Niekończący się Dzień Matki
Ciało wg Kawuli Kawula masuje

Niekończący się Dzień Matki

Dzień Matki już minął, a ja do dziś realizuję prezenty jakie „dzieci” podarowały swoim mamom. To dla mnie mocne doświadczenie. Przez dwa tygodnie masować dojrzałe, piękne ciała z tyloma różnymi opowieściami…  Wysłuchać mnóstwa historii. Otrzeć kilka łez. Przyjąć dużo uścisków. Pomilczeć i napić się wspólnie wody z cytryną. Być i nie musieć. Być i niczego od siebie nawzajem nie potrzebować. Być i dać, być i dostać. Być i czuć. Tak dużo czuć…

To ogromna dawka zaufania jaką mnie obdarzacie. Powierzacie mi te, które są dla Was bliskie i choć czasem trudno się Wam porozumieć, chcecie dla nich jak najlepiej. I dajecie im w prezencie czas tylko dla nich. Dla ich ciał. Dla ich serc. By ktoś się nimi zaopiekował…

Pamiętam dzień w którym po raz pierwszy pomasowałam moją mamę. Upalny czerwiec. 7 lat temu. Praktykowałam Lomi Lomi Nui dopiero dwa lata. Wcześniej jakoś żadnej z nas nie było po drodze. Mnie by ją pomasować. Jej by chcieć poznać to, czym się zajmuję. I całe szczęście. Bo miałam trochę czasu żeby się przygotować. Głównie w sercu żeby pojawiła się taka przestrzeń ponad starymi urazami, słowami wypowiedzianymi w gniewie, emocjami, które nie raz raniły obie strony. To, co otrzymałam w trakcie masażu wykracza poza… w zasadzie poza wszystko… Poczułam każdy napięty mięsień, każde drżenie, każde westchnienie ulgi. „Zobaczyłam” jak bardzo  mnie kochała wtedy, kiedy dawałam jej mocno w kość. „Zobaczyłam” jak bardzo się o mnie martwiła, co odbierałam jako atak, krytykę, że coś nie tak. „Zobaczyłam” jak bardzo chodziło nam o to samo i jak bardzo obie tego nie umiałyśmy sobie dać. To było poruszające doświadczenie zdjąć kilka warstw niepotrzebnych już stresów z ciała mojej mamy. I ten moment po masażu… Kiedy mama rozanielona całuje moje dłonie…

Ostatnia seria dnio-matkowych masaży dała mi dużo nowych doświadczeń. Ileż w ciałach mam zmartwień, o nas, o dzieci. Nie ważne w jakim jesteśmy wieku. One nadal dbają, nadal się martwią, nadal zgrywają czasem odważne i że niby się nie przejmują bo przecież my dorośli tacy, swoje życie mamy… I każda z nich okazuje to na swój sposób. Co wedle naszych oczekiwań jest „nie takie”… Na ich napiętych karkach gromadzą się nie tylko ich troski, ale też nasze. Ramiona uginają się często nie tylko od ich plecaków z przeszłością, ale też naszą… Na ich klatkach piersiowych kumulują się nie tylko ich własne rany, ale też te, zadane nam. I czasem gdzieś w tej plątaninie napięć, oczekiwań, obwiniań, żali gubi się drożne połączenie komunikacyjne między Tobą a nią… I czasem nie jest możliwa naprawa. Czasem jest już za późno. Ale jeśli jest choćby szansa. Choćby drżenie nadziei… Spróbuj…

One potrzebują też tego samego co Ty czy ja. Kochać i być kochanym. Czasem kogoś, kto przytuli i powie, że wszystko będzie dobrze, że nie ma się już o co droczyć. Kogoś, kto zaakceptuje sprawy takie jakie były, są i będą bez chęci ich zmieniania. Kogoś, kto zrozumie i powie, że wszystko jest w porządku. Kogoś, kto doceni i zwolni z obowiązków bycia perfekcyjnym. Kogoś, kto powie kocham Cię, takim, jaki jesteś…

Tak… Te ostatnie dwa tygodnie umocniły we mnie przekonanie jak wiele jedno przytulenie może zmienić, uwolnić, ukoić… Córki z matką. Syna z matką.

Zachęcam… Przytul swoją matkę… Znajdź tę przestrzeń, ten czas, ten moment. Przytul. Pogładź po dłoni. Po plecach. Dotknij. Tak po prostu. Ponad tymi wszystkimi sprawami, które Was od siebie odsunęły… Zachęcam. Bardzo…

 

fot. Paweł Wieczorek

Podziel się KawuląShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *