Zaznacz stronę
A w głowie tłumy…

A w głowie tłumy…

Zawsze dziwię się, jak jedna, nie tak duża przecież głowa, może pomieścić miliony myśli. Wydawać by się mogło, że to nic takiego. Przecież coś, co nie ma wagi, nie może być ciężkie. Więc dlaczego kiedy trzymam w dłoniach Twoją głowę czuję, tony? Głowa to nie kontener, którym bez końca można wozić te same myśli. Przetrzymujesz w nich rodziców, siostry, mężów, kochanków, dzieci, szefów, sąsiadów. Więzisz tych wszystkich ludzi, a potem zapominasz, gdzie położyłeś te cholerne klucze.

Przyzwyczajasz się do zjaw sunących korytarzami głowy. Trochę Ci przeszkadzają, czasem budzą w nocy, czasem odbierają ochotę na spacer, jogę czy spontaniczny taniec. Zamiast poszukać w końcu klucza, wybierasz przyzwyczajenie. Coraz cięższą głowę przykładasz do poduszki, coraz trudniej Ci ją z niej podnieść. Coraz bardziej odkładasz życie na potem. Karmisz swoich więźniów słowami, których nigdy nie wypowiedziałeś bo… Podajesz puchary pełne łez, które nigdy nie miały szansy popłynąć bo… Przekarmione, tłuste myśli rozpychają się po głowie. Uciskają boleśnie skronie. Utykają w potylicy. Unieruchomione tyją, twardnieją, stopniowo kurcząc światło życia. Niewypłakany smutek gęstnieje, ropieje i rozsadza zatoki.

Najtrudniej wytrzymać z więźniami kiedy jesteś sam. Obijają się o ściany umysłu. Myśl dotyka myśli, oblepiają się wzajemnymi żalami, lękami, krzywdami. Rysują na swoich wykrzywionych twarzach wojenne znaki, przygotowując do ataku. Nie oszukasz ich włączonym serialem czy kolejnym programem telewizyjnym. Mgła osamotnienia ciągnie swój chłodny welon po Twoim czole, napina skórę głowy, zagląda w oczy. Masz dość. Zakładasz metalowy hełm. Myślisz, że wytłumi, że raz na zawsze wszyscy się uduszą z braku powietrza. Ale zapominasz… Ty uwięziłeś, Ty możesz uwolnić. Przyłóż dłonie do skroni, ostatni raz wysłuchaj wszystkich historii i  pozwól im odejść…

Zapach wolności

Jej skóra pachniała kokosem. Była jak idealnie dojrzałe mango. Takie, którego sok spływa do łokci a włókna utykają zawadiacko między zębami. Takie, które je się nad brzegiem oceanu, na ciepłym piasku i patrzy na zachodzące słońce.

Śmiała się jak nastolatka, która ma wszystko przed sobą i właśnie planuje podróż w nieznane.

Przyszła po wolność i radość. Nie potrzebowała wiele. Już stała na klifie, tylko nie wiedziała jeszcze jak skoczyć.

– W moim wieku to może nie wypada? No wiesz, wszystko zaczynać od nowa, mieć śmiałe marzenia i tak bardzo się w życiu zakochać…

Ech… wiele takich historii usłyszałam – pomyślałam. Jak dobrze, że się pomyliłam. Wzięła wszystko, co popłynęło. I była gotowa na więcej.

W trakcie masażu lęki pękały jak kolorowe bańki. Mięśnie poddawały się dotykowi. Skóra poszerzała oddechem. A ona unosiła się kilka metrów nad stołem. Tak jakbym masowała ją puchem. Jakbym otulała jej ciało doskonałym aksamitem.

A pod koniec sesji ciepły wiatr zdmuchnął jej lekkie ciało i zabrał do miejsca, gdzie mogła marzyć jeszcze odważniej i kochać tak jak nie wiedziała, że można.

Jej śmiech wypełniał pokój jeszcze na długo po tym, kiedy wyszła. Zachęcał. Kusił. Poddałam się. Wziął mnie za dłoń, poprowadził do łazienki. Pod gorący prysznic. Potem wsmarował w moje ciało olej kokosowy i upaćkał soczystym mango moje policzki.

Lomi Lomi Nui szpiegowsko-rozpoznawczo

Lomi Lomi Nui szpiegowsko-rozpoznawczo

Najpierw czujesz zapach. Bardzo delikatnie otula Twoją aurę, przysiada na ramieniu, zaprasza kojącymi nutami do ciepłego pokoju. Siadasz na wygodnej sofie by uspokoić oddech, trochę ochłonąć i złapać pierwsze nitki zaufania do mnie. Mój uśmiech zachęca byś opowiedział tyle ile potrzebujesz opowiedzieć na teraz. Jak się czuje Twoje ciało? Co Cię do mnie sprowadza? Kiedy kończą się słowa zostajesz na chwilę sam. W ciszy zapalasz świeczkę, czeka na Ciebie w małej łupince kokosa. W płomień możesz wpleść dobre intencje i wszystkie wspierające Cię myśli. A potem kładziesz się na łóżku do masażu. Czujesz jak ciepło przyjemnie rozchodzi się po twoim brzuchu, oddychasz coraz spokojniej.

Wracam do pokoju, pytam czy jest Ci wygodnie i czy jesteś gotowy . Wraz z Twoim TAK, zabieram Cię w podróż do tych zakamarków Ciebie, które potrzebujesz usłyszeć, uwolnić od wspomnień, ukoić ból, wnieść trochę słońca i lekkości.

Towarzyszy Ci mój oddech. Szumi falami morza i przypomina Ci o Twoim własnym oddechu. Ciepło podgrzewanego stołu do masażu sprawia, że Twoje ciało się uśmiecha i łatwiej uwalnia troski z mięśni.

Milczymy. Bo to czas na Twoją wewnętrzną rozmowę z sobą, albo na bardzo głęboki relaks, może półsen, a może regenerującą drzemkę. Muzyka zabiera Cię w drogę i tylko Ty możesz się tam wybrać. Czujesz się bezpiecznie, komfortowo, spokojnie. Czasem się wzruszysz, czasem zaśmiejesz, ale zawsze pod koniec sesji błogość rozkłada na Twojej twarzy kolorowy leżak. Tak bardzo lubię ten widok… Przykryty, otulony, spokojnie oddychający znowu na chwilę zostajesz sam by nacieszyć się tym stanem, by powoli zejść ze stołu, wytrzeć ciało z pachnącego oleju, ubrać się i zauważyć pierwsze efekty zmiany, która tak naprawdę dopiero się zaczęła…

Więźniowie w mięśniach

Pręt za prętem wbija się w ciało. Głęboko. Przez lata budujesz rusztowanie dla mięśni. Bo tego, co wbite, nie wyjmujesz, lub nie chcesz wyjąć, albo jeszcze nie wiesz jak. Wadzi czasem mniej, czasem bardziej. Uczysz się z tym żyć.

I tylko od czasu do czasu zastanawiasz się jakby to było poczuć życie poza klatką. Jakby to było powyciągać te wszystkie pręty? Jak żyć bez nich i czy się od razu nie rozpadniesz?

Trzymasz w mięśniach wielu więźniów. Rodzinę, znajomych, przyjaciół. Więzisz sytuacje. Pod kluczem siedzą słowa z kolcami i spojrzenia śnieżnych kul. Przykute łańcuchami rany torturujesz jedną kroplą krwi, ciągle tą samą, dźwięczącą, ciężką jak walizka pełna wspomnień. Tunelami ciała latają widma spraw przeszłych. Drażnią skronie, pulsują w potylicy, napierają na gałki oczne. Niewypowiedziane słowa uderzają o krtań kolczastą maczugą. W stawach trzepocą włochate ćmy lęków: iść, nie iść, zawrócić, a może jednak pobiec…

Twoje wewnętrzne więzienia są przepełnione, a Ty i tak dokładasz coś nowego. Ciało pęcznieje, rozpycha się bólem o metalowe ograniczenia. To, co miało być Twoim schronieniem, staje się klaustrofobiczną klatką. Boisz się otworzyć wrota. Bo kim będziesz bez swoich więźniów? Z nimi ciężko żyć, ale przynajmniej wiesz jak…

To, co przeżyłeś, jest Twoją historią. Ona nigdzie się nie wybiera. Ale nie musi ciążyć. Nie musi boleć. Nie musisz jej bronić.

Wróć do oddechu. Nie szukaj poza ciałem. Tak, w klatce jest cała wolność jakiej potrzebujesz. Nie musisz iść daleko. Może tylko tyle co na najbliższą kanapę, albo wygodny fotel. Oddychaj. Niby nic… Ale proszę, przekonaj się jak dużo…

PS Oraz zawsze możesz przyjść na masaż Lomi Lomi Nui, to skuteczny wyciągacz prętów z ciała 😉

Był sobie chłopiec…

Był sobie chłopiec…

Miał trzynaście lat i razem ze swoją starszą siostrą przeżywał właśnie rozwód rodziców. Jego mama regularnie przychodziła do mnie na sesje Lomi Lomi Nui, więc historia nie była mi obca. Kiedy poprosiła mnie o masaż dla syna, zgodziłam się, ale tylko pod warunkiem, że on sam by tego chciał. No chciał i to bardzo, bo jak się okazało to on pierwszy znalazł Lomi dla swojej mamy!

Był podekscytowany i miał mnóstwo pytań. A co będzie czuł, a czy to boli, a czy będę słyszała jego  myśli, a czy zacznie się potem lepiej uczyć, a czy smutek zniknie, a czy będzie się mu lepiej oddychało, a co to znaczy energia, a gdzie mieszka dusza, a czy wierzę w reinkarnację, a czy zobaczę jego duszę, a dlaczego zajęłam się masażem, a jak to jest czytać czyjeś ciało…

Zanim przeszliśmy do samego masowania, odpowiadałam na jego pytania. Nie zadowalał się płytkimi odpowiedziami. Zmuszał do wyjścia poza standardowe wyjaśnienia. Tam, gdzie zabrakło mi odpowiedzi pytał: Jesteś pewna? Coś mi się wydaje, że wiesz… I trochę wiedziałam, a trochę nie. Kilka pytań zostało ze mną jeszcze na długo po naszym spotkaniu. A na kilka sam udzielił mi odpowiedzi…

Poruszyło mnie to chude, chłopięce ciało, które masowałam w czerwcowe przedpołudnie. Takie małe, a już pełne opowieści. Usłyszane przypadkiem słowa dorosłych, ostrymi zakończeniami podczepione w trzustce. Napięcie między rodzicami i wyprowadzka ojca zwinęły się na ramionach w kłębek. – Nie zostawiaj mnie – odbijało się od wewnętrznych ścian głębokiej studni w jego ściśniętych jelitach.

A mniej więcej połowie masażu mignął mi rąbek pomarańczowego materiału i uśmiechnięta, łagodna twarz tybetańskiego mnicha.

Kiedy wsunęłam moje ręce pod plecy chłopaka i zatrzymałam na kilkanaście sekund między łopatkami, poczułam jak łagodnie oddaje moim dłoniom swoje dziecięce troski. Westchnął. Wzruszył się. A ja razem z nim.

– Nauczysz mnie medytować? – zapytał po masażu.

– O! A dlaczego?

– Bo jak mnie masowałaś to widziałem takiego mnicha w pomarańczowym ubraniu. Powiedział mi, żeby Cię poprosić i że to mi pomoże.

– Aha… – uśmiechnęłam się. Teraz to ma sens…

– Też go widziałaś prawda? – przed spojrzeniem tego dzieciaka wiele nie mogło się ukryć.

– Chodź – wyciągnęłam do niego dłoń – pójdziemy popatrzeć trochę na chmury na niebie. Taki ładny mamy dzień…