Love story
Kawula inspiruje Życie wewnętrzne Kawuli

Love story

I

Urodziłem się 14 lutego 2015 roku. Podobno to dzień zakochanych. W zasadzie to nie do końca wiem jaka była wtedy pogoda bo pierwszy raz oczy otworzyłem dopiero kilka dni później. Nazywano mnie dzieckiem miłości i w ogóle… Może to i prawda, ale jak wytłumaczyć to, że byłem kochany jeszcze przed narodzinami? Jak wytłumaczyć to uczucie, które ludzie nazywają przeczuciem? Nie wiem… Wiem tylko jedno, że kiedy dwa miesiące po narodzinach JĄ zobaczyłem, wiedziałem, że to ONA, że to uczucio-przeczucie właśnie znalazło swoje przeznaczenie. (Nie wiem dlaczego, ale słowo przeznaczenie wydaje się być całkiem na miejscu. ONA też go użyła, a ONA wiedziała tak samo jak ja. I miała to samo uczucio-przeczucie, więc nie mogło być inaczej).

II

Od zawsze chciałam mieć psa. W zasadzie urodziłam się do tego by cztery łapy i czarny mokry nos kręciły się blisko mnie. I tak też było. Moje dzieciństwo to same mokre czarne nosy. Okres dorastania podobnie. Dwa mokre nosy w jednym mieszkaniu. Jeden należał zdecydowanie do mnie. A kiedy wyjechałam na studia, a chwilę później już na zawsze zabrakło nosa wraz z jego całym właścicielem, wiedziałam, że to nie koniec, że jest coś więcej. Wiele lat żyłam z dziwnym przeczuciem, że już niedługo. Że jeszcze trochę. Ale ciągle to nie był ten moment i wiedziałam, że nie mogę go za nic przyspieszyć. Że jak ten dzień nadejdzie to po prostu się stanie i już. I stało się. Pewnego dnia spakowałam walizki, wyjechałam za wodę szeroką, za góry wysokie, a parę miesięcy po tym incydencie obudziłam się i powiedziałam: już czas. Dwa tygodnie po decyzji, wybór padł na pieska, który miał zawitać na świecie „na dniach”. Wiedziałam, że to ON i nie było innej opcji, choć hodowczyni była raczej sceptyczna i powściągliwa w kontakcie (cóż, trudno się dziwić patrząc jak wielu jest nieodpowiedzialnych właścicieli psów…). Urodził się w niedzielę 14-ego lutego. W Walentynki, których w zasadzie nigdy nie obchodziłam. Ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że oto prawdziwa miłość zawitała do mojego życia, choć musiałam czekać całe długie dwa miesiące by ją osobiście przytulić. To było przeznaczenie. Nie mogło być inaczej. I ON też to wiedział.

III

Jak tylko JĄ zobaczyłem WIEDZIAŁEM. Poznałem moje przeznaczenie i było mi z tym naprawdę dobrze. Tego dnia jak zwykle bawiłem się beztrosko z moim bratem, kiedy usłyszałem, że ktoś wszedł do naszego domu. Poruszenie wielkie. Ach jakże wszyscy byliśmy ciekawi kto to i gdzie to! I w końcu się doczekałem! Ruszyłem ile sił w łapkach, a kiedy JĄ zobaczyłem cały świat zniknął i była tylko ONA. Spokojnie podszedłem, stanąłem naprzeciwko niej, popatrzyłem w oczy i już po chwili pływałem sobie szczęśliwie jak w brzuchu u mamy, i niczego się nie bałem, choć wiedziałem, że za chwilę zmieni się całe moje życie. Moje małe serduszko biło jak szalone od tego całego przeznaczenia, ale mimo wszystko usiadłem przy JEJ nogach spokojnie, kiedy mój brat pognał dalej jakby w ogóle JEJ nie zauważając. (No przyszedł po chwili i rozwiązał JEJ różowe sznurowadła i tyle go widzieliśmy). I słusznie. Przecież ONA była moja.

IV

Nie mogłam się doczekać… Naprawdę skreślałam dni i z utęsknieniem czekałam na aktualizacje zdjęciowe z podolsztyńskiej hodowli Rawipon. Możliwe, że byłam (jestem) ciut nawiedzona, no mogło to tak wyglądać z boku, ale to nie tak… Po prostu nie mogłam inaczej bo jakże być takim opanowanym kiedy wypełnia się przeznaczenie, a wraz z nim świat już nigdy nie będzie taki sam? (No dobra, zrzućmy to na moją uczuciowość, ale ci co mają podobnie nie dadzą się oszukać ;-)). Poleciałam do Polski samolotem. Powrót pociągami. Dobry duch operacji, Dorota, pomogła mi. Odebrała, ugościła, zawiozła do NIEGO, zabrała do swojego domu byśmy ochłonęli kilka dni. I była świadkiem mym sceny naprawdę magicznej, bo inaczej chyba bym myślała, że sobie coś uroiłam… Emocje mi puściły totalnie i oczy się zaszkliły kiedy ON stanął na przeciwko mnie, a potem z całą swoją małą, psią pewnością usiadł przy nogach i koniec. Stało się. I ON i ja dokonaliśmy świadomego wyboru. Od tej chwili należeliśmy do siebie. I oboje wiedzieliśmy ile to zmieni w naszych życiach.

V

Czy się bałem? Może trochę? No bo ONA zabrała mnie do wielkiego burczącego czegoś co niby ma nazwę samochód. I było mało przyjemnie i głośno i daleko od mamy i brata i siostry i zapachów z kojca. I choć piszczałem, no dobra, płakałem dość mocno… to jakoś w sercu było mi spokojnie. Bo kiedy przeznaczenie wypełnia się tak jak to moje, może być tylko lepiej. Zmęczony płaczem wtuliłem się w JEJ mięciutką kurtkę, nos włożyłem w zgięcie między uchem i ramieniem, a kiedy poczułem zapach miłości znalazłem ukojenie. A potem było już tylko lepiej. W końcu ten hałasujący samochód się zatrzymał, a ja poznałem Dyźkę i zrobiłem pierwsze siku z dala od domu! Co za cudowny biszkopcik z tej Dyzmy! Choć na początku nie chciała się ze mną bawić to po paru godzinach trochę mi była matką, a po dwóch dniach umiałem już chodzić po schodach i to dzięki niej! A ONA? Ach… Chyba przejmowała się dużo bardziej ode mnie, martwiła się, że ja tak daleko od mamy, że może mi smutno i w ogóle, ale mi wystarczało kiedy ONA była blisko i nawet długa podróż do mojego nowego domu nie była taka straszna. Spałem na jej butach z różowymi sznurowadłami i wcale nie miałem ochoty się psocić i ich rozwiązywać. Wiedziałem, że wszystko jest dobrze takie jakie jest. I ufam JEJ oczom bezgranicznie.

VI

Czy się bałam? Jak cholera! A co jeśli nie będzie chciał ze mną pojechać? A co jeśli nie będzie jadł? A co jeśli będzie płakał długo? A co jeśli ja się nie nadaję? To już dwa lata i 4 miesiące odkąd jesteśmy razem, choć mam wrażenie, że całe życie. Nadal od czasu do czasu wilgotnieją mi oczy kiedy na niego patrzę, choć jeszcze dziesięć minut temu wkurzał mnie do bulgotu wątroby. W dniu w którym go wybrałam, poznałam czym jest prawdziwa miłość. I choć doświadczałam jej tu i ówdzie i choć moje psy też kochały właśnie tak, to Gandhi jest inny. On szlifuje mój charakter i często jest dużo mądrzejszy ode mnie. On sprawia, że moje serce topnieje. On sprawia, że chcę być lepsza. On sprawia, że słowo odpowiedzialność nabrało nowego znaczenia. On sprawia, że każdego dnia doświadczam miłości, połączenia i porozumienia bez słów, gestów. Nawet bez dzielenia jednej przestrzeni. I ufam JEGO oczom bezgranicznie.

z pańciąVII

Historia trwa. Ciąg dalszy pewnie nastąpi. Na razie bohaterowie żyją szczęśliwie razem, pasą się na łąkach, gonią motyle, razem słuchają jak morze szumi oraz nawiązują wspaniałe psio-ludzkie znajomości. Oraz czasem się na siebie obrażają, ale tylko po to by po chwili kulać się razem po podłodze i trącać noskami ;-).

Podziel się KawuląShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *