Muszę sprawdzić co za rogiem…
Kawula pyta

Muszę sprawdzić co za rogiem…


 

Akurat przeszłam „na swoje”, założyłam firmę o pierwotnej nazwie Bliskość i Harmonia. Jako pierwsze zajęcia wymyśliłam poniedziałki z Nordic Walking. Takie wspólne wędrowanie za niewielką opłatą w postawi jednego dowcipu. Chciałam wyjść do ludzi, inspirować i zostać zainspirowaną. I zjawiła się ona. Pamiętam jak nasze późniejsze wędrówki wyglądały, jak się delektowałyśmy naszą wolnością i tym, że możemy siedzieć na plaży i jeść pączki, opowiadać sobie o podróżach, planach i marzeniach o 10 rano a nie siedzieć w biurze i liczyć godziny do wyjścia… To już przeszło 4 lata odkąd nasze drogi się skrzyżowały, a my nadal wędrujemy to tu to tam… I te pączki to ona kupiła, najlepsze w Gdyni. I w moim sercu zarówno ona, jak i pączki z czekoladą jak i spacer jak i anegdota z jej afrykańskiej podróży, o tym, że spośród zwierząt sawanny najbardziej „lubi” zebry i mało brakowało a dostałaby świeżo grillowaną na kolację…

 
Ciepłe były te pączki… I woda tak cudownie szumiała choć to chyba zima była. Więc fajnie się było ogrzać opowieściami o krajach, gdzie ciepło… I zajadać pączki na gałęzi wyrzuconej przez morze. Wiele wspomnień wtedy się przyplątało do mnie, wiele wzruszeń.
Taaa… A potem stwierdziłaś, że ożyła Twoja bratnia dusza – Kinga Choszcz. I tak to się zaczęło…

Kinga nie daje mi o sobie zapomnieć i co jakiś czas podsyła mi takie perełki jak Ty i każe ruszać w drogę, nawet jeśli to tylko kilkugodzinny spacer. Ona się we mnie mocno zapisała i zesłała mi Ciebie!
Dziś nadal wydaje mi się to tak samo niewiarygodne jak wtedy… Kingę znam z książek, a właściwie nie, wcześniej poznałam Chopina i tak jakoś dużo jej było w nim. Ale takie wrażenie przyszło dopiero podczas czytania. Zapisał dedykację dla mnie w ich wspólnej książce „Prowadził nas los”, życząc bym wygrała Kolosa, tę słynna nagrodę podróżników… Ale ja czekam na Kolosa we własnych kategoriach. Takiego, którego sama sobie przyznam.

No i wszystko przed Tobą! W końcu świat co jakiś czas woła Cię cichym głosem, a Ty go słuchasz i podążasz…
Wracając jeszcze do początków naszej wspólnej podróży… Na ciekawą naukę języka niemieckiego zaprasza Ośrodek Rozwoju Wewnętrznego Bliskość i Harmonia. W poniedziałek, 18 stycznia 2010 r., wszyscy, którzy interesują się mową Goethego, mogą przyjść na konwersacje na wesoło, które odbędą się w Gdyni. Zajęcia poprowadzi Tina Smerdel, lingwista, tłumaczka, podróżniczka.Na pierwsze spotkanie trzeba wziąć poduszkę lub karimatę (do siedzenia na podłodze) oraz dobry humor. Reszta gratis!Odkopałam przy okazji naszej rozmowy moje ogłoszenie… Pamiętasz? Nasze pierwsze przedsięwzięcie… Nie wyszło tak do końca, ale za to jakie twórcze iskry leciały! I to na pierwszym spotkaniu…
Tak, wciąż wpadam na to ogłoszenie w internecie… Ba, z radia Kaszebe do mnie dzwonili wtedy w tej sprawie i śmiesznie było, bo umówiłam się na telefon na 7.00 rano i wywiadu udzielałam w piżamach, tuż po przebudzeniu… Ach, i spotkanie jedno się odbyło, pamiętam że przyszedł tam niejaki pan Jarosław i narysował coś, zdaje się – korek do wanny, nie wiem z jakiej okazji, chyba to były kalambury, ale rysunek był nie do odgadnięcia…

I kto by pomyślał, że pięć lat później to ja będę potrzebowała nauki języka niemieckiego ;-)…
Ale do rzeczy! Niech inni też Cię poznają ;-).

Pamiętasz kim chciałaś zostać jak dorośniesz?
Zwykle wychodziłam na dwór i patrzyłam to tu to tam, co się wydarzy… Do dziś tak mam, jak w domu nie do końca wiem, co ze sobą zrobić to wychodzę na spacer, a wtedy zawsze się coś dzieje. Oczywiście nie tak jak wówczas, gdzie nakryłam jak chłopaki wrzucili kota do boksu psa i wskoczyłam za tym kotem na ratunek… Albo wspinałam się na drzewo, bo łobuzy przywiązały żabę do najwyższej gałęzi (nie sięgnęłam tak wysoko, a zanim przyprowadziłam kogoś starszego to już było po żabie…). Lubiłam kamienie, rozbijać i patrzeć co jest w środku…

O, to podobnie jak ja, tylko, że nie wpadłam na pomysł by je rozbijać, tylko kolekcjonowałam w kartonikach po butach. A kiedy moja kolekcja rozrosła się już na kilka półek mama mi je wyrzuciła. Rozpacz! Na szczęście dziś odbudowuję moje skarby i choć nie przepadam za gromadzeniem przedmiotów to w przypadku kamieni nie mogę się powstrzymać ;-).
O! To ja powinnam znów nad morze jechać, piasku i wody w butelki nabrać! Przywiozłam z pierwszej podróży (tak to była wówczas baaardzo daleka podróż – i już zawsze będzie moją najdalszą!) nad morze. Trzymałam na balkonie i zapraszałam koleżanki, żeby zobaczyły jakie to skarby kryje ten świat. Ale mama wylała, wysypała i po zabawie.
 
A w co jeszcze bawiła się mała Tinka?
Miałam (i mam do tej pory) trójkę starszego rodzeństwa, więc zawsze było co robić i kogo naśladować. Siostry trzymały się razem (ale też się kłóciły każdego dnia prawie!), ale lubiłam po cichu zakradać się za krzakami na małym rowerze i śledzić dokąd chodzą. Ale zawsze to się w końcu wydało, bo starsze były, włóczyły się aż się zrobiło ciemno (na tamten czas to już dla mnie głęboka noc była!) i się bałam, więc koniec końców wystraszyłam się czegoś, psa, łobuzów i przyjeżdżałam na tym rowerku, złe były, że teraz trzeba smarkacza do domu odstawić. Ale największą frajdę sprawiała mi zabawa z bratem. Oczywiście nie chciał za bardzo, chyba że byłam żołnierzem z karabinem, albo dałam się zamykać w beczce po kapuście i mnie turlał po balkonie. Dopóki frajdę miał to się ze mną bawił, ale jak mama wysyłała nas razem do babci to trzymał mnie za rękę tylko do punktu gdzie mama sięgała wzrokiem patrząc przez okno. Potem uciekał, naturalnie…

O rety! Ja też tak chcę! Chociaż może turlanie w beczce bym sobie odpuściła ;-).
Poza tym miałam taką przyjaciółkę, z którą – z miłości do drzew- zrywałyśmy wszelkie przytwierdzone pinezkami ogłoszenia, albo chodziłyśmy po cmentarzu i rozdzielałyśmy znicze, bo na jednym nie było żadnego, a na drugim dwa takie same… Zawsze była jakaś misja do wykonania. A tak to rebusy układałam. I szyfry, które okazywały się potem tak trudne, że sama się gubiłam w znaczeniu. I denerwowało mnie, że cyrylicy nie potrafię odczytać, więc sama przypisałam literkom znaczenie na zasadzie skojarzeń i tak czytałam. Gorzej było potem w szkole, bo zapadła mi w pamięć własna interpretacja i trudno było ją wyplenić.

A kim chciałaś zostać jak dorośniesz? Miałaś jakiś pomysł?
Nigdy tego nie sprecyzowałam, w zależności od tego, czym się w danej chwili zajęłam, jak malowałam to malarką, jak czesałam tatę (przez co przedwcześnie wyłysiał) to fryzjerką, jak się znudziło to lekarzem. Ale najbardziej to odkrywać nowe lądy i zamieszkać wśród Indian. A to szczególnie, kiedy nie lubiłam szkoły. Wydawało mi się wtedy, że mieszkanie w tipi i pieczenie placków na ogniu byłoby dobrym rozwiązaniem. Ale zawsze się bałam, że jak ruszę to zostanę zjedzona i mówiłam mamie, że najbardziej na świecie to nie chcę zostać pożarta przez dzikie zwierzę… Muszę ją spytać co wtedy myślała, bo zapewne łatwiej byłoby jej zrozumieć moje obawy gdybyśmy żyli w Australii…

Skąd w Tobie ta iskra do przygód i podróżowania?
Ta iskra była chyba zawsze, albo ja to tak odbieram, jakby była częścią mnie. Choć wiem, że wszczepiona została przez tatę, który, kiedy tylko mógł, zabierał mnie na wspólne wędrówki, do lasu, na wyprawy pontonem, nocne rajdy z noclegiem w szałasie. To było i towarzyszyło mi od zawsze. I też zawsze niosłam zapałki, bo podczas wypraw każdy z rodziny musiał mieć mały bagaż, jakąś funkcję. A ja, jako najmłodsza, zawsze nosiłam zapałki i czułam się pewna że mnie nikt nie zgubi nawet jeśli powoli idę – w końcu beze mnie ogniska i obiadu nie będzie!

Ach ten Twój tata… Pamiętam jak mi o nim opowiadałaś. Mnie muszą starczyć wspomnienia samej siebie, w różowej spódnicy, wiszącej na płocie, przez który nie udało mi się przeskoczyć tak jak planowałam… A straszne opowieści przy ognisku były? 😉
Opowieści były zawsze, albo wiersze i piosenki, ale nie straszne, choć na tamten moment słuchałam bardzo uważnie „Dziada i baby”Ignacego Kraszewskiego, choć jak dla mnie ten wiersz kończył sięzawsze w najciekawszym momencie. Przyszła śmierć i zabrała oboje razem.. I co dalej? Ale tata mówił że to koniec już. Dziwne. I śpiewał, dużo śpiewał i na każdy temat, jaki tylko dzieciom przyszedł do głowy. Nawet wymyślał sam, by nie powiedzieć, że nie ma takiej piosenki. Dziś wspomina, że nie było to łatwe, ale wtedy, jak dla mnie, tatuś wiedział wszystko. Ale najwięcej było opowieści leśnych, a to o kruku, a to o śladach jelonka… I zagadek typu „Co zrobiłabyś gdyby…?” , co było niezwykle uczącą zabawą, bo chodziło na przykład o przedziurawiony ponton na środku jeziora. W ten sposób uczył nas myśleć i nie wpadać w panikę. Myślę, że to do dziś działa…

Za to dziś wybierasz raczej samotne podróżowanie. Dlaczego?
Chyba wtedy bliżej siebie jestem i jest to taka adrenalina, wyzwanie, pokonanie czegoś.
Wiesz, samotność się nie zdarza, nie ma tam na nią miejsca. Bo nawet gdybym chciała iść do hotelowego pokoju i pobyć sama to i tak prawie nigdy nie nocuję w hotelu, nie udaje mi się to, bo jak tak idę sama z dużym plecakiem to zawsze mnie ktoś ciekawski do domu zaprosi i tak już zwykle zostaję na kilka dni.
To takie pierwotne troszczyć się o spanie i jedzenie, stawanie z człowiekiem twarzą w twarz nie znając jego intencji. I ten kontakt, taki żywy, naturalny, bez masek…
Jak jestem z kimś, też jest fajnie, ale odczuwam jakąś większą odpowiedzialność. Ale od pewnego czasu mam znakomitego partnera, który odnalazł się obok mnie już pierwszego dnia podróży, gdy w moim roztargnieniu zamówiłam nocleg w Gruzji i okazało się, że zaznaczyłam niepoprawną datę. Ale był tak samo szczęśliwy jak ja, że możemy spać na tarasie, do picia mamy małą butelkę wina od celnika i deszcz gra nam do snu. Za to o 5.00 nad ranem zimno tak przebudziło, że lepiej było wstać i zbadać miasto o świcie. Od tamtej pory śmiało pakuję walizki razem z nim i choć nie był jeszcze w tak dzikich zakątkach jak ja, często odkrywam zakamarki, do których sama bym nie trafiła. I wreszcie mogę spacerować po zmroku, czego zwykle samodzielnie podróżującym kobietom się nie zaleca.
Mimo to nadal lubię samodzielnie, jest inaczej, więcej osób poznaję, inne historie potem opowiadam. Po prostu, rzecz dzieje się zupełnie inaczej, a ja muszę sobie poradzić sama i już.
A spać można ze słoniami, zawsze przytulą i jest trochę jak przy grzejniku ;-).
 

No chyba, że akurat goni Cię dość naburmuszony nosorożec… Pamiętam jak przysłałaś mi smsa tuż po tej akcji… Siedzę sobiew miłej Gdyni, z dala od dzikich zwierzaków, morza szum, ptaków śpiew, a Tina jak Tomek Sawyer przygody przeżywała w tym czasie ;-).
Chyba nie chcę nawet o tym wspominać! Dżungla przepiękna była pierwszego dnia, a drugi dzień to był koszmar… Wówczas obiecałam sobie, że nie wyjadę już nigdzie, wrócę do Polski, kupię dom na wsi i będę tam siedzieć! Nie ma mowy o podróżach! Ale nie wytrzymałam, za to powiesiłam nad łóżkiem zdjęcie małego nosorożca, żeby oswoić demony. Do dziś nie mogę się nadziwić jak to pięknie chodzić po polskim lesie i nie bać się, że coś mnie przegoni i pożre. Myślę o tym za każdym razem. Nie chce już spotkać nic, co jest większe ode mnie. Ale niestety o to nietrudno, 158cm – niecałe! – to wielkie osiągnięcie nie jest ;-).
 
Co jest dla Ciebie najtrudniejszego w Twoich wyprawach?
Moja ciocia często wraca wspomnieniami do dnia, gdy jako mała dziewczynka po raz pierwszy zobaczyłam morze. To było w naszym polskim Mrzeżynie. Zobaczyłam i przejęłam się tak, że nie chciałam podejść bliżej. Wielkość i zjawiskowość była porażająca i pamiętam, jak wujek chwycił mnie za rękę i pokazał jak piasek płacze gdy po nim stąpam. A ja wierzyłam wtedy, że on faktycznie płacze! Bo takiego pisku pod stopami nigdy nie słyszałam, na żadnym podłożu. I tym sposobem, coraz szybciej i dużymi krokami, by już nie płakał, pobiegłam do wody. Wtedy po raz pierwszy pokonałam strach, nie potrzebowałam już dłoni.
Bywają chwile trudne, ale nie wynikają one z poczucia wewnętrznego braku czegoś, lecz raczej trudności z zewnątrz, na przykład formalności. Najczęściej dotyka bezradność, gdy na przykład chciałam ruszyć w Himalaje bez tragarza, zabukowanych wcześniej noclegów i gotować sama, to okazywało się to niemożliwe. Bo tak nie można i już. Ale w końcu dopięłam swego, na drodze stanęli odpowiedni ludzie i pomogli mi zorganizować temat po swojemu.

Takie wyprawy zmieniają… I ten świat zewnętrzny, ale chyba przede wszystkim wewnętrzny…
Gdyby nie podróże, moja świadomość o świecie nie byłaby taka, jak jest w tej chwili. Nie byłabym taka sama, pewnie pozostałabym z moim lękiem przed zniknięciem w paszczy drapieżnika… Ale ta świadomość dokucza i boli czasem, bo ludzie wokół często tak mało rozumieją…
Za to na wewnętrzny świat jest czas i go nie ma zarazem. Dzieje się w każdej chwili, coś się zmienia w środku, dochodzi do głosu zupełnie inna, nowa ja, ale jednocześnie nie uświadamiam sobie tego tak od razu, raczej po powrocie. Tam gdzie jestem, tam płynie moje życie. Inne niż tu, w Polsce, a jednak jest ono cały czas moje, tyko w innym otoczeniu, z innymi ludźmi, są inne wydarzenia, więcej rzeczy jest nowych, więcej dziwi… Ale nowe zawsze zmienia i otwiera umysł i dzieje się to jakoś samoistnie. Jedno wiem, raczej nie znajdę zakątka na tej ziemi, w którym zapuszczę korzenie. Bo choćby była to przepiękna himalajska wioska, miejsce przyrodniczo wymarzone i życie, choć niełatwe to przepiękne z tym rozpalaniem ogniska w kuchni, by ugotować ryż, gandzią zrywaną, by nakarmić kozy i kolacjami przy świetle księżyca to i tak będę tylko do takiej wioski wracać. Bo ciekawi co wokół, sprawdzić muszę co za rogiem – taka już jestem, że najlepiej mi w drodze. Tego się o sobie dowiedziałam.

Twoje wyprawy często są wymagające też fizycznie, jak się przygotowujesz do wyjazdów?
Biegam, choć nie bardzo to lubię. Ale już wiem, że trzeba, bo zwykle się zdarza, że muszę uciekać… Jak nie przed nosorożcem to przed irańską policją. Kondycja ogólna jest ważna, nogi, silne ramiona, stąd przedtem wyprawy po lesie z plecakiem. Albo nawet po mieście, byle z obciążeniem, to potem jest dużo łatwiej. I na rowerze jeżdżę kilometrami, często po krzakach, nie po asfalcie, bo to bardziej wymagające, tak w trudnym terenie.

Pewnie nie raz w drodze pojawiały się różnego rodzaju trudności, jak sobie z nimi radziłaś?
Trudności są wpisane w podróż i zawsze wyruszam z tą świadomością. Ale nie ma takich sytuacji, na które nie przyszłoby rozwiązanie. Grunt to zachować spokój, niejako przeczekać. I znaleźć pozytywy. Bo skoro utknęłam w jednym miejscu i nie mam jak ruszyć dalej to oznacza że po coś tu jednak miałam utknąć. I choć klnę na wszystkich świętych czasem to i tak nie mam wyjścia i do przodu nie ruszę… Zatem rozglądam się co się dzieje, a coś dzieje się zawsze. Co innego może choroby… Z tym już ciężko.

Nepal…
Tak… Pamiętam, jak tak zachorowałam i po wejściu do wynajętego w hostelu pokoju zrobiło mi się czarno przed oczyma i upadłam. Nie wiem ile leżałam i co mnie podniosło, ale wiem, że bardzo brakowało kogoś kto poda szklankę wody. Dlatego kolejne dni, nie mogąc wyjść z choroby, przesiedziałam na krawężniku pod tymże hostelem. I co się wtedy wydarzyło? Pewien młody człowiek przysiadł się do mnie, widział, że nie jest najlepiej, więc przyniósł chleb, zabrał na herbatę, a potem podpowiedział o lokalnych środkach, które mi pomogą i zaprowadził do lekarza. Innym razem spotkałam buddyjskiego Lamę, który towarzyszył mi podczas trekkingu i uchronił przed zapadnięciem w śpiączkę w chorobie wysokościowej. A ja naprawdę nie wiedziałam, że to już na tej wysokości dopada taka choroba. Czytałam o tym, ale pomyliłam swój stan ze zwykłym przemęczeniem. I ten Lama został ze mną na pewnej wysokości, dopóki się zaaklimatyzuję. I w ten sposób poznałam Mistrza. Wiele się potem wydarzyło, bo to niezwykły człowiek i ogromnie mi pomógł, dużo mądrości przekazał, nauczył, do tej pory jesteśmy w kontakcie, ale takim duchowym, medytacyjnym. Przychodzi w snach w trudnych momentach życia i z podpowiedzią. To mój tajemniczy przyjaciel, bo nigdy nie poznałam jego imienia, ale to spotkanie wiele zmieniło w moim życiu. Nie chcę wiele mówić, bo nie czuję, że powinnam. Kiedyś próbowałam pokazać kuzynce zdjęcia z tego wspólnego trekkingu, ale otworzyły się tylko w połowie. Tak, że nigdy nie poznała jego twarzy. Nie potrafię tego wytłumaczyć, bo wszystkie zdjęcia otwierały się na całym ekranie, tylko tych trzech nie mogła zobaczyć. Dlatego przemilczę tę historię… Powiem tylko tak lama„wyjął” ból z kręgosłupa, wezwał duchy na wspólną kolację i nauczył latać. Serio, widziałam siebie siedzącą na kamieniu w otoczeniu gór. Ty znasz tę historię. Ja nie potrafię o tym wiarygodnie napisać, ale chętnie spotkam się z tymi, którzy myślą, że się po prostu „spaliłam” ;-).Zresztą to nie jedyna historia, bo i szamanki afrykańskie mnie pod niebo wysłały…na kromce chleba.. Ale wystarczy ;-).

Wiem, że Twoją miłością jest Afryka. Byłaś tam i budowałaś plac zabaw. Co Cię podkusiło żeby tam wyjechać?
Nie rozważam na temat walorów kuszących, by odwiedzić dane miejsce. Ciągnie mnie zwykle w takie, o których nic nie wiem, nie słyszałam. Na przykład Surinam – gdzie to właściwie leży? Stolicę Paramaribo ma, to pamiętam z geografii, ale więcej nie wiem. Ale gdybyś rzuciła mi hasło, że jest bilet i trzeba tam jechać to tylko pogodę sprawdzę, żeby wiedzieć jak się ubrać. No, może jeszcze kilka spraw, ale to już raczej pro forma, bo TAK już dawno się rzekło. Podobnie było z Afryką. To pierwsza moja podróż i to tak trochę jak z pierwszą miłością. Już zawsze będzie budzić emocje. Był koncept budowy placu zabaw – symbolicznie, konstrukcja w kształcie tęczy. I pojechałam, nie wiele wiedząc na temat budowania, a jeszcze mniej na temat czarnego lądu.
Co zapamiętałaś z tego wyjazdu najbardziej?
Pamiętam, że to wszystko nie było łatwe, całe to szlifowanie, wykrajanie, śrubowanie, ale to była niesamowita frajda i ta współpraca, trud integrowały nas ze sobą. A organizatorzy to cudowni ludzie i organizowali nam niezapomniane wieczory, zawsze z tych, trudnych niekiedy, rozmów coś wynikało, poszerzały się horyzonty, w jakiś sposób to otwierało na „inność”. Dla mnie dodatkową barierą było brak znajomości języka angielskiego. Wiele musiałam się domyślać, albo ktoś mi tłumaczył na niemiecki. Śmiesznie, bo angielskiego nauczyłam się tam i był to angielski, jakim mówią Afrykanie „yvry wynsdej ajm goin tu skuul”. Z takim akcentem na początku mówiłam, i z tym podkreślonym „er”! A teraz tłumaczę gry z angielskiego na niemiecki. Nie, naprawdę nie trzeba znać języka, żeby podróżować.
A w pamięci utkwiła mi jeszcze wizyta w hospicjum i te dzieci z wirusem HIV, które przychodziły do nas. Pewien mały chłopiec umarł właściwie na moich rękach. Trudne to było dla mnie bardzo. Jak go zobaczyłam to jakaś siła pchnęła mnie, by podbiec do niego, mimo że nie wolno nam było, bo to była umieralnia. Ale weszłam do tej umieralni, chwyciłam go za rękę i płakałam, bardzo chciałam być wtedy chora – ja, nie on. Taki maleńki był, 4 lata miał i chciałam zrobić wszystko, by mu pomóc. I chyba pomogłam, bo bardzo długo się męczył, a umarł zaraz po mojej wizycie. Ja po tym wszystkim zasnęłam na trawie pod drzewem. Zabrakło mi energii, by iść dalej, choć jeszcze nie wiedziałam, że on już odszedł. Po prostu wyszłam stamtąd i zasnęłam.


Podróże podróżami, ale z czegoś trzeba się utrzymać. Często podróżnicy mówią, że na to wcale nie potrzeba aż tylu pieniędzy, że to kwestia priorytetów. Jak to jest w Twoim przypadku? Jaki jest Twój czas przed podróżą?
Taki, że jest znośny najbardziej wówczas, gdy w perspektywie jest już jakaś podróż. Żart 🙂 Na miejscu mam naprawdę wiele do zrobienia.
Nie wiem, jest marzenie i są środki. Kiedyś bardzo lubiłam swoją pracę – testowanie gier, ale już do niej nie pasuję. Niebawem lecę na Jamajkę i zrezygnowałam ze stałej pracy, umowy i 26 dni urlopu. Bałam się ogromnie tej decyzji, ale nie mam dzieci na utrzymaniu, więc jedynie ja poniosę jej konsekwencje;-) I jedyne co słyszę od ludzi po jej podjęciu to „Gratuluję!”, a to niezwykle wspierające. Natomiast kilka dni temu otrzymałam informację, że czeka mnie ogromne zlecenie tłumaczeniowe, praca na cały rok! Miałam w tym niejaki udział, bo już wcześniej podpisałam umowę ze znajomym człowiekiem, który sam mnie w świat tłumaczeń wprowadzał, ale zwykle sam taki warsztat nie wystarcza, to jest ciężka praca i nie daje pewności stałych zleceń. I tych zleceń była garstka do tej pory. A teraz nagle przyszło… przypadkiem?
A czy trzeba fortuny? Chyba nie, bo jakoś nigdy jej nie miałam, a z plecakiem przewędrowałam już parę zakątków. Ba, większość energii i swojej pracy oddaję po prostu, w ramach wolontariatu, na przykład w warszawskim Domu Spotkań z Historią. A ostatnio zagrałam w Teatrze Powszechnym, też jako wolontariusz. I dostałam mnóstwo w zamian, nie da się przeliczyć na pieniądze. Ale też zawsze ktoś zna gdzieś w świecie kogoś i w ten sposób też da się podróżować.

Mimo wszystkich trudności napotkanych po drodze (choćby tych fizycznych) nie ma mowy by przestać? Nie masz momentów zwątpienia?
Zazdroszczę ludziom, którzy znajdują radość i spokój w codzienności. Mieszkają na wsi i są szczęśliwi. Ja też jestem, ale moja dusza nie jest spokojna. Chyba taka karma… Bo siedzę tutaj, a tymczasem… no, co jest za rogiem???
Raz doszłam do wniosku, że całe to podróżowanie jest bez sensu, bo przecież świat się zmienia i co z tego, że znam uliczki południowoafrykańskiego Soweto, jeśli za 10 lat już tam wszystko będzie inaczej? To ja przecież znów muszę tam jechać i poznać na nowo!! I tak bez końca, każdy zakątek! A tyle już pisano o Afryce i tej Afryki tak naprawdę już nie ma! To śmieszny powód, ale tak mi kiedyś do głowy przyszło. Ale na szczęście to nie tylko przez podróże można wiele poznać. Dostałam w prezencie od ukochanego Antologię Polskiego Reportażu XX wieku. Przepiękny prezent, to tak, jak by mi podarował cały świat! Dwa tomiska, nie mogę przestać czytać i wcale nie ze względu na objętość. I tego świata tamtych czasów też już nie ma. Za chwilę nie będzie tego, który widzę ja. Dlatego oglądam i to nigdy nie jest za dużo...

Pamiętasz swoje największe dotychczasowe marzenie, które się spełniło?
Sen się spełnił i zarazem marzenie. Jak byłam mała, wielokrotnie miałam sen, że wyglądam przez okno (a mieszkaliśmy wtedy na drugim piętrze w bloku), a tam pod moje okno podchodzi słoń. Wsiadam na jego grzbiet i ruszamy razem na wędrówkę. Potem zakochałam się w Kingu z „W pustyni i w puszczy” i zazdrościłam małej Nel, że na słoniu jeździ i bardzo przeżywałam historię, kiedy usiłowali razem ze Stasiem uwolnić Kinga z wąwozu. Marzyłam, by jeździć na słoniu i tak się spełniło. Oczywiście zeszłam z niego dość poturbowana, bo choć delikatnie stąpa, tak niestety sięga koron drzew. Nie myślałam o tym, że tak chcę i co mam zrobić w tym kierunku, ale wierzyłam, że mnie drogi do takiego punktu prędzej czy później zaprowadzą.

A o czym marzy Tina teraz?

Marzę, by ruszyć na kilka miesięcy w surowe warunki i nagrać film przyrodniczy. Nie wiem czemu akurat tak, ale w tej wizji przeważa krajobraz zimowy i wiele trudu, nieprzespane noce, podglądanie przyrody o każdej porze dnia, prace filmowe i badawcze. I zorza polarna… Mogłoby przyjść do mnie może jakieś mniej wymagające marzenie i nie rozumiem dlaczego w tym trudzie widzę siebie szczęśliwą, no ale marzenia są marzeniami… I nie patrzą na to, że przecież ja przeklinam, kiedy mi bardzo zimno…tym bardziej nocą…

PS Sis idź bez lęku szczęśliwa. Niech Cię bocian niesie wysoko na swoich skrzydłach…

Podziel się KawuląShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

4 komentarzy do „Muszę sprawdzić co za rogiem…”

  1. Dobrze, że są jeszcze ludzie, którzy tak pięknie inspirują do działania 🙂 Ale o turlaniu po balkonie w beczce po kapuście to pierwszy raz słyszę… Tutaj punkt za kreatywność dla brata ;P

    Renata

  2. Tinko masz niesamowitą osobowość.Zachwycasz mnie i inspirujesz.Świat byłby wspaniały gdyby było więcej takich wspaniałych osób jak Ty.Powodzenia w dalszej drodze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *