzeniem i rozluźnionym ciałem po alkoholu…

Pierwszy masaż bolał mnie,choć masażysta był bardzo delikatny, uważny, troskliwy. Bałam się zdjąć ten pancerz bólu. Nie znałam przecież życia bez niego, więc broniłam tego, co mnie krzywdziło…

Po sesji, po raz pierwszy od wielu lat poczułam, że mam ciało i ono jednak chce żyć. Potem psychoterapeutka zajęła się moimi emocjami, a w kolejnych tygodniach masaż roztapiał warstwy zamrożonego ciała. Długo to trwało, ale bez lomi i terapii nie dałabym rady.

I choć byłam słaba, jeszcze bardzo daleko od siebie, pół roku od pierwszego masażu, pojechałam na kurs lomi. To był kolejny punkt zwrotny. Dotykając innych, lepiej rozumiałam co się działo ze mną, zaczęłam lubić kawałki siebie, zszywać je w całość…

Od tamtej pory, do dziś, moje lomi „zakwitło” do życia dokładnie 1877 ciał… A jutro kolejne dwa przypomną sobie o głębokim oddechu, przyjemności i zobaczą błysk w swoich oczach. Uwielbiam!

Gdyby ciało mogło mówić

Gdyby ciało mogło mówić

Gdyby moje ciało mogło mówić słowami, wtedy, w latach najtrudniejszych dla mnie, powiedziałoby: nie opuszczaj mnie, bądź przy mnie, potrzebuję Cię. Wiem, że ten głos jest we mnie również dziś. Udało mi się wypracować umowę: wiesz, teraz jest tak, bywa trudno bardzo, emocjonalnie, fizycznie, duchowo, ale jestem blisko, nie zawsze zadbam na czas o Twoje potrzeby, wiem, wynagrodzę Ci to.

I obietnicy dotrzymuję, czasem prędzej, czasem później, ale bezwzględnie dotrzymuję.

Często przepraszam samą siebie, jak małe dziecko: przepraszam, że Cię zawiodłam, że przeciągnęłam strunę, że stres przejął kontrolę, że zaniedbałam. Różnica polega na tym, że nie zdradzam ciała. I choć bywa mi bardzo trudno, już nie odwracam się przeciwko samej sobie.

W ogóle co to znaczy, że „ciało mówi”? Ano gada jak może… Bólem kolana, napięciem w karku, drętwieniem ręki, brakiem snu, ściśniętym żołądkiem, biegunką, dusznościami, płytkim oddechem, kompulsywnym jedzeniem, sięganiem po używki, atakami lęków, bólem kręgosłupa, mięśniami, które odmawiają posłuszeństwa, nogami, które nie chcą iść, stawami, które tracą elastyczność. To sygnały by się zatrzymać, wcale nie trzeba od razu czegoś z tym robić. Czasem wystarczy zauważyć ból i zadać sobie pytanie: czego nie mogę zrobić przez ten dyskomfort? W czym mi przeszkadza? O czym zapomniałem po drodze? Wystarczy przestać ignorować sygnały… A one się tylko nawarstwiają i rosną jak niechciane przykre obowiązki, z dnia na dzień powiększają się góry prania do prasowania, materiały do zrobienia na wczoraj itp…

Nie trzeba robić od razu rewolty w swoim życiu. Można wprowadzić małe zmiany, obiecać sobie: hej, wytrzymaj proszę jeszcze chwilę, wiem, że Ci trudno, ale zaufaj mi, idziemy w dobrą stronę… Tylko, że najczęściej jest właśnie odwrotnie. Brniesz w kolejne ściany. Napierasz na nie, przebijasz je, a tam następna, i następna, i jeszcze kolejna. Aż w końcu nie masz siły iść dalej i przysypuje Cię gruz życia. Myślisz, cholera, jak się tu znalazłem? Przestajesz lubić siebie, bliskich, swoją codzienność, a ciało najchętniej byś ukarał i wymienił na nowe, bo ono takie zdradliwe.

A przecież to Ty opuszczasz samego siebie. Raz za razem. Porzucenie boli, prawda?

Odbudowywanie zaufania zajmuje dużo czasu, a tak łatwo je stracić.

Ostatnie dwa lata były dla mnie trudnym wyzwaniem. Wróciłam z Niemiec, z psem, sama, zaczynając wszystko od nowa. Bez pracy, do mieszkania obcego, w którym żyłam przez pół roku w ostrym remoncie. Żyłam na adrenalinie, szczęściu z powrotu do ukochanej Gdyni, a zapach morza był moim balsamem na połamane serce i rozsypane emocje. Szukałam, odbudowywałam, uczyłam się, wychodziłam, działałam oraz zajmowałam się moim psem, który okazało się, że też był w procesie zmian razem ze mną i wiele w naszej rutynie się zmieniło. Z miesiąca na miesiąc, zupełnie niepostrzeżenie mój świat zaczął się kurczyć, a wolność, którą tak się cieszyłam wcześniej, kuliła się we mnie. Zaczęło brakować mi miejsca na spontaniczne wyjścia (bo pies), na dalekie, samotne wędrówki (bo pies), na wyjazdy do koleżanek za granicę (bo pies), randki (bo pies). Czułam zmęczenie fizyczne (bo praca, bo pies). Byłam u kresu wytrzymałości fizycznej, ale ciągle dawałam radę. Płakałam, krzyczałam, zalewała mnie złość, jednak nadal było „jakoś”. Aż już nie mogłam dłużej być siłaczką. Powiedziałam: dość, potrzebuję pomocy, nie daję rady.

I nie, pomoc nie zjawiła się od razu na białym rumaku. Część przyszła naturalnie, za część potrzebuję zapłacić, część możliwe, że jeszcze nadejdzie. Ale właśnie wtedy rozpoczął się proces godzenia z sytuacją, zmianą w moim życiu, kompromisami na jakie potrzebuję pójść, rezygnacji z wielu spraw, odłożenia kilku ważnych pasji na czas bliżej nieokreślony i przeorganizowania priorytetów, pogadania z sobą brutalnie szczerze, przyznania się gdzie i jak często nawaliłam ostatnimi czasy. Trudno mi było zobaczyć co sobie sama robiłam. Chciałam dobrze… Pytanie dla kogo? Bo nie dla siebie…

Wiele spraw mnie gniecie, dużo stresuje, jeszcze więcej bym chciała odpuścić, ale nadal nie potrafię, albo mam jedynie momenty wypuszczania linek z dłoni. Boję się, bardzo często się boję, że nie przetrwam, że mój pies za miesiąc może nie dostać dobrej karmy, że znowu nie pojadę na żadne wakacje, że nie mam absolutnie żadnej gwarancji na to, że cokolwiek teraz robię przyniesie jakikolwiek efekt. Ale zmieniło się jedno, nie zdradzam siebie, nie opuszczam w tych najtrudniejszych chwilach, zwłaszcza kiedy moje ciało mówi: proszę, pomóż mi, daj mi chwilę wytchnienia, dziś poproś więcej osób o pomoc, połóż się, poczytaj książkę, oddychaj, pogłaszcz, bądź ze mną i posłuchaj bo mnie też jest z Tobą taką trudno…

Słyszę siebie. Nie od razu mogę zadbać o te najgłębsze potrzeby, ale one są słyszane i dzięki temu daję sobie ogromne wsparci. Ciało odwdzięcza się łagodniejszymi bólami niż kilka lat temu, głębszym oddechem, większą przestrzenią wewnętrzną. I choć wielu obietnic jeszcze nie mogłam spełnić to jest między nami pomost, którego już nie chciałabym spalić, na którym od czasu do czasu sadzę ulubione drzewa owocowe i rozstawiam wygodne hamaki…

Gdyby Twoje ciało mogło mówić, co by Ci dziś, właśnie teraz powiedziało?

Wszystko, co wiem o ciele…

Wszystko, co wiem o ciele…

Wszystko czego dowiedziałam się o masażu Lomi Lomi Nui, powiedziało mi moje ciało.

Znam strach przed dotykiem. Nawet tym najbliższym. Dyskomfort przytulenia i wewnętrzne drapanie, kiedy ktoś stał za blisko mnie. Długo uczyłam się, że dłoniom i ramionom można zaufać, że nie wszystkie krzywdzą i zostawiają siniaki.

Dwanaście lat temu trafiłam do pana Andrzeja, masażysty i zielarza z Warszawy. To co zapamiętałam to ogromny strach przed dotykiem. Ale wystarczyło, że spojrzał na moje ciało i wiedział… Dotykał mnie tak, jakbym była jego najdroższą wnuczką, która odnalazła się po latach. Zaufałam. W drodze powrotnej płakałam. To były czasy, kiedy pociąg do Gdyni jechał 7h. Było mi wstyd tak długo i publicznie płakać, ale nie umiałam tego powstrzymać. Nie do końca wiedziałam co się ze mną działo, ale czy jeśli łzy nie płyną latami, można spodziewać się czegoś innego?

Nie wiedziałam, że ciało jest ważne, że może być mu przyjemnie, że potrzebuje być szanowane i kochane. Nawet nie przyszło mi do głowy, żeby szanować siebie. Ciało służyło do bólu. Jedynie poprzez ciało i zadawanie mu bólu, możliwa była minimalna ulga emocjonalna.
Dlatego wiem, że ciało potrzebuje czasu by zaufać. Przede wszystkim Tobie samemu. Że nie wystawisz go na pierwszą linię frontu jako mięso armatnie, nie będziesz zmuszał do pracy, która zabiera Ci sen, spokój i skręca żołądek w setki supełków. Że nie będziesz mówił TAK, kiedy wszystko w Tobie krzyczy NIE, że zaczniesz odkrywać przyjemność, że łzy są chciane, nawet jeśli smutek ciągnie się kilka dni, a nawet tygodni. Że popatrzysz na siebie i swoje osiągnięcia życzliwiej, docenisz, a jeśli trzeba, przed samym sobą rozwiniesz czerwony dywan.

Czuję strach Twojego ciała, kiedy masuję Cię po raz pierwszy. To tak jakby ciało mówiło do Ciebie: hej, boję się, nie wiem co to znowu jest, taki masaż, czy aby na pewno chcesz dla mnie dobrze? Trudno się dziwić, w końcu tyle razy się na Tobie zawiodło… Daję więc czas, Twoim plecom, by otwierały się przede mną stopniowo i wpuszczały w te napięcia, które mam uwolnić jako pierwsze. Twoje stawy trzeszczą z obawy, że co to będzie jak ja je tak powyginam i co tam znajdę. Więc poruszam Twoimi nogami i rękoma powoli, przytulam, dotykam ciepłem, a kiedy trzeba przytrzymuję na granicy cofnięcia i odpuszczenia. Razem łatwiej dotrzeć do relaksu. Ale to relacja oparta na zaufaniu.

Pamiętam ile razy ktoś, zrobił coś z moim ciałem za szybko, a ja nie umiałam powiedzieć: dzięki, ale to nie dla mnie. Byłam na tylu bolesnych masażach, bo mówili, że to ma boleć i tylko wtedy puści. Zaciskałam tyłek, oddech i na bezdechu wychodziłam z gabinetu. A ból wcale nie mijał. Dlatego podczas Lomi daję Twojemu ciału dotyk łagodny, ale stanowczy. Bywa, że razem idziemy do tej cienkiej granicy, za którą przychodzi uwolnienie często bardzo głębokiego napięcia. Towarzyszy nam oddech, skupienie i ciepło.

Często po masażu słyszę: długo czekałam, żeby ktoś właśnie tak mnie pomasował, czułam się bezpiecznie, tęskniłam za takim dotykiem, skąd wiedziałaś, że tego potrzebowałam?

A ja po prostu masuję tak, jakbym sama chciała być masowana…

Lomi konkrety

Lomi konkrety

O hawajskim masażu Lomi Lomi Nui jest tyle historii, ilu masażystów i klientów, którzy go doświadczyli. Opowiadanie o nim to jak mówienie komuś kto nigdy nie jadł mango, jak smakuje mango. Dookoła tej formy pracy z ciałem jest dużo zwykłych i niezwykłych słów do powiedzenia i mogę o nim pisać i opowiadać długo. Dziś wybieram opcję bez poezji i prosto .

Czym dla mnie jest Lomi?

To narzędzie, które zwraca uwagę w kierunku ciała i poprzez nie udrażnia to, co zatkane w mięśniach, nerwach, emocjach i życiu.

Jest mnóstwo metod leczenia z jednej strony bardzo inwazyjnych i bolesnych dla ciała, a z drugiej w ogóle go nie dotykających. Lomi jest masażem, który oddaje ciału szacunek, uwagę. Który niczego nie wymusza, niczego nie chce uzdrawiać, niczego nie obiecuje. Gdyby Lomi mogło mówić powiedziałoby: hej, Kawula Cię tu pomasuje, odetka co trzeba, odepnie kilka napięć, a Ty, ciało fajne, masz teraz energię by działać dalej i samodzielnie możesz wracać do równowagi, spoko, dasz radę. (A jednak trochę poezji musiałam )

Lomi służy relaksowi, przyjemności, odpoczynkowi, wyciszeniu, regeneracji i zawsze to podkreślam, zanim przejdziemy do czegokolwiek dalej: hej, po prostu połóż się i odpocznij, nic nie musisz.

To, co się dalej dzieje to masaż. Po prostu masaż. Na reszcie się naprawdę nie znam. Niczego nie czaruję, nie pracuję z energią, nie uzdrawiam, nie przenikam niczyjej duszy, nie czytam ciała, aury czy nie jestem szamanką. Jestem Kawulą, która kocha ten masaż i oddała mu ponad 10 lat życia, i odda tyle ile będzie trzeba bez doszukiwania się dna w dnie.

Niektórzy przychodzą do mnie z bólami pleców, długo ciągnącymi się kontuzjami, supełkami emocjonalnymi, trudnościami z podjęciem decyzji, zmęczeniem dniem codziennym, a niektórzy po prostu uwielbiają ten masaż, robią sobie oraz bliskim prezenty, przychodzą dla przyjemności i super odpoczynku.

Lomi jest bardzo elastycznym masażem, zaskakuje nowymi odkryciami, zdejmuje z ciała ból, regeneruje na bardzo wielu płaszczyznach i wydobywa zapomniane siły witalne.

Po masażu po prostu chce się lepiej żyć. To nie magiczny trik zabierający wszystkie zmartwienia, ale bardzo ułatwiający funkcjonowanie w codzienności. Lomi porządkuje ciało, przypomina mu jak to fajnie jest swobodnie działać bez większych zakłóceń, jak to dobrze słyszeć wyraźnie samego siebie i jak to miło dać sobie czas na odpoczynek. Po prostu.

Piersi w potrzebie

Piersi w potrzebie

Są takie dni w życiu kobiety, które nie należą do najbardziej komfortowych i zdarzają się co miesiąc. No znasz to, napady głodu, najlepiej żeby była w niej tylko czekolada no i może gdzieś obok chipsy. Chce Ci się płakać i przytulać, choć w zasadzie to nie do końca, bo dajcie mi wszyscy spokój, donoście tylko czekoladę i nie ruszajcie mojego miękkiego kocyka bo ja tu jestem zwiniętą kulką i tak sobie będę… Albo czujesz się jak wulkan przed reaktywacją, coś głęboko w trzewiach bulgocze, gniecie oraz sukcesywnie unosi się ku górze, aż w pewnym momencie wystrzeliwuje gwałtownie złością. I boli. Skóra i pod nią, piersi nabrzmiewają i nie wiesz jak się ułożyć w łóżku, myśli zamieszkują chmury, które dźwigają ogromne zasoby łez, ciało zamienia się w niedotykalską planetę…

Znam to. Choć odkąd zajmuję się automasażem i Lomi Lomi Nui mam przerwy od tego stanu. Bo wierzcie mi, tak nie musi być! Kiedy masuję kobiety, bardzo lubię moment masowania klatki piersiowej, pachwin, okolic piersi. Są w nich skamieniałe troski, zahibernowane żale, kłujące rozczarowania. Wiem, bo miałam ich bardzo dużo. Dopóki ktoś nie dotknął mojego ciała, nie wiedziałam nawet, że tam może też boleć. Ot nosiłam na piersiach wulkany, które raz w miesiącu zamieniały całą mnie w reaktor jądrowy, nad którym często nie udawało mi się zapanować. Wybuchałam z byle powodu: że nie tak ręcznik leży, że pies oddycha w drugim pokoju, że liście szumią, że muszę wstać i zamknąć okno i dlaczego mnie nikt nie rozumie.

Kiedy przychodziła miesiączka, oczywiście ciśnienie schodziło i potem dziwiłam się o co ta cała afera.

Byłam kulką boleści i żałości, a moje centrum usadowiło się w piersiach. Bolałby. Puchły. Wraz z przytykającą się limfą zatykałam się cała i byłam daleka od lubienia tej wersji siebie. W tym miesiącu znowu tego doświadczam. Bo… zapomniałam o tym, żeby zadbać o swoje piersi. Robiłam automasaż, trochę odpoczywałam, ale to było za mało. Wiedziałam, że piersi łatwo kumulują emocje i co z tego, skoro zapomniałam, żeby je rozmasować i uwolnić nagromadzone stresy, rozczarowania, małe smuteczki? Kiedy się zreflektowałam, że zaniedbałam, było już za późno. Wybuchałam jak purchawki na łące. Zdążyłam resztki godności uratować gorącą kąpielą i spokojnym masażem. Poczułam ulgę. To się mogło skończyć większą aferą…

Trzy dni temu masowałam kobietę, która nie wiedziała jak ma leżeć na brzuchu, tak ją bolały piersi. Kiedy dotknęłam klatki piersiowej i rozmasowywałam pachy, wcale nie zdziwił mnie stan mięśni. Kamienie dodatkowo zgniecione ciasnym stanikiem. Popłynęły łzy, a ja dzięki jej smutkowi, przypomniałam sobie o stanie moich piersi i że trzeba wrócić do regularnego dbania. Bo po co ma boleć i wybuchać?

Tak więc droga kobieto, mam dla Ciebie dobrą wiadomość, możesz sobie pomóc sama! Często po masażu mówię klientkom co mogą robić i są zdziwione jak szybko przynosi to efekty. Nie dość, że to przyjemne, to jeszcze piersi się ujędrniają no i można prawie zapomnieć o napięciu przedmiesiączkowym (choć ostatni temat wymaga wprowadzenia dodatkowo kilku czynników w życiu codziennym… ale o tym też chętnie mówię).
Jak odetkać przytkane?

Ano masażem piersi. Polecam masowanie dwa razy dziennie. Może być na nagie ciało, może być w ubraniu. Początki zalecam nago, przyjemnym olejkiem do masażu. Przyłóż dłonie do piersi. Poczuj ich ciepło i życie. Oddychaj. A potem wykonaj 36 okrężnych ruchów w jedną stronę, zagarniając całe piersi, niech to będą porządne koła, sięgające najdalszych krańców piersi, przy pachwinie. Po 36 okrążeniach, zatrzymaj się na kilka sekund, a potem rozpocznij masaż w drugą stronę, również 36 razy.

Zajmuje to max 3 minuty. To nie jest dużo, a można wygrać więcej niż się spodziewasz.

No i oczywiście zawsze możesz wpaść na Lomi Lomi, pomasuję, ukoję i powiem, co możesz robić dalej sama, by nie gromadzić i nie dźwigać napięć. To się naprawdę da zrobić.