Intensywnie, inspirująco i masażowo czyli Kawula w podróży
Kawula inspiruje

Intensywnie, inspirująco i masażowo czyli Kawula w podróży

 

sok IMG_0006Dwa tygodnie magii, która dla mnie już powinna być codziennością, tylko ze swojego magicznego powodu nie przestaje mnie zaskakiwać i zadziwiać. Ruszyła Kawula do Polski masować, odwiedzać, spotykać, być. Podróż to była bogata w przeróżne doznania i wirująca intensywnością. Rodzinne spotkania po latach, odnowione kontakty, babcina drożdżówka i jajka świeżo wyciągnięte spod kury. Pociągi. Autobusy. Pozytywne zmiany okoliczności przyrody. Dźwięk walizki toczącej się po kostce brukowej i jazda oszkloną windą. Garść inspiracji fotograficznych Rafała Grądzkiego i jego opowieści o Stambule w Sztuce Wyboru w Gdańsku. Zawirowała dusza z sufimi oj zawirowała!

Spotkanie z nieznajomym sprzed kilku lat, który stał się już mniej nieznajomy po kilku wypitych kawach i spontanicznym seansie filmowym w kameralnym kinie.

Chwile z przyjaciółką i wspólne szwendanie się po naszej ukochanej Gdyni, zjedzone lody, wypite piwo, nawet chipsy były i gapienie się na fale, i kawy, i dobre jedzenie, i milczenie, i gadanie, i mądrości, i głupoty, i ‘oglądanie’ meczu przez Whats App :-).

I spotkania Lomi Lomi Nui. Też takie po latach. I takie całkiem świeże, nowiuśkie. Uwielbiam takie wyzwania. Kilkanaście masaży w krótkim czasie. Nie przestaje mnie zaskakiwać moje ciało, jego poszerzające się możliwości i siła w nim drzemiąca. I nie ma zmęczenie fizycznego. I głowa odpoczywa w falującej medytacji. I pusto. I lekko. I nawet jeść się nie chce. Więc jeśli przerwa pomiędzy masażami wypadała to myk, na plażę, twarz ku słońcu wystawić, najeść się ciepła do syta. Oczywiście wypić cappuccino, zamknąć oczy, czuć, smakować, być.

Te dwa tygodnie przyniosły mi dużo więcej niż się spodziewałam. Zabiło serce, rozbłysły oczy, pogłębił się oddech, przybyła fala nowego. Marzenia podskoczyły radośnie, bo przyszedł czas realizacji. Plany zacierają ręce bo się poukładały. Dusza powiedziała „nareszcie w domu”…

Decyzje zostały podjęte i osadzone w centrum Kawuli pilnują bym nie pobłądziła.

Wracam. Do jeszcze pełniejszej siebie. Wracam. Do szumu fal i gdyńskiego wiatru dzielącego się trójmiejskimi wieściami o wschodzie i zachodzie słońca. Wracam. Do znajomych ulic i nowych miejsc na nich wybudowanych. Wracam. Do ludzi tych których znam od dawna, mniej dawna i tych, których dopiero poznam. Wracam. Do nowych wyzwań, nowej jakości, nowego mieszkania. Wracam. Do Trójmiasta. Cała Kawula i jej pies. Niedługo pożegnam Niemcy, dziękuję za wszystkie cenne doświadczenia i idę dalej. Domykam sprawy, otwieram, sprzątam, układam, ogarniam, a kiedy nie ogarniam czegoś, rozkładam ręce i siadam by samo się działo…

Nie było łatwo przez te dwa tygodnie. Myśli kołatały się po głowie wywołując niepotrzebne turbulencje bo w finale wszystko się pięknie wyklarowało i puściło wolne w przestrzeń przynosząc jeszcze więcej spokoju i wewnętrznego uśmiechu. Musiałam na chwilę zaniemówić by usłyszeć głośniej intuicję, która dodawała odwagi i mówiła: ‘Kawula, tyle razy dałaś radę, poradzisz sobie i teraz. Będzie dobrze, a nawet lepiej. Czy kiedykolwiek Cię zawiodłam?’.

Chwilę przed odlotem zjadam o 7 rano śniadanie w Loveat na dworcu głównym w Gdyni. Sałatka, smoothie egzotyczny i… tak! Cappuccino! I przeżuwam powoli. Łykam. Smakuję. Obserwuję ludzi. Mam czas. Nie spieszę się. Wszystko jest tak jak ma być. Ktoś obserwuje mnie. Podobno wyglądałam na zmęczoną. A może jestem w ciąży… Uśmiecham się na te nowiny. Zmęczona po końcówki loków, ale to takie pozytywne zmęczenie, kiedy wraca się do domu po dobrze wykonanej pracy i zasypia snem jakiego się jeszcze nie doświadczyło… W ciąży… A jakże! Nowy etap w życiu w końcu się rodzi! Dopijam kawę i ruszam na lotnisko.

W domu czeka na mnie czworonogie szczęście. Jego radość i głupawka przeplata się z pretensjami dlaczego tak długo mnie nie było. W końcu Gandhi się uspakaja. Leżymy na podłodze. Jego kudłata głowa na moim ramieniu. Równomierny oddech. Jego i mój. Opowiadam mu o wszystkich przygodach ostatnich dni. Słucha. Czuje. I jest gotowy na te, które przeżyjemy wspólnie ;-).

A w skrzynce na listy niespodzianki! Pocztówki, listy, słowa pełne ciepła, pozdrowień, nadziei, radości, marzeń. Ucieszyłam się niezmiernie! Obcy ludzie z różnych stron świata! Była Majorka, Wyspy Kanaryjskie, Hiszpania, Niemcy, Madera. Każde jedno słowo dla mnie cenne, łączące mnie subtelnie z kimś gdzieś, kto czuje podobnie, kto dziękuje za kawulowe inspiracje, kto ma marzenia, kto się boi, kto pokonuje coś w sobie, kto żyje tu i teraz. Ja to mam szczęście! Wiem wiem pisałam już o tym, ale to wspaniałe być swoim własnym marzeniem. Dziś jestem znowu bliżej siebie niż dwa tygodnie temu.

Tymczasem pora na cappuccino. Zaraz trzeba ruszyć do kolejnych spotkań i rozprzestrzeniania lomi magii ;-).

Podziel się KawuląShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *