Kawula inspiruje Kawula masuje Lomi Lomi Nui

Pamięć

Gdybyś miała możliwość zachować tylko jedno wspomnienie, co by to było? Trafia mnie pytanie zadane po angielsku.

Przymykam oczy. Przez chwilę umysł przewija klatki ze zdjęciami, ludźmi, przedmiotami, miejscami. Tymi wszystkimi fascynującymi doświadczeniami, które nie raz pozostawiały mnie bez słów, z sercem roztopionym i nienazwanym zachwytem. Ale to nie to. To też nie to. Bez tego też mogłabym żyć. I to, gdyby miało odejść, pożegnam. Tamto ważne, ale nie aż tak. Żaden przedmiot. Żaden człowiek. Nawet mój pies…

Pojawia się smutek. Co ze mną? Zamykam oczy jeszcze mocniej, jakbym chciała spod powiek wycisnąć coś na tyle ważnego, by warte było wiecznego życia. Wzdycham. Nic. Otwieram oczy. Patrzę podejrzliwie na moje puste dłonie. Liniami papilarnymi wędrują promienie słońca. I nagle wszystko staje się takie oczywiste!

Listopad 2008 roku. Środek lasu. Sala warsztatowa. Drewniana podłoga. Bose stopy. W kole ustawione stoły do masażu. W powietrzu unosi się zapach białej szałwii. Ściany ozdobione dużymi, wielobarwnymi, polinezyjskimi chustami. Na kwadratowym stole świece oświetlają obraz hawajskiej bogini Pele. Z jej długich, kruczoczarnych, falowanych włosów spływają zygzaki lawy. Na wysokości piersi trzyma złożone w miseczkę dłonie. Płonie w nich ogień.

Patrzę w jej łagodnie uśmiechające się oczy w poszukiwaniu odwagi, której bardzo wtedy potrzebowałam.

Osiem osób. Cztery kładą się na stole do masażu za chwilę zrobią coś po raz pierwszy w życiu. Nigdy nie miałam takiej pewności jak wtedy. Że właśnie tam jest moje miejsce. I choć nie mam pojęcia co robić, czeka mnie coś, co zmieni mnie na zawsze.

Pomieszczenie wypełnia śpiew hawajskiej pieśni. Najdrobniejszy włosek na moim ciele reaguje natychmiastowo. Patrzę na moje dłonie. Drżą. Wraz z głębokim oddechem opuszczam je wzdłuż ciała. Czuję rozchodzące się po nich przyjemne, ciepłe mrowienie. Kolejny wdech i wydech. Stopy przyklejone mocno do podłogi robią pierwszy krok w kierunku osoby leżącej na stole. Zamykam oczy. Wdech. Wydech. W chwili kiedy przykładam po raz pierwszy w życiu dłonie do pleców masowanego wpadam w tunel, z którego wychodzę dopiero po dwóch godzinach. W nim nie ma znaczenia nieznajomość techniki, której przecież mam się dopiero nauczyć. W nim nie ma znaczenia ból mojego ciała, które przecież ma się dopiero nauczyć innego funkcjonowania…

Gdybym miała sobie wyobrazić jak wyglądać będzie teleportacja, to myślę, że to podobne uczucie, jakiego doświadczyłam wykonując mój pierwszy w życiu hawajski masaż Lomi Lomi Nui. Wir za wirem zabiera cały ciężar ciała. Rozbija na mikroelementy myśli. Przeciska się przez zapory serca przywracając je do życia. Gigantyczna trąba powietrzna odziera ze wszystkiego co może przeszkodzić w podróży do samego dna siebie. Dźwięk oddechu tworzy harmonijną muzykę z równomiernym buczeniem, które rozpycha ściany sali warsztatowej niosąc się coraz dalej. Znika strach, wątpliwości i jakakolwiek chęć dotarcia gdzieś. I jest przestrzeń. Tak… Równomiernie bucząca, otulająca przestrzeń. Nie spadam w nią. Staję się nią.

Wspomnienie pierwszego zrobionego przeze mnie masażu Lomi Lomi Nui jest tym, które uratowałyby mnie w chłodnych lochach więzienia przynosząc natychmiastową wolność. Jest tym, które momentalnie rozpuszcza wszystkie mury obronne. Jest tym, które odtwarzam od nowa od 9 lat podczas kolejnych sesji masażu. Za każdym razem jest nie mniej nie więcej a tym samym, którego doświadczyłam dziewięć lat temu…

Podziel się KawuląShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *