Dzika Dada
Kawula pyta

Dzika Dada

nefryt2

Ach cóż to było za spotkanie… Dawno temu i nie tak bardzo… Nieznajoma z nieznajomą w cieniu parasolki chowały się przed upałem i wycisnęły z rozmowy ile się dało. Było o sprawach ducha i ciała. Było lekko i wesoło. Było inspirująco i radośnie. Było naturalnie i prawdziwie. Po naszej rozmowie było jeszcze jedno spotkanie, mniej wywiadowcze, równie pękate w uśmiechy. I choć ja mieszkam tu, a ona tam to mamy siebie blisko w sercu i pewnie prędzej niż później los nasze drogi splecie. Na razie tu, na Aloha Świat, dzielę się fragmentem Darii Zaradkiewicz, której blask niech i Was dosięgnie. A żeby jeszcze bardziej umilić sobie czytanie, posłuchajcie jej głosu

Wiesz co? Nic o Tobie nie wiem… Dowiedziałam się o Tobie od znajomej, która stwierdziła, że zna kogoś kto pasuje na Aloha Świat. Z pasją. Robi różne ciekawe rzeczy. Że też masuje, ale… Konie! Podała mi Twój numer telefonu. Nie miałam wątpliwości, że fajnie będzie Cię tu gościć. To opowiadaj o tych koniach!

Bardzo się ucieszyłam na Twój telefon, bo tak się okazuje, że też dużo o Tobie słyszałam, więc fajnie, że możemy sobie wypić teraz kawę, zjeść ciacho i pogadać. Mam wielkie szczęście do ludzi, których spotykam. Jestem tu dzięki pewnej niezwykłej Agnieszce, i poznaję kolejną niesamowitą. Nic nie dzieje się bez powodu… Opowiadać… a lubisz konie?

Jasne! To moje niezrealizowane marzenie. Jako dziecko miałam kontakt jedynie z kucem i od tego czasu nic więcej się nie wydarzyło. Dziadek obiecał mnie zapisać na kurs, ale nie zdążył, umarł, ale moje marzenie i miłość do tych zwierząt ciągle we mnie tętni. Pewnie przyjdzie dzień… Na razie wszędzie gdzie mam okazję to głaszczę i te z którymi miałam styczność zdecydowanie to lubiły.

Super! Mnie konie fascynują od zawsze. Mogłabym na nie patrzeć i patrzeć. Nie jestem trenerem, ale uważam, że zanim ktoś wsiądzie na konia powinien go najpierw poznać, poobserwować, spróbować się zbliżyć. Wyobraź sobie, że ktoś Ci chce wsiąść na plecy. Wbrew pozorom koń nie jest zwierzęciem stworzonym do tego, żeby nosić duże obciążenia na sobie codziennie, regularnie, przez wiele godzin czy lat (mimo sprzyjającej anatomii i silnym mięśniom grzbietu). Jak każde pracujące stworzenie, zasługuje na regenerację, a często i rehabilitację. Z przykrością stwierdzam, że niewielu polskich właścicieli myśli o tym, żeby dać konikowi np. rok przerwy od tej pracy…lub rozmasować napięte mięśnie i pozwolić na relaks.

To Ty tak po Indiańsku raczej? 😉

Blisko mi do tego, to prawda ;-). Interesuję się naturalnym jeździectwem i metodą Monthy’ego Robertsa  oraz Pata Parellego, które mówią o tym, że najlepiej byś stał się człowieko-koniem (stąd nazwa Natural Horsemanship), żebyś tak naprawdę poczuł i rozumiał konia. Uczysz się końskiego języka by nawiązać z nim współpracę. Tak by sygnały, które do niego wysyłasz były jasne i czytelne, a nie bazowały na strachu i zmuszaniu. Podejście Robertsa, Parellego (i wielu podobnych nauczycieli) do koni jest mi bliskie, długo szukałam kogoś, kto myśli podobnie jak ja. Czułam, że jestem jakaś dziwna, bo nikt mnie nie rozumiał kiedy chciałam jeździć na oklep. Wszyscy pukali się w czoło i nie chcieli mi konia dać. Już jako dziewczynka czułam, że wędzidło czyli to, co koń ma w pysku, a za co początkujący jeździec najczęściej ciągnie wodzami (potocznie lejcami) jest dziwne i mało naturalne. Sama nie potrafiłam sobie wyobrazić, że mogłabym w tak delikatnym miejscu jak usta trzymać metalowy bądź w najlepszym razie gumowy kawałek materiału, który nieustannie pracuje. Buntowałam się i chciałam być jak Indianie – jak najmniej „narzędzi”, sznurki i  jazda na oklep i to wystarczy. Zaskakującym argumentem dla mnie był fakt, że to właśnie bez siodła cała moja postawa jest prosta i prawidłowa. W siodle czuję się niewygodnie, a moje plecy jakoś dziwnie się układają i jest mi mało komfortowo. Mimo, że mam dość kościsty tyłek i miałam koszmarne otarcia, nie zniechęciłam się do jazdy na oklep. Osobom o podobnym problemie z całego serca polecam pady do jazdy na oklep, dostępne w internetowych sklepach, nieporównywalnie tańsze od siodeł 🙂 Do tego dużo działałam na własną rękę, sprowadzałam sobie zagraniczne książki i tak się uczyłam, że to co dla jednych wydaje się szalone, dla innych jest naturalne.

Buntowniczka z Ciebie, pewnie łatwo nie jest… ale fajnie że słuchasz intuicji.

No tak już mam… Buntowałam się też przeciwko batom. Nie używam ich i nie będę. Nigdy nie chciałam uderzyć konia, nawet jeśli miałoby to być tylko mobilizacją.  Baty są potrzebne według większości instruktorów, na których trafiałam… Nie chciałam się tego uczyć, choć mówiono mi, że na takiego i takiego konia nie można bez bata, bez wędzidła, bez siodła. Zawsze miałam świadomość zagrożenia, że to jest koń, zwierzę i zawsze może mi się coś stać. Ale to moja odpowiedzialność, jestem osobą dorosłą. Czy w siodle, czy bez każdy jeździec musi być odpowiedzialny.

A w Polsce nie znalazłaś czegoś dla siebie?

Trafiłam na szkołę Jazda Naturalna Bez Tajemnic, zrobiłam u nich kurs, z którego jestem bardzo zadowolona, choć nie jestem wyznawczynią żadnej szkoły. Wszystkim polecam też świetny kurs z Panem Adamem Susłowskim – „Jak mówić, żeby konie nas słuchały?”. Biorę ze wszystkiego to, co mi w duszy gra najbardziej. Przede wszystkim zależy mi na porozumieniu, na dobrej komunikacji z koniem, bez żadnego narzucania własnej woli.

To jakie są początki znajomości Twojej z nowym koniem?

Fanstastycznie obserwować konia z ziemi. Piękna jest jego biodynamika ruchu bez jeźdźca. Sama bardzo dużo próbowałam robić właśnie z ziemi. Czyli na początku nie wsiadałam na konia.
To było ciężkie, bo bardzo mało osób pozwalało mi jeździć na oklep, ale w końcu znalazłam małą stajenkę i życzliwych ludzi. Dla mnie ważne jest zwykłe obserwowanie konia. Ot jego życie codzienne, nawyki,  jak się zachowuje kiedy jest sam, jak kiedy jest w stadzie, czy jest płochliwy, jaką ma pozycję w stadzie itp.

Ważne, żeby zbliżyć się do konia bardzo spokojnie. To nie jest tak, że one muszą być przyzwyczajone do wskakiwania im na grzbiet – hop siup, jedna noga, druga noga i już po chwili galop i skok przez przeszkody… Ja chcę pokazywać im coś innego. Oczywiście na początku są dość zdezorientowane, bo to nie jest ich rutyna i tak patrzą na mnie z pytaniem: Ale Tobie to o co niby teraz chodzi? I czasem koń potrafi cię olać, mimo Twoich najlepszych intencji, bo stwierdza, że nie skoro nie musi nic, to woli jeść trawę. W końcu jednak jego ciekawska natura zwycięża i wraca do ciebie, o ile zainicjujesz odpowiedni kontakt. Ważne, żeby to zainteresowanie tobą wyszło od niego. Ty nie masz być tym, który przychodzi i się narzuca. To jest jego własna wola. Taki kontakt można sprowokować czasem w bardzo banalny sposób, choćby piłką czy przedmiotem, którego on jeszcze nie zna.

A jak już sobie poobserwujesz, to co?

Kolejnym etapem jest dotyk. Czekasz na jego reakcję. Patrzysz, na ile koń ci ufa i gdzie pozwoli ci się dotknąć. Większość koni jest do tego już przyzwyczajona, bo są czesane, siodłane i tak dalej. Ale fajnie zwierzęciu pokazywać inny dotyk, bezpieczny, wrażliwy, pełen uważności, a nie mechaniczny. Wbrew pozorom koni nie powinno się np. klepać. Przecież w stadzie nie podchodzą do siebie i nie poklepują się jak kumple. Owszem, czasami się trącają a nawet podgryzają, ale żeby okazać sobie czułość one się liżą, więc moim zdaniem głaskanie jest dla nich bardziej czytelne i naturalne.

I jak koń jest spokojny i pozwoli ci się dotknąć…

Jeśli zdobyłaś jego zaufanie i możesz go dotknąć praktycznie wszędzie, przechodzisz do kolejnego etapu. Ale naprawdę Twój spokój jest podstawą sukcesu. Koń jest bardzo wrażliwy i przejmuje wszystkie napięcia. Momentalnie wyczuwa, co się z tobą dzieje. Dodatkowo, nie zapominajmy, że z wyglądu przejawiamy wszystkie cechy drapieżnika. Mamy oczy osadzone blisko siebie, a nie po bokach głowy, jak większość roślinożerców. Chodzimy na dwóch łapach, zazwyczaj jesteśmy gwałtowni i stanowczy w ruchach czy mowie, zwłaszcza kiedy się spieszymy (bo np. nasza jazda już się zaczęła, czas leci etc.). Nasze palce wyglądają zapewne jak rozczapierzone pazury, nie mówiąc o tym, że często wymachujemy energicznie wszystkimi kończynami zbliżając się do konia, bądź już siedząc na jego grzbiecie. Dochodzi jeszcze sprawa naszego jedzenia… Bardzo mało ludzi zastanawia się nad tym, że jeśli jemy mięso, to zwierzęta świetnie to wyczuwają. Konie są roślinożercami, więc one od razu wiedzą z kim mają do czynienia, a jak do tego taki ktoś ładuje im się na plecy i każe robić różne rzeczy tonem rozkazującym…. No nie jest to łatwe ani naturalne dla zwierzęcia.

Jednak większość koników to takich, które wożą każdego dnia dziesiątki takich właśnie ciał…

No właśnie. Konie z takich codziennych treningów, po codziennej pracy są dość smutne i mają przyklapniętą energię. Zazwyczaj są ciągle poganiane, pokrzykuje się na nie i tak jeden jeździec po drugim. Zawsze chciałam swoim zachowaniem coś w nich zmienić, ale nie oszukujmy się przez pół godziny czy godzinę koń nie zamieni się w energicznego i szczęśliwego zwierzaka… Przez długi czas nawet zrezygnowałam z jeżdżenia, bo byłam dość podłamana całą sytuacją. Chciałam wyjechać za granicę i tam zajmować się końmi bardziej zawodowo, ale na to nie było mnie stać i w finale się nie udało. Za to okazało się, że mam fajną stajnię pod nosem i to w Sopocie! Są tam świetni instruktorzy, o dobrych sercach, którzy opierają się na metodach Parellego. Ich konie są naprawdę inne. Albo nauczysz się ich języka, albo się z nimi nie dogadasz. One nie znają przemocy i zmuszania do czegokolwiek. Jeden z trenerów zadaje mi na przykład takie pytania: a gdybyś była takim koniem to co byś teraz czuła? co byś chciała żebym zrobił? gdybyś chciała żeby on się przesunął to co byś zrobiła gdybyś była innym koniem? Dla człowieka to doświadczenie jest super! Od razu przychodzi mi refleksja, dlaczego by tego nie robić z innymi zwierzętami? Żeby się tak uwrażliwić na inne żywe istoty. Tego nam naprawdę brakuje! Brak tej komunikacji często skutkuje tym, że koń albo jest maszynką do zarabiania pieniędzy, albo drogą zabaweczką, wypucowaną i lśniącą. W obu przypadkach zwierzę nie jest szczęśliwe, bo przecież podstawową potrzebą konia jest przestrzeń i wolność. Dlatego tym bardziej te zwierzęta (i wszystkie te, które dają się udomowić), budzą mój szacunek , bo bywa często, że ich przestrzeń życiowa jest koszmarnie ograniczona. To niesamowite do czego są zdolne…

No dobrze, ale jak trafiłaś na masaż dla koni?

Konie kochałam zawsze i to chyba była kwestia czasu, że coś fajnego się pojawi ;-). Jako dziecko pracowałam w stajniach, czyściłam boksy i tak odpracowywałam sobie jazdy. Jeździłam na konne obozy. W domu do dziś moi bliscy wołają na mnie Dada, co po francusku znaczy konik 🙂 Zrobiłam różne kursy związane z końmi, aż dzięki mojej kochanej Siostrze trafiłam na warsztaty masażu sportowego dla koni. Tak to poczułam, że nie miałam wątpliwości i musiałam to zrobić! Szkoliłam się więc u pani Marii Soroko, która rehabilituje konie. To były wspaniałe dni, gdzie teoria łączyła się z praktyką. A najfajniejsze było to, że mogliśmy rysować kredą po koniach! Szukaliśmy kości i mięśni, a rysowaliśmy je na zwierzęciu. Dzięki temu, mogliśmy z zewnątrz obserwować jak pracują poszczególne grupy mięśniowe, gdzie są ich przyczepy i jaki ma to wpływ na biodynamikę ruchu konia, a w konsekwencji – jakie są też źródła napięć, schorzeń, czy kontuzji.

A jakie są reakcje koni na masaż?

Oj czasem bardzo gwałtowne. Bo po pierwsze, zazwyczaj nie znają takiego dotyku, a po drugie te biedne ponapinane mięśnie po prostu bolą… Niektóre mięsnie są strasznie twarde i ich rozmasowanie wymaga czasu i wielu masaży. A wszystko to wynika z nadmiernej lub niewłaściwej eksploatacji.

Jak wygląda zatem twoja praca masażowa?

Wiesz, to co jest najfajniejszego w tym masażu to masaż kręgosłupa, nad którym pracuje się najwięcej. Moje zadanie polega na zapewnieniu jak największego rozluźnienia właśnie tam, idąc od ogona po samą szyję, ruchami wibracyjnymi wprowadza się w swoisty taniec cały kręgosłup. Zanim zaczynam masować sprawdzam stan napięcia mięśni delikatnymi uciskami. Czasem wystarczy naprawdę niewielki ucisk, a konik już drgnie… Ja się zawsze śmieję, że koniom należy się to samo co sportowcom, bo często pracują równie ciężko i intensywnie.

Co ciekawe, dużo napięć u koni powstaje też od niewłaściwej pracy kowala. I to wcale nie chodzi o podkowy, ale o cięcia kopyt. Kopyta są jak paznokcie i trzeba je skracać, czym zajmuje się właśnie kowal. Wystarczy minimalnie złe cięcie i od tego zależy jak koń będzie stawiał nogi, a od tego zależy ustawienie całego ciała. I często może być tak, że te napięcia na czole u konia spowodowane są promieniującym bólem od kopyta… No i kolejna sprawa to źle dobrane siodła. To też fabryka wielu napięć i problemów z mięśniami przykręgosłupowymi.

Czy po koniu też widać, że masaż sprawia mu przyjemność i jest bardziej zrelaksowany?

Jasne! Od razu to widać! To jest właśnie najfajniejsze! ;-). Ja masując, odczuwam każde jego rozluźnienie. I uważam, że to największa nagroda, bo to jest coś, co mogę dać temu zwierzęciu od siebie. Bo nie zmienię tego jakich mają właścicieli czy jeźdźców (choć absolutnie nie mówię, że każdy jest zły, nie, jednak znam sporo, nazwijmy to „mało fajnych”), ale mogę im dać chwilę ulgi. Fantastyczne jest to, kiedy koń już wie, że masujesz go któryś raz z rzędu naprawdę się cieszy i się poddaje, a z czasem na coraz więcej ci pozwala. I tu też najważniejszy jest spokój i zrelaksowany oddech. Koń podąży. Wiadomo, że zdarzają się różne sytuacje, zawsze czuję respekt do tych zwierząt i wielki szacunek.

Dla mnie to super okazja do pogłębienia relacji ze zwierzęciem. To pewnego rodzaju wsłuchiwanie się w konia. Z resztą tak samo jest z człowiekiem, wiesz o czym mówię, bo też masujesz. To jest czucie na zupełnie innym poziomie.

Domyślam się, że masaż koni to jeszcze nic popularnego i mile widzianego w każdej stadninie…

Niestety jeszcze nie… Za granicą coraz częściej zdobywa ogromną popularność, u nas jeszcze się pukają często w czoło, że to jakieś hokus pokus i że po co, przecież to koń i po co to dziwactwo. Na szczęście są stajnie, które to doceniają. Wystarczy kilka masaży i taki koń zupełnie inaczej zaczyna chodzić, nawet na zwykłym treningu. Jeździec to czuje, a dla konia to wielki komfort. Nie mówiąc o tym, że w sporcie konie, które są regularnie masowane, osiągają o wiele lepsze wyniki – zupełnie jak ludzie 🙂

A co tobie dała praca z końmi?

Mocno mnie uwrażliwiła na postrzeganie innych istot. Ogólnie zafascynowana jestem wszystkim, co naturalne. Mam nawet w domu książkę o ziołolecznictwie dla koni, też cenna wiedza. Albo rewelacyjna pozycja „Gdyby konie mogły krzyczeć” napisana przez weterynarza Gerarda Heuschmanna.
Niezwykłe jest obserwowanie jakie możliwości może rozwinąć koń trenowany metodami naturalnymi, po prostu wykorzystując ich naturalne predyspozycje. Moja droga jest tą możliwie najbliżej natury. Szanuję inne, ale nimi nie muszę iść, bo mam swoją, która mi służy.

 

P.S. Od czasu naszej rozmowy minęło trochę czasu. Ja zdążyłam wyprowadzić się do Niemiec a ona nauczyć wielu cennych umiejętności. Poprosiłam Darię o małą aktualizację…. I to tylko część rzeczy, które się w jej życiu wydarzyły ;-).

Daria: Ukończyłam kolejne kursy, tym razem bardziej związane z pracą z ludźmi. Ale moja miłość do koni, zwierząt, przyrody i wszystkiego, co wiąże się z naturalnymi metodami nie słabnie. Staram się tylko tę wiedzę pogłębiać na różnych poziomach :-). Kiedyś, a właściwie to do niedawna, myślałam, że skoro robię tyle rzeczy naraz i ciągle szukam nowych, to może oznaczać, że nigdy nie będę w czymś dobra… Dzisiaj z uśmiechem stwierdzam, że im więcej poznaję i uczę się, tym więcej widzę analogii do tego, co już znam. I mogę tę wiedzę wykorzystywać i przekazywać na wielu płaszczyznach 🙂 A to wielka radość i zaszczyt ! :-). Ostatnio śmiałam się, że gdybym mogła połączyć kilka umiejętności, to nagrałabym sama muzykę (najlepiej po francusku) do zajęć, które mogłabym poprowadzić, a po skończonym treningu pomasowałabym konie w stajni :). Moja strona póki co dotyczy muzyki, i oczywiście zapraszam na nią wszystkich zainteresowanych. Jeśli tylko będę miała czas i dość wytrwałości chciałabym założyć bloga, ale jest to plan przyszłościowy.
Zachęcam wszystkich, aby nie ustawali w poszukiwaniach najbardziej naturalnej drogi dla siebie! Ty jesteś pięknym tego przykładem. A ponieważ skupiasz wokół siebie równie pięknych ludzi, również tu na blogu, mam nadzieję, że jeszcze nie raz nasze drogi się spotkają !!!

Aloha z całego serducha :-*

Podziel się KawuląShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

7 komentarzy do „Dzika Dada”

  1. JA bym tę dziewczynę po rękach wycałowała, za jej stosunek do tych cudownych istot (i nie tylko). Ze świecą takich ludzi szukać, którzy nie patrzą na zwierzęta jak na coś co trzeba ujarzmić, odebrać wolność, ale szanują i podchodzą z empatią. Zgadzam się w 100% !

  2. Konie mi się śniły po przeczytaniu tego artykułu. Człowiek nie jest najważniejszą istotą na tej planecie i fajnie, że ktoś też tak to postrzega, potrzeba nas więcej! I jeszcze tyle się z tego artykułu można dowiedzieć.. Dziękuję za tę wiedzę i przyjemność czytania!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *